11263766_937563186265485_905457934_n

Nad rzeką

2015/05/13

Nie mam dziś ochoty na stopniowanie napięcia, więc już na wstępie ogłaszam, że po gruntownym skatowaniu debiutanckiej EP’ki So Flow, nasuwają mi się trzy refleksje:

Po pierwsze, że to bardziej portfolio niż album (nawet w wersji mini), innymi słowy coś w rodzaju manifestu krzyczącego „Patrzcie, na co nas stać!’. Materiał zawarty na płytce jest bardzo zróżnicowany, w zasadzie w każdym kawałku mamy do czynienia z czymś innym, a to zmienia się język, a to stylistyka (choć ta w każdej wariacji daje się wrzucić do worka z napisem nu jazz, charakteryzującego się ciekawym zmieszaniem „staroszkolnego” grania z nowoczesną elektroniką). Można postrzegać to jako wadę, można i traktować jako zaletę, do czego sam się przychylam, bo dzięki temu całość szybko się nie znudzi.

Po drugie, że wbrew głosom malkontentów i stosownie do nazwy Live Sessions EP – te niespełna dwadzieścia minut muzyki dają całkiem niezłe rozeznanie co do koncertowych możliwości zespołu. Posłuchałem sobie nagrań „na żywo” dostępnych w Internecie i nie zanotowałem większych odstępstw od materiału zarejestrowanego w studio, tak więc knajpiano-klubowy klimat jest tu obecny (przy odrobinie wyobraźni oczywiście).

I wreszcie po trzecie, że jeśli ekipę z Krakowa będzie stać na trochę więcej konsekwencji, to już wkrótce możemy mieć do czynienia z jedną z najlepszych polskich kapel w swoim gatunku.

Moi drodzy, w związku z trzecim wnioskiem, pragnę Wam oświadczyć, że takiego „zarażenia muzyką” jeszcze nie doświadczyłem. Od koleżanek z pracy, poprzez znajomych ze studiów, aż po szlachetną rodzicielkę – wszystkich z łatwością wkręciłem w granie So Flow. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że gdybym w sprzedawaniu innych rzeczy miał zbliżoną skuteczność, Telezakupy Mango płaciłyby mi „gruby hajs” za wciskanie ludziom rozmaitych „abdziników” i innych „kosmodysków”, ale w gruncie rzeczy wiem, że to zasługa nie moja, a samego So Flow. Zastanawiając się, dlaczego tak się właściwie dzieje (przecież znam dużo dobrej muzyki, a ludzie są zazwyczaj bardziej oporni), doszedłem do wniosku, że rozwiązaniem zagadki może być albo pakt z diabłem, albo sposób komponowania utworów. Interwencji Szatana wprawdzie zupełnie nie odrzucam, ale myślę, że chodzi o to drugie, bo w konstrukcji utworów przebija nieśmiertelne credo inżyniera Mamonia w kwestii muzyki (jak nie wiecie, o co chodzi, to zapytajcie rodziców). Tu każdy kawałek coś przypomina, jakby się go już gdzieś słyszało, choć nie wszystkie inspiracje jestem w stanie zidentyfikować.

Całość otwiera żywy Boom Boom – rzecz z pogranicza r’n’b i soulu. Nóżka sama zaczyna chodzić od pierwszych taktów i aż szkoda, że Panowie co jakiś czas robią przerwę na solowe wstawki. Są tu nawet momenty, gdy chce się wstać i potańczyć, ale raz, że dziwnie by to wyglądało (a człowiek jednak nie chce wyjść na kretyna, szczególnie w swoich własnych oczach), dwa, że w sumie nie wiadomo jak (inna sprawa, że betoniarka ma więcej wdzięku niż ja). Anglojęzyczny śpiew Karoliny wchodzi tu bez jakichkolwiek zgrzytów, bo nie dość, że dziewczyna ma bardzo przyjemną barwę głosu, to jeszcze wie, kiedy urwać, a kiedy pociągnąć dźwięk dłużej, z tym, że trzeba też oddać sprawiedliwość instrumentalistom, że robią jej więcej niż perfekcyjne tło (z pełną powagą – żadnego zbędnego dźwięku – dawno nie słyszałem czegoś tak dobrze zagranego). Następne jest Limbo z oryginalnym, zapętlonym podkładem, zaśpiewane tym razem dla odmiany w języku Mickiewicza, Słowackiego czy Asnyka (i innych typów wątpliwej reputacji). Sytuacja się powtarza – słucha się tego z wielką przyjemnością (w warstwie lirycznej jest dobrze, zęby nie zgrzytają), nawet gdy na co dzień raczej nie ma się kontaktu z taką muzyką. Przy Origin z kolei odruchowo sprawdziłem, czy nie mam do czynienia z kolejnym dziełem trio Możdżer-Danielsson-Fresco, bo rzecz początkowo oferuje ten sam nieziemski klimat, dopiero w momencie wejścia gitary elektrycznej odrywając całość od takich skojarzeń (to nie tylko moja refleksja, testowałem takie skojarzenia na ludziach, bo sam miewam dość osobliwe). Na samym końcu rozbrzmiewa natomiast The River i… aż chce się, trawestując Tetmajera, westchnąć – „Graj dla mnie jeszcze, za taką muzyką tęskniłem lata. Każdy dźwięk słodkie w mym sercu wywołuje dreszcze – graj dla mnie jeszcze”. Utwór jest przepiękny, wspaniale zagrany i tak samo zaśpiewany, po prostu poezja w czystej postaci. Brzmi to jak jazzowa interpretacja Maybe Tommorow Stereopnonics, która spotkała się z wczesnym Portishead (skojarzenie ponownie zostało przetestowane na ludziach). Jeśli zaczniecie przygodę z So Flow od zanurzenia się w Rzece, gwarantuję Wam, że jej nurt Was porwie i na jednym przesłuchaniu się nie skończy.

Wydaje mi się, że jakkolwiek zespół ma wszystko, co potrzebne do osiągnięcia sukcesu (w granicach rozsądku oczywiście, jazz stadionów nie wypełni) – dobrą obsadę instrumentalną, ciekawą wokalistkę i pomysł na muzykę, na pewnym etapie będzie musiał zdecydować, w jakie klimaty ostatecznie uderzyć (i nie chodzi mi tylko o język tekstów). Sam życzyłbym sobie grania w stylistyce dwóch ostatnich utworów na EP’ce, ale to przecież nie moje zmartwienie. Na razie jest bardzo dobrze i z pewnością warto się z tym graniem zapoznać, w studyjnej lub koncertowej postaci.

Komentarze

Powered by Facebook Comments