Nie raz postawiłem swoją stopę za progiem Jazz Rock Cafe, jednak jeszcze nigdy nie miałem okazji uczestniczyć w żadnym koncercie muzyki żeliwnej organizowanym w tym przybytku. Tym większa była moja obawa o możliwości akustyczne tego miejsca. Czy słusznie?

Nie odczuwałem za to żadnego zaniepokojenia względem zespołów mających zaprezentować swój materiał. Każdy z nich miałem już niewątpliwą przyjemność zobaczyć i usłyszeć na żywo i nie miałem wątpliwości, że dadzą z siebie wszystko. Dwa z nich – Fleshworld i Coffinfish – wystąpiły przed „swoją”, bo krakowską publicznością, a włoska Viscera/// na tyle polubiła nasze piękne miasto, że zawitała do niego już nie pierwszy raz.

Z małym poślizgiem na pierwszy ogień poszedł Coffinfish. Zespół balansował między eksperymentalnymi łagodniejszymi klimatami, wpadającymi nieraz w post-rock/post-metal, a cięższymi momentami, w których wokalista Lobo miał okazję pochwalić się solidnym gardłowym growlem. Ich EPka z ubiegłego roku – Starring At The Abyss – pełna jest przestrzennego post-metalowego grania, które przez większość czasu potrafi nieźle kołysać, by od czasu do czasu rozbudzić słuchacza zmianą nastroju na bardziej toporny. Występy Coffinfish w porównaniu z ich studyjnym dokonaniem przybierają tylko na mocy. Szkoda tylko, że obsługujący keyboard Jasiek schował się nieco za filarem, ponieważ na Starring… tworzy on sporą część niepowtarzalnej atmosfery krążka, a na żywo potrafi nie mniej zaczarować.

Pamiętam swój pierwszy koncert Viscera///. Podziemia kazimierzowskiej kawiarni, mroźny wieczór, większość publiki rozeszła się po zobaczeniu krakowskich supportów. Włosi zagrali wtedy dla 5 czy 10 osób. I nie patyczkowali się. Odniosłem wrażenie, że z utworu na utwór są coraz bardziej wkurzeni i grają szybciej i głośniej. Jazz Rock w swoim alternatywnym podziemiu zgromadził większą ilość zainteresowanych muzyką Viscera///. Tymczasem tercet ani trochę nie złagodniał. Słuchając materiału studyjnego zespołu, można przypuszczać, że idzie się na koncert, podczas którego można liczyć na zarówno eksperymentalne momenty, jak i takie, gdy do pieca zostaje nieco dołożone.  Jednak już po pierwszych minutach występu słuchacz nie ma wątpliwości, w jak ogromnym błędzie był. Ambicją Viscera/// nie jest granie spokojnych i nastrojowych koncertów. Włosi rozpędzają się niemal do granicy słyszalności. Głośność mają podkręconą o 666 dB więcej niż przeciętny zespół, w skutek czego słuchacz ma wrażenie, że z ich koncertu wychodzi zgwałcony przez małżowinę uszną. O ile w kontekście ich długograjów można mówić o drone, ambiencie czy nawet post-metalu, tak w kontekście koncertów – jest to po prostu wściekły, rozpędzony do granic rozsądku, brzmiący niczym startujący odrzutowiec black metal.

Ze sporym opóźnieniem na niewielkiej scenie Jazz Rocka stawił się krakowski Fleshworld. Panowie, otwarcie przyznający się do inspiracji gigantami post-metalu spod znaku Isis czy Cult Of Luna, zaprezentowali zebranym elektryzującą i działającą na emocje mieszankę wcześniej wspomnianego gatunku z wpływami post-hardcoru. Gardłowy zespołu – Tytus, był tego wieczoru w znakomitej formie. Nie oszczędzał się i dawał z siebie wszystko, niemal zdzierając sobie gardło. Złego słowa nie jestem też w stanie powiedzieć o reszcie zespołu, ponieważ nie raz miałem okazję się przekonać, że są muzykami utalentowanymi nie tylko w warunkach studyjnych (biorąc tu choćby za przykład błyskotliwe i na światowym poziomie Chant of Many Voices), ale przede wszystkim koncertowych. Tego mroźnego, listopadowego, niedzielnego wieczora fani dostali to, na co liczyli, czyli Fleshworld w swojej najlepszej formie. W trakcie jednego z utworów zespół wokalnie wsparł mikeB. z Viscera///. Nie jest to jednak pierwsza kooperacja grup, ponieważ wspólnie z francuskim Gazers stworzyli oni nie tak dawno temu interesujący split. Jednym z najmocniejszych momentów występu Fleshworld było wykonanie Hereinafter, który jest zdecydowanie moim faworytem z ich długograja Like we’re all equal again, a na żywo brzmi jeszcze potężniej.

Nie mam żadnych wątpliwości, że opłaca się wspierać krakowskie kapele i uczęszczać na ich występy. Fleshworld, czy Coffinfish nie są jedynymi zespołami, które umiejętnościami technicznymi czy zdolnością do tworzenia przemyślanych kompozycji przewyższają nie raz wiele z bardziej znanych kolektywów. Nie pozostaje mi więc nic innego niż zachęcić was: chodźcie na koncerty krakowskich zespołów, bo warto!

Autorem zdjęcia jest Marcin Pawłowski