Dealer – Dealer

Hardcore to nie muzyka mająca ujmować za gardło epickimi i podniosłymi dźwiękowymi pasażami. Nie znajdziecie w niej progresywnych roszad. Dobry album hardcorowy poznaje się po tym, że łapie słuchacza za twarz i niczym Shia LaBeouf w słynnym motywacyjnym filmiku krzyczy prosto w nią: „Just do it!”.

Przeglądając same nazwy utworów na nowym krążku Dealera, mamy już mglisty obraz tego, czego możemy się spodziewać po odpaleniu zawartości albumu. Tylko siłą to mocny początek. Zarówno pod względem instrumentalnym, jak i tekstowym. Bardziej uważny słuchacz znający dotychczasowe dokonania zespołu zwróci uwagę na zmiany w aranżacji gitar. W odróżnieniu od poprzednich kompozycji Dealera – i wielu zespołów parających się hardcorem – na Dealerze słyszymy gitary, które grają inne partie, a przy tym wzajemnie się uzupełniają; na czym nie traci ciężar samej muzyki, a utwór zyskuje na melodyjności. Dodatkowym atutem jest brzmienie perkusji, która napędza kompozycje, będąc głównym motorem napędowym w trakcie, gdy gitary stawiają na wspólną pracę nad melodyką. Dealer nie odkrywa swoją grą Ameryki, ale trafia w samo sedno. Czerpie to, co najlepsze, z zespołów tego gatunku i dorzuca swoje własne elementy, często wzorowane na zespołach niekoniecznie związanych z tą sceną muzyczną.

Warstwa tekstowa nowego albumu Dealera to przede wszystkim apel. Najlepiej jego sens oddaje utwór Niewidzialni, w którym przekaz jest bezpośredni i jednoznaczny: zamknij się na media, myśl sam za siebie. I w tych kilku słowach można zamknąć te nieco ponad 30 minut materiału. Nie można mieć jednak zarzutów do samej długości płyty, ponieważ Dealerowi w tak krótkim – wydawać by się mogło – czasie udało się zawrzeć cały przekaz i skumulować złość. Nasz rodzimy język bywa nieraz bolączką zespołów, które zdecydowały się na operowanie właśnie nim, a nie choćby tak popularnym angielskim. Mimo że teksty Dealera nie znajdują się na najwyższej półce literackiego wysublimowania, to spełniają doskonale swoją rolę. W sposób bezpośredni przekazują nam główną myśl i równocześnie apel, jaki cały zespół kieruje do słuchacza. Nie zbliżają się przy tym ani do patosu, ani do infantylności. W czasach, gdy stronnicze media otaczają nas z każdej strony, a my ślepo wierzymy w „prawdę” zawartą w Internecie, potrzebny jest jak nigdy przekaz, który będzie wołaniem do naszego sumienia. Pora się w końcu obudzić z odrętwienia i uświadomić sobie, że ma się wpływ na własne życie, tylko trzeba o to zawalczyć.

Mówiło się w przeszłości o Dealerze jako o przedstawicielu rodzimej rapcorowej sceny. W odniesieniu do tego albumu takie stwierdzenie mogłoby być wręcz krzywdzące. Grupa wychodzi poza sztywne ramy narzucane nie tylko przez rapcore, ale sam hardcore, tworząc coś na swój sposób, który może nie jest innowacyjny, ale na pewno nie sztampowy i wciąż świeży. Da się przy tym dalej wyczuć wręcz punkową agresję i brak zgody na zaistniałą sytuację geopolityczną.

Dealer to niemal weterani na krakowskim hardcorowym poletku. Mimo że działają już 15 lat, to jest to dopiero drugi długogrający album na ich koncie. Jak sami przyznają, nie są tytanami pracy, jednak materiał, który wydają, jest zawsze dopracowany i trzyma się światowych standardów tego typu grania. Mimo wszystko, w najbliższej przyszłości mam nadzieję na więcej albumów wydanych pod banderą Dealera, ponieważ nie mam wątpliwości, że za każdym razem dostanę sporą dawkę tego, co najlepsze w hardcorze.

Michał Smoll

[bandcamp width=100% height=120 album=569668518 size=large bgcol=ffffff linkcol=0687f5 tracklist=false artwork=small]

zapraszamy na fanpage zespołu