Panel #3 – Zarządzanie Zespołem

Michał Wójcik: Trochę pozmieniał nam się skład gości. Kamila, która miała siedzieć po waszej stronie, zasiądzie prawdopodobnie po naszej. Zamiast Bzyka z Wu-Hae jest Ola, ich menadżerka i Tomek, gitarzysta. Poza tym jest z nami Michał Zawadzki z zespołu Uda, który poza tym jest też wykładowcą na UJ i pisze książkę o zarządzaniu zespołem. Kamila Boruc jest z dżindżer projekt, młodego, ogarniętego bandu. Jest też Robert Lubera – już nie taki młody jak dżindżer projekt, ale ma za to nawet wpis w Wikipedii. Wśród haseł, które się tam pojawiają, jest między innymi nazwisko Roberta Gawlińskiego. Obecnie – Nie-Bo.

Czym właściwie jest to zarządzanie zespołem? Moja teza brzmi tak, że każdy zespół potrzebuje „ogarniacza” – zwał jak zwał. Może być to menadżer, może być to ogarnięty członek zespołu, który narzuca pewien kierunek dla zespołu. Pytanie brzmi: czy ta teza jest prawdziwa? Czy każdy zespół potrzebuje takiej osoby wewnątrz? A może menadżer jest konieczny?

Tomáš Peruňský: To zależy od zespołu, ale wydaje mi się, że tak. Jeśli zajmuje się tym jedna osoba, jest to bardziej poukładane, bo ta osoba ma kontrolę, de facto ponosi odpowiedzialność za zespół. Chociaż równie dobrze można działać wspólnie. To zależy po prostu od ludzi.

Michał Wójcik: Michale, jak to jest u was? Uda to trio. Działacie we trzech? Czy jest za to odpowiedzialna jedna osoba?

Michał Zawadzki: My działamy we trzech. Jeżeli zespół nie ma menadżera z zewnątrz, to ma to swoje plusy i minusy. Taka sytuacja wymaga ogromnej samodyscypliny wszystkich członków zespołu. Działa to w ten sposób, że jeżeli jedna osoba zaczyna się obijać, to pozostałe dwie ściągają ją z powrotem do poziomu. Jest podział zadań, jest arkusz kalkulacyjny zrobiony w Excelu lub na Gmailu. Każdy ma jakieś zadanie do wykonania w związku z koncertem, z wydaniem płyty, z poszukaniem wydawcy płyty, czy ze znalezieniem drukarni do wydrukowania okładki. W zasadzie po paru latach ta koordynacja przebiega w taki sposób, że mimo tego, że wszyscy działamy, od czasu do czasu pojawia się jedna osoba, która wszystko trzyma. Stara się wszystkich motywować. I po jakimś czasie te osoby się zmieniają, to działa na zasadzie cyrkulacji. Każdy po trochu wciela się w rolę menadżera, ale zawsze jest jeden „kierownik”, który jakby samorzutnie motywuje resztę. Natomiast jeżeli zespół ma zewnętrznego menadżera, to jest to o tyle wygodna sytuacja, że muzycy mogą zająć się tym, czym zająć się powinni, czyli graniem. Jedziemy na koncert – interesuje nas tylko to, czy zagramy dobrze, a nie to, czy ktoś nam zapłaci. Jakby nie patrzeć, koncert jest specyficzną sytuacją, w której nie możemy sobie pozwolić na to, by nasze myśli krążyły gdzieś wokół tego, czy będziemy mieli dzisiaj nocleg. Menadżer bierze na siebie odpowiedzialność za takie podstawowe organizacyjne sprawy. Z drugiej strony, jeżeli zespół sam wszystko załatwia, jest większy fun. Jest o wiele więcej satysfakcji ze zrobienia czegoś samemu, z osiągnięcia jakiegoś sukcesu, jeżeli on się pojawia. Na dzień dzisiejszy trudno mi powiedzieć, która strategia jest lepsza. To też pewnie zależy od tego, jakie są relacje między menadżerem a zespołem. W swoim życiu spotkałem kilka osób, które chciały zająć się naszym zespołem i zawsze były to osoby, które się do tego kompletnie nie nadawały. Czasem okazywało się to już na starcie. Przyszedł pewien pan i powiedział: „Skończyłem zarządzanie na Uniwersytecie Ekonomicznym. Chciałbym zająć się zespołem”. I padło pytanie z naszej strony: „A jakie masz kontakty?”. „Nie mam, ja dopiero zaczynam” – więc podziękowaliśmy mu. Oczywiście jego wiedza jest wspaniała i wykorzysta ją pewnie w jakiejś korporacji, natomiast zarządzanie zespołem jest czymś o wiele bardziej trudnym i specyficznym. Wymaga zupełnie innych kompetencji. Zespół nie jest organizacją nastawioną na zysk. Jest to grupa ludzi, którzy chcą przeżyć coś fajnego i mieć z tego wspomnienia. Dlatego zarządzanie czymś takim, takim tworem, jest strasznie skomplikowane.

Kamila Boruc: U nas jest tak, że menedżment zespołu to ja i Filip, perkusista i mój narzeczony. Może dlatego to u nas tak dobrze działa, bo nie funkcjonuje to na zasadzie cyrkulacji, tylko przenikania się. Mieszkamy razem i wszystko razem ogarniamy. Wiemy na bieżąco co się dzieje i tak samo dobry kontakt mamy z pozostałymi członkami zespołu. Póki co jest to dobra droga. Nie jesteśmy aż tak rozpoznawalni, więc jesteśmy sobie w stanie poradzić jako zespół z wewnętrznym zarządzaniem. Sama przyznam, że gdy miałam wyjątkowo dużo pracy z zespołem i zaczęłam zauważać, że zajmuje mi to 5-6 godzin dziennie, przez co nie starcza mi czasu na studia, to zastanawiałam się nad tym, by wspomóc się kimś z zewnątrz. Kimś, kto byłby przyjacielem zespołu. Michał Gajlikowski z Ducha jest świetnym tego przykładem. Dzięki latom przepracowanym z nimi, wspólnym relacjom i świadomości tego, co chcą osiągnąć razem z osobą z zewnątrz, udało im się to teraz, po dwóch latach. Równie dobrym przykładem jest Kasia Piekło, która zarządzała i wspomagała Camero Cat. Oni się wprawdzie rozpadli, ale wcześniej osiągnęli dużo. To są osoby z zewnątrz, które są przyjaciółmi zespołu i wierzą w idee, które ten zespół chce przekazać. Jeżeli taka osoba się znajdzie, to my z Filipem jesteśmy chętni w pewnym sensie oddać to, co robimy. Tylko że jeszcze takiej osoby nie spotkaliśmy.

Michał Wójcik: Bardzo cenną perspektywę zaprezentuje nam Robert, dlatego że jest… Hm, jesteś tutaj, jak być może zauważyłeś…

Robert Lubera: Nie bój się użyć tego słowa. Najstarszy.

Michał Wójcik: Miałem je na końcu języka, ale… Nie do końca o to chodziło. Jesteś jakby zupełnie z innej półki, w tym sensie, że…

Robert Lubera: Półek jest bardzo wiele i żeby w ogóle zacząć tę dyskusję i cokolwiek na ten temat mądrego powiedzieć, trzeba dookreślić, co to znaczy zespół. Moja perspektywa to jest perspektywa trzydziestoletnia. Gram już ponad trzydzieści lat, zarówno z poziomu domów kultury, jak i największych festiwali w Polsce. To się cały czas zmienia. Tak naprawdę „zarządzanie zespołem” to bardzo dziwne wyrażenie. Zespół jest zawsze specyficznym zbiorem ludzi i powody, dla których istnieje, są niezwykle istotne. Możemy być na przykład zespołem, który lubi tak zwane „jobiki”, czyli mamy grupę fajnych muzyków, którzy szybko opanowują materiał, a każda impreza jest do zagrania po to, żeby wyciągnąć pieniądze – i to jest główny cel. To jest inna rozmowa. Jeżeli jesteśmy zespołem artystów, którzy chcą przekazać swoją własną wrażliwość, jakąś nową ideologię, powiedzieć coś nowego, to wtedy zupełnie inaczej się tym zarządza. I teraz druga rzecz. Jeżeli jest to zespół artystycznie skupiony wokół jednej osoby, która nadaje jakby artystyczny ton, a reszta jej towarzyszy, to też jest to zupełnie inna sytuacja. Takich czynników jest strasznie dużo. Mnie się udało przez cały ten czas przejść przez wszystkie te sytuacje, bo sam piszę muzykę i sam sobie jestem menadżerem. Jestem też menadżerem mojej żony i mojej córki, bo tak się akurat poukładało. Ale jednocześnie brałem udział w bardzo wielu projektach zarządzanych przez zawodowców. Trzeba sobie najpierw zadać pytanie, w którym momencie kariery jesteśmy. Załóżmy, że jesteśmy młodym zespołem, który zaczyna i mamy jakąś wizję, chcielibyśmy coś zrobić. Pomijam tu wizję, która bardzo mi się nie podoba: jesteśmy dobrymi muzykami, bierzemy chałturę, żeby zarobić parę złotych. Ale pomijając takich muzyków, jeśli jesteśmy młodym zespołem i zaczynamy od zera, to musimy robić wszystko. Musimy się dopraszać o wszystko, od sali prób po instrumenty, a podczas tworzenia naszej sztuki jesteśmy w pozycji na kolanach, by ktokolwiek w ogóle usłyszał, co robimy. Ten etap polega tak naprawdę na tym, że próbujemy kogokolwiek zainteresować, nie wiedząc, czy w ogóle są na to szanse. W tym kraju nikogo nic nie interesuje. Często robi się to przez lata, podczas których w bardzo upokarzających sytuacjach trzeba przekonywać, że w ogóle istniejemy. Że to, co robimy, to jest coś. Po pierwsze, robimy to dla siebie i to jest główny motor naszego działania. Bo to, co chcemy powiedzieć za pomocą sztuki , wydaje nam się ważne. A potem… Próbujemy się dostać do klubów. Małych klubów. Pytanie brzmi, czy wystarczy nam tylko i wyłącznie poziom małych klubów studenckich. Chcemy tylko powiedzieć to, co chcemy powiedzieć i koniec? Jeśli tak, to sytuacja jest prosta. Objeżdżasz kluby studenckie. Rozmawiasz. Oni  ci mówią, że ich to nie interesuje. Ty mówisz, że zagrasz za darmo. Że pokażesz, jakie to jest fajne. Jeśli zagrasz za darmo i im się to spodoba, to być może cię jeszcze zaproszą i zagrasz za 150 zł. Takie są realia. Jeżeli jednak chcemy czegoś znacznie więcej, to wchodzimy w tak zwany showbiznes. I mówimy, OK, chcemy to grać milionom ludzi, podpisać kontrakt z diabłem – czyli z mediami. To już jest zupełnie inna rozmowa. Dopóki zespół jest na etapie „zaczynamy, jest to nasza pasja i być może ktoś tego posłucha”, to dzieje się to na bazie naturalnych emocji, każdy tego chce i to pozwala pokonywać kolejne progi. Ja tak robiłem od początku. Kiedy się urodziłem, to gdzieś tam Pan Bóg potrzymał nade mną palec i się zagapił, dzięki temu oprócz tego, że trochę umiem grać i pisać, to mam też dobrze rozwiniętą tę część mózgu odpowiedzialną właśnie za „ogarnianie”. W większości wypadków tak właśnie jest, poza wielkimi projektami, gdzie zatrudniani są menadżerowie z zewnętrznych firm. To co ty [Kamila Boruc – przyp. red.] robisz ze swoim narzeczonym, to jest to, co robi Monika Gawlińska już od trzydziestu paru lat, będąc w małżeńskim układzie z Robertem Gawlińskim i pokonując wszystkie te burze i sztormy. Tylko że na poziomie 40 000 złotych za koncert, a nie 500. Ale też zaczynali od 500 złotych za koncert – wiem o tym, bo mieszkając z nimi przez lata w Warszawie, poznałem wszystkie szczegóły tej sytuacji.

Co jest zatem ważne? Po pierwsze – idea. Jest łatwiej, jeśli macie wspólną ideę. Dla idei możemy głodować, możemy nie zarabiać. To trwa jakiś czas, natomiast z perspektywy czasu, jaki spędziłem na tej zabawie, zauważyłem, że ma to swój cykl. Na pewno nie wolno się poddawać. To jest niezwykła upartość i przekonanie do tego, co chcemy zrobić. Nie wolno rezygnować. Sam byłem w takich sytuacjach, że nie miałem kasy na nic. Myślałem sobie o rozbitym małżeństwie i takie tam… Ile jeszcze można chcieć po tylu stratach? To trwało około dziesięciu lat. Pierwszy koncert zagrałem, gdy miałem niecałe trzynaście lat. To był na tyle poważny koncert, że było na nim siedemset osób. To była hala sportowa. Nie byłem wtedy świadomy, ale już czułem, że to był świat, który mnie pociąga. Dlatego poświęciłem temu tak wiele, powiedzmy, że zrezygnowałem nawet z dalszej edukacji, ponieważ chciałem grać. Wciągnął mnie ten wir. Nastąpił jakiś przełom, po którym już wiedziałem, że będę to robił. Natomiast pierwszy moment, kiedy mogłem powiedzieć, że z tego żyję, nastąpił co jakieś piętnaście lat później. Gdy mogłem powiedzieć, że gaża z koncertów wystarczy mi na miesięczne utrzymanie i niewpadanie w długi.  Oczywiście są takie historie o kopciuszku, który nagle dostaje wszystko z nieba. Ale nawet jeśli tak się zdarza, to nie jest tak, że osiągniesz pewien poziom i on potem trwa w nieskończoność. Koło się toczy. Spadniesz, będziesz musiał wstać i znów być może wejdziesz na górę. I o to wszyscy walczymy. To, co się dzieje w zespole, to wypadkowa tych wszystkich rzeczy. Emocji, przekonań o tym, co chcemy robić i niezwykłej upartości.

W moim przypadku było tak. Pochodzę z małego miasta, z Nowej Dęby. 10 000 mieszkańców, coś jak Stalowa Wola, Sandomierz, Mielec, Tarnobrzeg. I my po prostu… W tamtych czasach nie było tam nic innego do roboty. Byliśmy zespołem domu kultury, który wysłał nas na przegląd. Pojechaliśmy, wygraliśmy jakieś eliminacje i nagle… Ale jaja, wylądowaliśmy na debiutach w Opolu. A w ogóle nie byliśmy na to przygotowani. Byliśmy kilkunastoletnimi chłopakami. Nagle z małego miasta trafiliśmy do gości z firm, którzy zaczynają rozmawiać z nami o płytach. To był 1984 rok. W ogóle nie wiedzieliśmy o co chodzi. Mieliśmy dwie czy trzy własne piosenki i to wystarczyło. Bo w tych talent show wystarczy zaśpiewać przez dwie minuty. Ludzie w ten sposób wygrywają poważne kontrakty – kontrakt Natalii Sikory opiewa na 100 000 złotych. Wczoraj zresztą oglądałem specjalnie debiuty w Opolu, gdzie też została zaproszona i wygrała. W ten sposób dostaje kontrakt na 100 000 złotych i różne propozycje płytowe, a my znamy ją przecież tylko z tych 120 sekund z każdego odcinka show. A teraz stajesz i nagle musisz ogarnąć koncerty. Bo nagle jest ciśnienie, rynek cię chce, telefony się rozdzwaniają. Musisz wystąpić tu, tu i tu. Nagle się okazuje, że jest problem z graniem przez pełną godzinę piętnaście. A ludzie, znając cię po tych 120 sekundach, tylko stoją i czekają… A ty nie masz już nic do powiedzenia. Po drugie zatem – budowa repertuaru. Zespół musi być gotowy, by ruszyć. Tak jak już tu mówił basista Clock Machine. To dobry przykład. Zespół Clock Machine, najpiękniejszy pornograficzny zespół jaki znam. Jestem w Lizardzie, oglądam młody zespół, który gra pełny program, wszystko się zgadza i jest okej. To jest ważne. Musimy być gotowi. Nie chodzi o to, że mamy piosenkę czy pół i już myślimy, że jesteśmy przygotowani. Pół piosenki to możesz puszczać w radiu. Na koncercie musisz zainteresować ludzi przez ponad godzinę. Co jest jeszcze trudniejsze ze względu na tragicznie beznadziejny rynek, opierający się na korupcji między organizacjami studenckimi i burmistrzami miast. Bo tylko taki rynek istnieje w tej chwili. Nie polecam państwu wchodzenia w taką współpracę. To są dobre pieniądze, ale to nie jest żadna szansa na wybicie się, bo grasz dla przypadkowych ludzi na juwenaliach i dla przypadkowych ludzi na świętach miast. Wykonujesz piosenkę, która, załóżmy, mówi o śmierci twojej mamy, chcesz to przekazać ludziom, a tam pod sceną dziecko liże lizaka albo idzie z balonem. Albo ktoś je kiełbasę. To nie jest sztuka. To jest zarabianie pieniędzy. Jeśli chodzi o budowanie zespołu, to podam wam przykład Maćka Balcara, obecnego wokalisty Dżemu. Spotkaliśmy się jakieś dziesięć lat temu. Ja robiłem imprezę w jakichś studenckich klubach i zapraszałem dość znanych już muzyków, by sformować zespół na potrzebę jednego koncertu. Polegało to na tym, że uchwalaliśmy program, wybieraliśmy, co zagramy. Chodziło o to, że ten koncert miał się już nigdy nie powtórzyć. Tymczasem nie skończyło się na jednym razie. Właśnie przy tej okazji spotkaliśmy się z Maćkiem, a jakiś czas po jego koncercie – świetnym zresztą – odezwałem się do niego i jakieś trzy lata temu postanowiliśmy, że zrealizujemy jego solowe piosenki. Na wstępie umówiliśmy się, że nie podpieramy się Dżemem. Nie chcieliśmy wykorzystywać zespołu, tego, że Maciek jest ich wokalistą, do celów promocyjnych. I zaczęliśmy pracę dokładnie tak, jak trzydzieści lat temu w domu kultury. Przy czym różnica była taka, że byliśmy już na tyle dobrymi muzykami, by być bardziej ogarnięci, że mieliśmy sprzęt, umiejętności i doświadczenie. Umówiliśmy się tak, jak na samym początku: jeśli trzeba, gramy za darmo, jeśli trzeba, dopłacamy. Mieliśmy to wszystko gdzieś, po prostu chcieliśmy jechać i opowiadać własną historię. Nie chcieliśmy robić nic na siłę – jeśli ktoś będzie chciał tej muzyki, to ją dostanie, jeśli nie, to nie. Mieliśmy ten komfort, że było trochę odłożonej kasy na telefony. Pierwsza trasa wyglądała tak, że graliśmy po dwadzieścia koncertów dzień w dzień, ponieważ Maciek, z racji trasy z Dżemem, miał wolny tylko luty. Graliśmy w różnych klubach, do których oczywiście sam wydzwaniałem. Kwoty były takie, że nie było nawet czym się dzielić, ale fun był ogromny, a zespół złapał fajną falę. Dzięki temu gramy dla ludzi, którzy przychodzą dla nas. Taka publiczność płaci za bilety, to są ludzie wyselekcjonowani, którzy po prostu chcą cię usłyszeć – i tego właśnie państwu życzę. Druga trasa była już znacznie łatwiejsza, a trzecia odbyła się w lutym. Zrobiliśmy tylko jedną roszadę – zaczęliśmy grać akustycznie. Po to, by zmieścić się w jak najmniejszych klubach. Zaczęliśmy używać tylko i wyłącznie akustycznych instrumentów, co pozwalało też zapakować się w jedno auto, dzięki czemu mogliśmy zrezygnować z drogiego, wielkiego busa. Ostatnia trasa liczyła 21 koncertów. Organizacja tej trasy zajęła mi dwa dni. Z pierwszej trasy musicie zawsze wyciągnąć jak najwięcej informacji. W większości nasze recenzje były bardzo dobre, dzięki czemu potem samo się już wszystko napędza. Najlepiej pocztą pantoflową. Nie marzcie o wejściu w układ z poważnymi firmami, w ogóle wybijcie to sobie z głowy, bo nie ma po co. To jest w ogóle oddzielny temat. Tymczasem w naszym przypadku ludzie zaczęli sobie przekazywać wiadomości, dzięki czemu każda kolejna trasa jest łatwiejsza. A że jesteśmy muzykami i lubimy grać, to zdarzały nam się koncerty nawet po 3,5 godziny. Po prostu chciało nam się, a ludzie słuchali i mieli fun. Bo poczuli naszą naturalność. Zrozumieli, kim jesteśmy i to im się podobało, dlatego przyszli na koncert ponownie. Innym ułatwieniem była płyta, która zawierała zapis tych koncertów. Ona też powstała bez udziału mediów. To była więź między nami a naszą publicznością. Mówiąc menadżerskim, brzydkim językiem, zbudowaliśmy sobie elektorat. Ale tak naprawdę są to niezwykle bliskie zażyłości, które zespół powinien budować, bo to jest najlepszy fundament pod przetrwanie zespołu. Popularność trwa chwilę, media potrzebują mięsa. Zjedzą cię.

Michał Wójcik: Mówisz, że wszystko robiliście bez udziału mediów.  Żadnego patronatu? Nigdzie? Przy żadnym koncercie?

Robert Lubera: Z pełną świadomością.

Michał Wójcik: Jak wyglądały pierwsze koncerty na tej trasie? Jak wyglądała promocja tych koncertów? Czy to pozostało po stronie klubu, czy sam się tym zająłeś?

Robert Lubera: Dosyć długo gram, więc siłą rzeczy znam sporo ludzi – i to jest największy kapitał i menadżera, i zespołu. Dzięki temu rozmowa z ewentualnym partnerem po drugiej stronie słuchawki jest normalna. Dopóki zespół  nie jest znany, musi inwestować, czyli grać za darmo albo przekonywać, że jest dobrym zespołem, że na koncert przyjdą ludzie itd. Na przykład w  klubie Lizard King nie ma znaczenia, czy to jest dobry zespół czy nie. Znaczenie ma to, ile alkoholu sprzeda się podczas jego koncertu. My nie mówimy tam o sztuce. Lizard w piątki i soboty jest klubem rozrywkowym. Pozostałe dni mają już więcej wspólnego ze sztuką. To jest prosta matematyka. Jeżeli ze sprzedaży alkoholu i biletów uzbiera się kwota, której chce zespół, no to nie ma o czym rozmawiać. Tak zresztą jest na całym świecie. Zagrałem dwa koncerty w Stanach Zjednoczonych. Tam nie ma nic za darmo. Tam każdy za siebie płaci. Zespół sobie płaci sam za alkohol, bo ma zyski z biletów, które kupuje publiczność. Tam nie ma list gości. Czasem trafi się temat listy na trasie. Ja mówię: „okej”, po czym na tę listę wchodzi trzydzieści nazwisk. Ja na to: „Chyba zwariowałeś, stary. Skoro tak, to ja nie chcę publiczności”. Dwadzieścia złotych to jest tyle co za dwa piwa, może dwa i pół. Jeżeli ktoś nie jest w stanie zrozumieć tego, że dwa i pół piwa to jest nasza obecność tutaj, to niech nie przychodzi. Ja nie chcę takich przyjaciół z listy. Niech płacą.

Michał Wójcik: Na Facebooku pojawiła się niedawno strona „Za darmo w Krakowie”. W ciągu dwóch tygodni zebrała 23 000 fanów, podczas gdy normalne budowanie fanbase’u idącego w tysiące trwa nie wiadomo ile lat. To jest pewien znak czasów.

Robert Lubera: Owszem. A słowo zespół ma dla mnie znaczenie. Zespół to rodzina. I wtedy nie ma znaczenia, czy jesteś muzykiem, czy menadżerem. Jesteśmy jednym organizmem. Na dobre i na złe. To dotyczy też naszych żon, kochanek, dzieci, wszystkiego. Dla mnie tym właśnie jest zespół i to nie ogranicza się tylko do koncertu. To coś znacznie więcej. Dzięki takiej zażyłości jest znacznie łatwiej przetrwać złe czasy – a takie każdy zespół będzie miał. Kiedy nagle przestają dzwonić telefony. Gdy to, co robisz, nikogo już nie interesuje i tyle. Siedzisz w domu i się nudzisz. A artysta, który siedzi w domu i nie ma co robić, który nie odbiera sygnału, że jest potrzebny, to największa tragedia jaka się może zdarzyć. To jest klęska.

Te emocjonalne związki oczywiście niosą też za sobą pewne ryzyko. Kończą się niezwykle wybuchowo, jeśli się popełni jakiś błąd. Łatwiej jest wyrzucić zewnętrznego menadżera z dużej firmy, powiedzieć: „Stary, nie zrobiłeś dziesięciu koncertów w miesiącu, spadaj”. Niż na przykład kogoś, z kim spędziłeś piętnaście lat, ale on cię zawiódł, bo coś się stało.

Michał Wójcik: Skoro już jesteśmy przy pracy artysty – tak jak powiedziała Kamila, bywa, że po sześciu godzinach pracy menadżerskiej nad zespołem nie starcza już czasu na robienie muzyki, na to żeby pójść na salę prób… Fajnie by było zagrać nie raz, tylko pięć razy w tygodniu, to już byłby wypas, ale trzeba mimo wszystko pracować, utrzymać się…

Robert Lubera: Ja tak mam cały czas.

Michał Wójcik: No właśnie, jak to godzisz?

Robert Lubera: To jest nie do pogodzenia. W moim przypadku jest tak, że jak poświęcam się pracy organizacyjno-menadżerskiej, to tracę na jakiś czas twórczość własną. Ja nie jestem człowiekiem, który siądzie i powie: „Okej, dzisiaj napiszę piosenkę o ptaku” – bo właśnie widziałem, jak leciał jakiś ładny. Nie umiem tak. Dla mnie coś się musi wydarzyć, żeby się „stało”. I niestety te wszystkie organizacyjne rzeczy zabierają część wrażliwości i nie ma na to rady. Jeżeli siadasz i wydzwaniasz, to zawsze tracisz. Ale powiem ci, co można zyskać. Też byłem w sytuacjach, kiedy grałem, choćby z Arturem Gadowskim z IRY, w jego solowym projekcie, i tam robiła to duża, wielka firma. Przychodziły tylko rozpiski gdzie, kiedy przyjeżdża bus, do którego mamy wsiadać. Żeby się wszystko zgadzało. Potem się okazało, że ten porządek trwa tylko przez jakiś czas. A co potem? Tego „potem” już nie ma. Bo jak się słupki zgadzają, to jest w porządku. Ale słupki się zgadzają tylko przez pół roku, potem zgadzają już się komuś innemu. I wtedy zaczyna się kłopot. Trzeba analizować sytuację – widzę, że w lipcu i sierpniu zagraliśmy 30 koncertów, a we wrześniu były tylko 3, więc zaczyna się konflikt i wyrzucanie menadżera. Zazwyczaj tak jest. Bo ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że tak działa ten mechanizm. Jak się jest razem, jest łatwiej. Tym bardziej, że ja przez całe swoje życie budowałem to w sposób naturalny. Do dzisiaj jest tak, po tych trzydziestu moich latach, że jak dzwonię do klubu, to nie pytają mnie czy przyjadę z Piotrem Nalepą z Breakout, z Żanetą Luberą z Voice of Poland, z Martą Bizoń, moją żoną, aktorką… Oni wiedzą, że będę ja, i wiedzą że jak będę ja, to będzie fajnie. Nawet mnie nie pytają, słowo honoru. Zbudowane jest zaufanie.

Przede wszystkim nigdy nie daliśmy dupy. Żaden z moich zespołów. Tym bardziej, że, całe szczęście, otaczałem się ludźmi normalnymi, nie mieliśmy problemu ani z dragami, ani z alkoholem. Bo to niszczy strasznie relacje z organizatorami, jeżeli będziesz pijany albo będziesz miał jakieś wyskoki. Albo nie udźwigniesz koncertu, bo pijesz trzeci dzień w trasie. W busie. I gdy wychodzisz na scenę, widać, że nie dajesz z siebie wszystkiego. Ludzie to natychmiast wiedzą. I wszystko kończy się w sekundę. Idzie fama: „daj spokój, nie bierz ich, miałem fajną grupę ludzi, to ich poobrażali”. Ja tak budowałem swoją ścieżkę, że ludzie wiedzieli, co ja robię, i mogli ocenić, czy im się to podoba, czy nie. Do tych, którym się podoba, dzwonię i gramy. To jest fajna baza, zwłaszcza w oczekiwaniu na wielki sukces – choćby takiego jak teraz Żanety, która w ciągu dwóch tygodni ma pół miliona kliknięć. Nagle się okazuje, że pułap finansowy ma o kilkaset większy niż do tej pory. Dopóki graliśmy w Lizardzie, w Harrisie, to, powiedzmy, miało to trzy zera, a teraz może mieć więcej. To zasługa mediów. Ale takich momentów jest mało i to jest tylko chwila. A codzienność wygląda tak, że masz bazę klubów, miejsc, gdzie się gra na żywo, i tam się buduje swoje fundamenty.

Michał Wójcik: Chciałbym teraz zapytać, jak w waszym [WU-HAE – przyp. red.] przypadku wyglądało to budowanie kontaktów. Ile to trwało i na ile te kontakty się sprawdzają? Bo z tego co wiem, WU-HAE mimo wszystko daje mniej niż te trzydzieści koncertów.

Ola Marciniak: Umówmy się, że w WU-HAE poprzez swój repertuar budowaliśmy markę, a przez to też budowaliśmy publiczność. I to jest proces długotrwały, to cały czas trwa. Z racji tego, że sam przekaz jest bardzo ambitny, nie wszyscy go chcą odbierać. Ja się w zupełności zgadzam z tym, co powiedziałeś [Robert Lubera – przyp. red.]. Nie warto grać dla przypadkowych ludzi, dlatego że oni nie kupią twojej muzyki, po prostu. Z racji tego, że nasz rynek wygląda tak jak wygląda, należy przyzwyczajać ludzi, że muzyk też musi jeść. Ta muzyka jest tym lepsza, im więcej czasu on poświęca tylko i wyłącznie na muzykę. A nie zajmuje się jeszcze studiami, pracą i wszystkimi innymi rzeczami.

Michał Wójcik: W WU-HAE funkcjonuje system pod tytułem menadżer plus zespół, czy panuje podział pracy?

Ola Marciniak: Nie. U nas jest podział zadań. Niekwestionowanym liderem jest Bzyk, więc on miałby tutaj najwięcej do powiedzenia. Ja jestem osobą związaną z zespołem od bardzo wielu lat, jestem dziewczyną Bzyka, więc jest to też układ, można powiedzieć, rodzinny. To też wyszło zupełnie naturalnie, dlatego, że on się sam wcześniej tym zajmował. Widziałam, że nie daje rady, że jest tego za dużo – tworzenie muzyki, granie prób plus zarządzanie zespołem, przez co rozumiem promocję i inne menadżerskie sprawy, więc pomału zaczęłam się w to wdrażać i w tym momencie staram się go odciążyć na tyle, na ile mogę.

Michał Wójcik: W kwestii podziału – o to też ciebie, Kamila, chciałem zapytać – czy dzielicie obowiązki tylko między was dwoje, czy pozostała część zespołu, na przykład Tomek, też coś robi?Tomek, widzę, przychodzi na sztukę, bierze gitarę, gra, pakuje gitarę i idzie do domu [śmiech].

Ola Marciniak: Główny ciężar spada na naszą dwójkę, więc jeśli chodzi o takie sprawy promocyjno-menadżerskie, to zajmujemy się tym my, pomaga nam również Kuba Gajda, który przyszedł do zespołu z zewnątrz i jest zarówno technicznym, jak i robi oprawę didżejską, a poza tym pomaga w bardziej żmudnych i czasochłonnych sprawach organizacyjnych.

Michał Wójcik: Pytanie do Tomka: grałeś wcześniej w Aston Martini, tutaj w Polsce karierę zacząłeś od tego zespołu. Czy tam byłeś odpowiedzialny za jakieś prace związane z szeroko rozumianym zarządzaniem, czy tylko bębny?

Tomáš Peruňský: Powiedziałbym, że głównie bębny. Jśli chodzi o zarządzanie zespołem, to głównie Michał Grabczyk się tym zajmował. Natomiast mnie się wydaje że w tamtym zespole to wcale nie działało tak jak powinno, to był bardzo dziwny „byt”, ponieważ ani nie umieliśmy za bardzo grać, ani zarządzać tym wszystkim. Mieszkaliśmy razem w akademiku, byliśmy kumplami, tam była odczuwalna ta „rodzinność”, a pozostałe sprawy to był raczej dodatek. W WU-HAE jest dla mnie zupełnie na odwrót – dla mnie to jest w stu procentach muzyka. Oczywiście znam się z Bzykiem, spotykam się z nim czasami, ale może być tak, że przez dwa tygodnie nie ma żadnego telefonu od niego, nie widzę się z nim. Teraz akurat nagrywamy płytę, więc widujemy się znacznie częściej, natomiast to jest projekt który jest dla mnie po prostu ciekawy, mogę tam pograć, ale po wszystkim mogę wracać do normalnego życia, że tak powiem, codziennego. Bo nie jestem zawodowym muzykiem, nigdy nie byłem, ani nie szedłem w takim kierunku. Po prostu nie potrafię żyć bez muzyki. Więc jeśli chodzi o kwestie organizacyjne, to najzwyczajniej w świecie nie mam do tego czasu. Dla mnie to jest nieciekawe, jeśli tak mogę powiedzieć. Gram w zespole, w którym ogarnia to ktoś inny, dzięki temu mogę się skupić na muzyce.

Michał Wójcik: A jakbyś miał szansę i możliwość zajęcia się tym w zupełnie nowym składzie, ale na zasadzie, o której wspomniałeś: jedna rodzina, wchodzimy razem, inwestujemy w to? Może jest to intymne pytanie, ale je zadam: rozumiem że w WU-HAE po prostu przychodzisz, grasz, dostajesz kasę…

Tomáš Peruňský: No nie, nie dostaję kasy za bardzo. To jest Polska [śmiech].

Michał Wójcik: Jeśli się zdarza – a nie wiem czy się zdarza – finansowa wtopa, bo załadowaliście w promocję koncertu dziesięć tysięcy, a przyszło dwieście osób zamiast trzystu i jesteście w dupie, to czy dorzucasz się do tego?

Tomáš Peruňský: Nie. To mnie nie interesuje. To Bzyk bierze na siebie. Odkąd gram w zespole – to jest trochę ponad rok – były dobre koncerty, były też słabsze w finansowych kwestiach, ale ja zawsze jako muzyk po prostu przychodzę i gram. Jeśli jest źle, to Bzyk to bierze na siebie. I zazwyczaj tak właśnie było. Może nie „źle”, ale nie idealnie.

Michał Wójcik: A czy w takim razie, wracając do poprzedniego pytania, jeśli miałbyś okazję zrobić nowy skład, uważałbyś to za nieciekawe, nieinteresujące?

Tomáš Peruňský: Nie, na pewno bym się angażował, gdybym miał inny, własny skład. Gdybym zdecydował, że przestaję być programistą i przestaję zarabiać na życie w ten sposób, za to chcę się zajmować muzyką. Bo jednak trzeba na to poświęcić dużo czasu, jak sam bardzo dobrze wiesz. Na pewno mógłbym się tym zająć i pewnie nawet bym się chciał tym zająć. W Aston Martini nie do końca mogłem to zrobić, dlatego że, jak większość z was pewnie nie wie, nie jestem Polakiem, jestem ze Słowacji, w Polsce jestem szósty rok. Gdy przyjechałem na studia do Polski w 2006 roku, to znałem mojego wujka, miałem tu babcię i dziadka, gdy jeszcze żyli. I tyle. A budować „karierę” w warunkach, kiedy nie znam absolutnie nikogo, nawet nie mam żadnego kumpla z dzieciństwa, którego się nawet już nie widuje, a do którego mógłbym zadzwonić, bo on ma zespół, i pytać, czy moglibyśmy razem zagrać… Ale teraz już minęło parę lat i już trochę ludzi znam. Nie mam jakichś świetnych kontaktów, ale wiedziałbym przynajmniej, gdzie zacząć. Już nie zaczynam na minusie, ale, powiedzmy, od zera.

Michał Wójcik: Mogę, Michale, prosić cię o głos? Jak te układy rodzinne u was wyglądają i ile czasu poświęcacie na zarządzanie i na faktyczną pracę? Tytułem wstępu, z punktu widzenia obserwatora niezależnego, wy jesteście mimo wszystko jednym z prężniej działających bandów w Krakowie. Większość z tych 250 zespołów, które mamy w bazie, mam wrażenie, że – być może kogoś urażę – siedzą na dupach i nie za bardzo coś robią. „Okej, gramy w Krakowie dwa razy w miesiącu, ale nie mamy za bardzo pomysłu na to, jak wyjść poza Kraków, nie robimy nic w tym kierunku”. Wy jeździcie po Polsce od czasu do czasu, może nie są to trasy po 20 koncertów dzień w dzień, ale są to trasy. Ile czasu poświęcacie na to, żeby te trasy zapiąć? Ile pracujecie na to, by wydać płytę, żeby pokazała się w mediach, żeby coś się działo?

Michał Zawadzki: Odpowiedź jest prosta, 24 godziny na dobę. Chyba się wszyscy zgodzimy. To jest praca non stop. Nawet kiedy nie jeździmy i nie gramy, to pracujemy nad tym, a gdy jeździmy, to też siedzimy nad tym cały czas. To nie jest tak, że załatwiamy trasę, a potem mamy tydzień przerwy. Praktycznie non stop, oprócz tych pięknych chwil, gdy gramy koncert, nadal w kółko trzeba o tym myśleć. Kończymy koncert, więc trzeba zastanowić się, co będzie jutro, czy mamy załatwiony nocleg. To jest ten problem zespołów, które nie mają zewnętrznego menadżera. Natomiast jeżeli zespół jest – a powinien być – rodziną, którą spaja pewien cel, jakaś idea… Swoją drogą, to jest faktycznie ten zespół, w którym ja chciałbym grać. Nie chciałbym być w żadnym zespole, który robi jakiegoś joba na statku, płynąc po Oceanie Spokojnym, tylko coś chcę faktycznie zrobić. W każdym razie, wiadomo, że jak w każdej rodzinie, pojawiają się konflikty. I tego nie da się uniknąć. Jeżeli ludzie przez tydzień nawet spędzają ze sobą 24 godziny na dobę, to prędzej czy później wyjdą pewne rzeczy. Oprócz rozmów do rana na tematy bardzo osobiste, pojawiają się momenty, w których ludzie się po prostu na siebie wkurwiają. I teraz pytanie: w jaki sposób to rozwikłać, rozwiązać? Jeżeli jest zewnętrzny menadżer, który jest ogarnięty, to on powinien też wziąć to na siebie. Tak mi się wydaje. To znaczy w jakiś sposób spróbować konflikt w zespole rozwiązać.

Zarządzanie to… Pewnie nie będziemy dzisiaj o tym mówić… ale zarządzanie jest nadawaniem sensu rzeczywistości, mówiąc takim językiem filozoficznym. Czyli jeżeli mamy menadżera, który zarządza, to on nadaje sens temu, co ja robię, co on robi, co robi cały zespół. Więc jeżeli nie ma takiej osoby z zewnątrz, to trzeba sobie z takim konfliktem poradzić. Naprawdę bardzo łatwo jest zepsuć wszystko, zniszczyć tkankę społeczną w zespole, możemy się rozpierzchnąć jak jacyś aborygeni po Australii i nie będzie nic. Były takie momenty w moim zespole, kiedy nagle przestawaliśmy się odzywać do siebie na tydzień czy dwa, były straszne kłótnie, natomiast to wszystko jakoś dochodzi do momentu, w którym, całe szczęście – i daj Bóg żeby tak było zawsze – te krytyczne momenty udawało się przekuć w jakiś, powiedzmy, dalszy cel. Jeżeli była kłótnia, to spróbujmy wyciągnąć z tego jakieś dalsze wnioski, spróbujmy pracować dalej razem. To jest taka sama praca, jak ta, do której ludzie chodzą na osiem godzin. Zawsze się pojawiają takie momenty, kiedy trzeba sobie podać rękę, przedyskutować jakiś problem, bo inaczej się nie da. Nie jesteśmy robotami, które są zaprogramowane do tego, żeby osiągnąć jakiś cel.

A propos dzisiejszych rozważań na temat tego, co jest najważniejsze, graliśmy ostatnio koncert – to jest może dobry przykład – w Poznaniu. To znaczy, w cudzysłowie „graliśmy koncert”. W ciekawym miejscu, które jest dosyć popularne. Co ciekawe, właściciel tego miejsca zapłacił nam za koncert trzy dni przed koncertem. Ewenement na skalę światową chyba, bo nie widział nas nigdy na oczy ani nas nie zna. Przyjechaliśmy z nastawieniem bardzo pozytywnym, bo to nie były małe pieniądze, jak na Polskę, czuliśmy, że fajnie, udało się, mamy swój cel osiągnięty. Natomiast na koncert nie przyszedł nikt. Dlatego że ani my nie zrobiliśmy promocji, bo nikt nam nie kazał tego zrobić, ani właściciel. Nie wiem, może miał kasę z jakiegoś grantu, musiał ją wydać uciekając przed urzędem podatkowym… Natomiast doszło do sytuacji, w której uświadomiliśmy sobie nagle, że pieniądze są ważne, ale nie są najważniejsze. Bo co z tego, że ja mam teraz pieniądze na koncie? Nic. Naprawdę nic. No, dobra, mogę sobie kupić jakiś nowy talerz do perkusji. Świetnie. Ale ten wyjazd mi nic nie dał. Pod żadnym kątem. Oczywiście fajnie, że pojechałem z chłopakami i się trochę razem w Poznaniu pobawiliśmy, natomiast de facto sam koncert, którego praktycznie nie zagraliśmy – zagraliśmy jakiegoś tam jama, żeby tylko odbębnić dla pustej sali – nie dał mi nic. Więc trzeba się też zastanowić, jak należałoby połączyć wszystkie wymiary naraz. Czyli ludzi, pieniądze i jednocześnie dobrą zabawę, czyli to, co czujemy na scenie. Bardzo rzadko się zdarzało w mojej krótkiej, nazwijmy to, „karierze”, żeby wszystkie elementy naraz zagrały. Żeby była pełna sala, żeby były dobre pieniądze i żebyśmy my się świetnie czuli. Tutaj kolega [Robert – przyp. red.] ma pewnie większe doświadczenie, ale mnie to zastanawia pod takim kątem i praktycznym i naukowym. Co sprawić, żeby zespół był zadowolony częściej niż jest. Podejrzewam, że te chwile, które pozwalają stwierdzić: „ale było zajebiście, wszystko zagrało”, w naszym kraju jest bardzo trudno osiągnąć. My się już nawet w tym momencie zastanawiamy, czy nie wyjechać, krótko mówiąc, gdzieś. Nie wiem gdzie. Do Japonii, do Stanów… Cokolwiek zrobić, żeby z tej rzeczywistości uciec.

Michał Wójcik: Czy to znaczy, że jest tak źle?

Michał Zawadzki: To jest bardzo trudne pytanie, „czy jest tak źle”. Takie filozoficzne.

Michał Wójcik: Bo wiem, że „tak źle” oznacza ten moment, kiedy tych sytuacji, gdy jesteś na tyle zadowolony, żeby to pchać dalej, jest po prostu za mało. Logiczne. Jest przekroczony jakiś poziom krytyczny, następuje rozkład zamiast budowania czegoś. Czy jest tak źle? Bo mówimy cały czas o Polsce. Każdy będzie miał inną perspektywę, więc bardzo krótko, żeby każdy dał mi swoją odpowiedź: czy jest tak źle?

Robert Lubera: Ja mam to już policzone. Wszyscy się zastanawiamy całe życie, dlaczego nasze koncerty chodzą albo nie chodzą, a to jest źródło naszego działania. Główny motywator. W moim zespole istnieje takie powiedzenie jak „remis”, czyli jest tyle samo ludzi na scenie, co przed sceną.

Michał Wójcik: Czy często się zdarzają takie sytuacje?

Robert Lubera: Z Balcarem powiedzieliśmy sobie, że pieprzymy, wszystko gramy za darmo, ale jedziemy, jedziemy, jedziemy, i po trzech latach się okazuje, że nie ma „remisu”. Że zapełniamy salę na czterysta miejsc na przykład. I ludzie kupują bilety, czyli generujemy przychód w granicach od ośmiu do dziesięciu tysięcy złotych, przy dużej sali. W małych klubach to są mniejsze pieniądze, ale my się na to zgadzamy. Ale najważniejsze jest to, że mamy fajny koncert. Ja grałem koncert dla 450 tysięcy ludzi, gdzie się wszystko zgadzało, ale poza tym, że super zagraliśmy, była magma, nie wydarzyło się nic fajnego w napięciach pomiędzy jedną i drugą stroną. I oczywiście był fajny koncert, tylko że wolę opowiadać o koncertach w Harrisie na przykład, gdzie widzę ludzi, emocje i tak dalej. Coś się dzieje. Dla artysty to, co się dzieje, to „coś”, jest ważniejsze od pieniędzy. Pieniądze są efektem ubocznym. Natomiast to, co mi się realnie, już tak z menadżerskiego punktu widzenia nasuwa: w Polsce cierpimy na brak odbiorcy, to jest nasz największy problem, który będzie trwał jeszcze przez parę pokoleń. Więc nie wierzcie w bajki ludzi, którzy słuchają sztuki, którą my się zajmujemy, to jest jakieś cztery do pięciu procent populacji. Nie więcej. Wystarczy posłuchać mediów. Bo często popełniamy jeden błąd jako menadżerowie…

Michał Wójcik: To jest kwestia naprawdę czterech procent?

Robert Lubera: Według mnie. Moje doświadczenie mi mówi coś takiego. Często sam używałem tego argumentu, że „media mają nas w dupie, grają byle co, i my przez to”… To jest w ogóle nieprawda. Media dawno policzyły już, dla kogo grają. One dlatego grają muzykę, która nam się nie podoba, bo to społeczeństwo takiej właśnie muzyki potrzebuje. A nie odwrotnie. To nie jest tak, że jak media nagle zaczną grać Hendrixa, czy jakieś inne zaawansowane rodzaje muzyki, którą my lubimy, to nagle zapełnimy Halę, Spodek. Nieprawda. Nie zapełnimy, bo ludzi słuchających tej muzyki cały czas jest ten sam odsetek w Polsce. I to jest problem. Dlatego na przykład mnie się podoba działanie takich zespołów jak Happysad, jak Akurat, mimo że to nie są wcale moje ulubione kapele. To były zespoły, które bez mediów, naprawdę bez jakiegoś wielkiego ich wsparcia, zbudowały swoją sytuację. Na przykład Golec uOrkiestra, który wczoraj wygrał kolejny festiwal w Opolu. Były dwa zespoły koło siebie: Brathanki i Golec uOrkiestra. To był dokładnie ten sam moment. Zespoły, które idealnie wstrzeliły się w rynek. Golec uOrkiestra grał tylko i wyłącznie za bilety, a Brathanki przez dwa lata zagrały dwa tysiące koncertów bez biletów. I Golec uOrkiestra cały czas gra, a Brathanki grają już tylko na festynach. Z całym szacunkiem, bo to świetny zespół. To jest ta różnica. Że tamci umiejętnie budowali i zbudowali sobie ten tak zwany „elektorat”, i to działa, a Brathanki już muszą dzwonić do sołtysów i grać na darmowych imprezach, bo już zeszło ciśnienie. To jest menadżersko bardzo ważna rzecz: jak utrzymać ten moment zainteresowania.

Polecam historię zespołu Queen: jest taki wspaniały koncert z Maracany, gdzie jest z dwieście tysięcy ludzi, a potem opowieść faceta, który mówi: „stary, myśmy za to nie zarobili ani grosza”. W Polsce to nie funkcjonuje, ale na całym świecie, nawet na samym początku działalności, zespoły podpisują ze sobą kontrakty. I żeby jeden gitarzysta sobie przeszedł do Queen z innego zespołu, kontrakty musiały być zmienione. Tam od razu się pisze umowy. A u nas nie. My budujemy coś, aż nagle kolega mówi: „to ja idę do drugiego zespołu”. Tam wszystko jest oparte na kontraktach. Oni podpisali taki kontrakt na początku swojej działalności, nie spodziewając się wielkiego sukcesu, że przy pierwszych trzech płytach prawie w ogóle nic nie zarobili. A sprzedali ich tyle, w tym Bohemian Rhapsody… Tymczasem prawdziwe pieniądze w zespole Queen zaczęły się dopiero po trzeciej płycie. Oni zaczęli zarabiać, żeby móc sobie kupić większe mieszkanie. I w każdej biografii jaką się czyta, a jest ich dużo, jest dokładnie ten sam element: że zanim przekuło się to na pieniądze, a ludzie realnie poczuli sukces i uzyskali status gwiazd, mijało wiele lat pracy i nieustannych kłopotów.

Ja na przykład, tu wam zdradzę taki trik, nauczyłem się tego jako menadżer i jako wykonawca, na przykład jak z Piotrkiem Nalepą gramy piosenki jego rodziców, czyli Breakout… To jest w Polsce marka, Nalepa i Breakout, dosyć dobra, tym bardziej że w tym roku jest 45 lat zespołu… I nagle się spotkałem z takim czymś, mówimy o zewnętrznych menadżerach, że kolega przyszedł, znajomy, dobry menadżer, znam go przecież od lat, i robiliśmy święto miasta. Kwota na którą się umówiliśmy zgadzała się, tylko potem się okazało, jak poznałem ludzi z tego miasta, pana burmistrza i panią księgową, i zobaczyłem rachunek jaki on wystawił, że to była kwota trzy razy większa. On zarobił dwa razy więcej niż cały zespół. No i mu powiedziałem, „bez jaj”. Dziesięć tysięcy kosztuje zespół. „Proszę bardzo, masz”. A faktura jest na trzydzieści. I teraz ja w związku z tym wykonałem potem taką rzecz: „okej, mogą pracować dla mnie zewnętrzni menadżerowie”… Ja prowadzę firmę, od razu mówię. Od ’93 roku prowadzę własną firmę, wystawiam faktury, mam tak zwaną „działalność gospodarczą”. I ja mówię: „okej, możemy tak działać, tylko ja wystawiam fakturę, i umawiamy się na procent jaki ja tobie płacę, od kwoty”. Nigdy nie ma tak, że ktoś za mnie wystawia fakturę. Bo przez to po prostu się pewna sytuacja gubi. To jest bardzo ważna sprawa, żeby pilnować takich rzeczy. Bo potem złym efektem jest tylko to, że ktoś mówi: „to strasznie drogi zespół jest”. I cię nie zapraszają. „Nie no, dałem trzydzieści tysięcy za to, dychę to bym dał może, ale trzydzieści?”. Bo to potem buduje całą sytuację, że od tego, ile to kosztuje i jaka jest relacja matematyczna, powstaje albo plan, że działamy dalej i zespół gra, albo nie. Bo pójdzie fama, że jest za drogo i jest po herbacie. To są ważne rzeczy organizacyjne. Już komuś muszę to oddać, bo tak patrzę, że…

Michał Wójcik: Troszkę urywając wątek i wracając do tego, który Michał poruszył… Zresztą ty też wspomniałeś, że z Robertem Gawlińskim i jego żoną mieszkałeś, i znasz od podszewki wszystko. Niekoniecznie chcę pytać o nich, natomiast chcę zapytać o te słabe momenty w składach, w których grałeś – czy się zdarzały, czy rozwiązywałeś je jako, powiedzmy, członek zespołu, czy jako menadżer?

Robert Lubera: W moim wypadku to się wszystko łączy. My się śmiejemy w domu, bo wszyscy jesteśmy jakby w jednej firmie. Moja firma się zajmuje córką, żoną, mną, a każdy z nas… Moja żona ma pięć projektów, ja mam pięć, więc tego jest dużo. I śmiejemy się, że mamy to w domu przy śniadaniu, obiedzie i kolacji. Bo mówimy o tym początku moim, że wiele lat temu z kolegami nagle wylądowaliśmy na jakimś festiwalu i nie wiedzieliśmy o co chodzi. Ale było super, to jest historia, naprawdę, jak czterech chłopców z Liverpoolu. Myśmy przeżywali niesamowite sytuacje, trasy, propozycje, i w pewnym momencie okazało się, że musimy stawić czoła już takiemu zawodowemu… Musiała zapaść decyzja: albo się tym zajmujemy naprawdę, albo zostajemy na poziomie domu kultury. I oczywiście wszyscy mówią, że „naprawdę”, ale co to oznacza? Lech Nowicki, Nowiki ojciec zresztą, ówczesny dyrektor Programu Trzeciego, Trójki, zadzwonił i mówi: „to nagrywamy te dwie piosenki”. Wchodzimy do studio i nagle się okazuje, że kolega perkusista nie ugrywa. Bo myśmy nigdy nie byli wcześniej w studio prawdziwym. Wszyscy gramy jak umiemy, każdy gra tak jak umie, ale tempo tu ucieka, tam ucieka, każda przebitka nietrafiona. I siedzimy w tym studio, i się męczymy, i pierwsze doświadczenie to: „o kurde”. Ci goście, którzy tam nagrywali, najwięksi, patrzą: co to za amatorka? I się zaczyna. I potem zrozumieliśmy, że jeżeli chcemy iść dalej, to albo on się temu poświęci… A on był jedynym, który miał żonę, był już małżeńsko zakotwiczony, że tak powiem. I musieliśmy się z nim pożegnać. To był najgorszy moment w moim życiu. Ale wszyscy wiedzieliśmy, że jeżeli mamy grać dalej i nagrywać… Wtedy było jeszcze inaczej, nagrywanie było niezwykle drogie, i każda godzina dłużej spędzona w studio rujnowała zespół. Dzisiaj każdy ma studio w komputerze, i to jest łatwe, szybkie i przyjemne, można się bawić ile się chce, a wtedy nie. To było studio na Myśliwieckiej i nie było żartów. Ja, ponieważ gadam, jak słychać, najdłużej i najwięcej, powiedziałem mu to. Była próba, i mówię: „Mariusz, słuchaj: nie da się. My chcemy nagrywać, a nie stać nas na to, żeby nagrywać tak długo, jak ty nagrywasz”. I on się obraził na mnie na 20 lat. Myśmy byli kolegami od podwórka. I nie rozmawialiśmy ze sobą, był taki gnój po prostu… Na szczęście wyjechałem później, więc nie musieliśmy się spotykać… I teraz jest fajna pointa tej opowieści. Nasze miasto dwa lata temu miało 50 lat od uzyskania praw miejskich, bo to jest bardzo młode miasto, i zaproszono nas, i wszyscy się zgodziliśmy, że zagramy. Po dwudziestu, chyba, czterech latach. Pierwszy raz. I zespół się reaktywował po tym koncercie, było mega zajebiście fajnie. Okazało się, że to, że myśmy tak mało umieli, spowodowało to, że szliśmy w rejony, w które nikt nie szedł. Zespół miał swój wajb zupełnie inny od wszystkich innych, a nie byliśmy super muzykami. I teraz jest taka akcja, że po latach mamy taki fun… Oczywiście już jest wybaczone po tych dwudziestu paru latach nie odzywania się. Ja rozumiem, że to dla niego była przykra sytuacja. Jak się potem okazało, z tego zespołu tylko dwóch ludzi dalej pracuje w muzyce, a dwóch kolegów zajmuje się innymi rzeczami. Natomiast pointa jest taka, że po tych dwudziestu paru latach gramy, co więcej: ludzie tego chcą. A że jest cały czas sprzed tych dwudziestu iluś lat jakaś ekipa, która tego chce, więc my na luzie teraz montujemy zespół, zresztą będzie wkrótce koncert w Krakowie, także to jest zabawne. Natomiast to są takie ciężkie momenty, że nagle widzimy, że razem już nie możemy iść dalej. A ponieważ jesteśmy kolegami, żonami, małżonkami i tak dalej, to takie rozstanie jest niezwykle trudne. To jest najgorsza rzecz na świecie.

Michał Wójcik: WU-HAE zmieniło skład dość drastycznie, zresztą chyba niejednokrotnie… Ciągle zmienia. Czyli, jednym słowem, WU-HAE to jest Bzyk plus skład, czy…

Ola Marciniak: Tak, tych dwóch frontmanów to jest ten stały trzon, oczywiście każde rozstania są ciężkie, i jak najbardziej wszystko to, co powiedziałeś, to jest prawda. Zgranie, żeby zespół stanowił zespół, żeby to stanowiło całość, jest niezwykle ciężkie. Ja się tym nie zajmuję, zajmuje się tym Bzyk, więc on mógłby tutaj więcej powiedzieć, w każdym razie widzę, że jest to niezwykle emocjonalny proces. Do tego nie można podchodzić na chłodno.

Michał Wójcik: W Dżindżer Projekt też były zmiany, jak z tymi zmianami?

Kamila Boruc: No właśnie jest tak, że z pierwotnego składu takim trzonem jesteśmy ja i Filip. Dookoła nas to wirowało i ja mam nadzieję, że ten skład, który jest teraz, jest już stały i zostanie.

Michał Wójcik: Nigdy nie zostaje!

Robert Lubera: Przecież to jest dobrze, w sztuce się musi zmieniać! Te zmiany są bolesne, ale też wpływają na nas jako artystów.

Kamila Boruc: Ale ja jestem pod wrażeniem tych zespołów, które grają po 30 lat i są takie bardzo rodzinne, to są grupy przyjaciół…

Michał Wójcik: Ja się tak zastanawiam… Twoi koledzy z TSA, mieliśmy okazję przed nimi niedawno zagrać, dojeżdżają na koncert różnymi pojazdami, wysiadają, nie zamieniając ze sobą ani słowa, wchodzą na scenę, potem wsiadają do dwóch różnych pojazdów… być może to była jednorazowa sytuacja, bo nie wiem co się tam dzieje, chodzi mi tylko i wyłącznie o te działające przez 30 lat składy rodzinne [śmiech].

Kamila Boruc: Nie, ja sobie nie wyobrażam oddzielnie dojechać na koncert. W wyjątkowych sytuacjach może.

Robert Lubera: Są momenty, że dzwonisz do koleżanki i mówisz o wszystkim, na przykład, albo przyjaciela, a po jakimś czasie przestajesz dzwonić. A za jakiś czas zaczynasz. To są normalne, międzyludzkie relacje, one się niczym nie różnią od relacji w rodzinie, w klasie, w pracy i tak dalej, są różne momenty. Na szczęście w życiu te rzeczy nie są stałe, bo jakby były stałe, to byśmy umarli z nudów. Ja na przykład jestem teraz w dosyć ciekawym momencie, nie spodziewałem się go, wynikiem czego będzie, Waluś, mój czwartkowy koncert w Alchemii, zapraszam, to będzie wyjątkowa rzecz, bo po wielu latach wracam do momentu, gdzie śpiewam tylko i wyłącznie własne piosenki. Ale to było tak, że… Ja pracuję z córką, również, od lat, i, jak się okazuje, teraz jest taki moment, że ona ma projekt, a mnie w nim nie ma. W tym projekcie. I 14 lat mojej pracy poświęcone na „rośnięcie” córki, że tak powiem, i sobie myślę: ale jaja, mam trochę więcej czasu teraz, kurde. Bo się okazuje że artystycznie wszystko się zgadza, tylko nagle… Ja myślałem, że przecież ja tam będę. Bo przecież jesteśmy przez cały czas razem, to będę grał. Ale jakoś nie gram tam, w tym składzie. I może dobrze nawet. Ale to jest nowe doświadczenie, i ten proces się nigdy nie kończy.

Natomiast w związku z sytuacją w TSA: są zespoły, które są fantastyczne i nie ma tego problemu. Choćby na przykład Dżem – stał się firmą już tak zorganizowaną, że tam techniczni są ci sami od 30 lat, samoch… nie, no samochody to zmieniają [śmiech]. Ale to już jest firma. Wszystko zależy od indywidualności, które tam są, jak one są silne, czy mają cechy przywódcze, czy ich nie mają, czy potrafią zawierać kompromisy, czy nie… To jest normalne, tylko że tu problem polega na tym, że scena jest niezwykłym weryfikatorem. Jak wchodzisz na scenę, to wszyscy są na golasa. Piesek jak cię kocha, to się wywraca na plecy i pokazuje ci brzuszek, czyli swoje najbardziej wrażliwe miejsce, gdzie pozwala się dotykać tylko temu, kogo akceptuje. I artysta wychodząc na scenę dokładnie od razu pokazuje brzuszek. Chociaż nie wie, czy dostanie tam strzała za chwilę, czy ktoś go pogmera tam. Jak się wchodzi na scenę, to ludzie z taką wrażliwością ulegają całej masie różnych wrażeń. A jeszcze jak to robią w zespole i każdy z nich inaczej to odbiera, to tam powodów do tego, żeby się pozabijać albo pokochać jest cała masa, i jest to wyolbrzymione. Czyli to co my normalnie w życiu przeżywamy codziennie, idąc ze sklepu, czy rozmawiając z żoną, tutaj jest zwielokrotnione. Ja wam mogę powiedzieć taką jedną rzecz, jak już o tym mówimy: robiłem taki eksperyment, że nagrywaliśmy swoje koncerty. O tym, w jakich my emocjach jesteśmy będąc na scenie. Jak schodzimy ze sceny, to jest: „ja pierdzielę, ale zażarło, jaka jazda”, i piątki, i skoki, a potem słuchamy w hotelu: „jaka masakra! Co za dramat! Kasuj to szybko, żeby nie poszło gdzieś”. I odwrotnie: schodzimy, nie odzywamy się, „coś ty tam zrobił”… Słuchamy: „no ja pier… ale jaja. Wszystko się zgadza”. My ulegamy takim irracjonalnym, niepoliczalnym sytuacjom, że tracimy realny ogląd sytuacji. Artysta będący na scenie jest kosmitą, jest z innego świata, i jeżeli jest naprawdę zaangażowany, to nie wie tak naprawdę co się dzieje. To znaczy on jest w swoim świecie, ale to czy to jest dobre, czy równo zagrał, czy nie równo… Tego nie wie. I często z tego powodu powstają konflikty lub, wręcz przeciwnie, ulegamy tym rzeczom. I to jest najtrudniejsze do ogarnięcia z punktu widzenia i menadżera, i relacji… Bo to wszystko jest wyolbrzymione i trzeba umieć sobie z tym radzić. To jest niezwykle trudne.

Michał Wójcik: Teraz będzie bardzo szybka seria pytań, które mam tu zapisane, ponieważ to są fajne pytania, zupełnie nie zahaczamy o tę kwestię, to znaczy zahaczamy, ale bardzo szeroko. To jest strasznie interesujące, ale jednak chciałbym się dowiedzieć o te pragmatyczne szczegóły. Seria szybkich pytań, jedziemy dookoła. Ile czasu tygodniowo zajmuje wam praca nad kapelą? Już wiem że 24 godziny na dobę. Ale tak serio, z ręką na sercu? Bo jednak mimo wszystko każdy z was pracuje, więc nie jest to 24 godziny na dobę.

Michał Zawadzki: I śpi, dlatego nie jest.

Michał Wójcik: Ja nie spałem dzisiaj.

Michał Zawadzki: Okej. To jeszcze zależy od tego, co rozumiemy przez słowo „praca”…

Michał Wójcik: Nie, konkret pod tytułem: gramy próby albo załatwiamy koncerty, albo pracujemy nad płytą… Nie na zasadzie: „mmm, jaką by tu okładkę”.

Michał Zawadzki: Ale wiesz co, właśnie to „jaką by tu okładkę” to też jest praca. Bo praca w zespole, nad zespołem, to jest praca koncepcyjna. Jeżeli nawet nie siedzisz na Facebooku albo siedzisz w pracy i przeprowadzasz wykład dla studentów, a myślisz jednocześnie o tym, jaka to będzie okładka, to jest praca nad zespołem, moim zdaniem. Całe szczęście, każdy z nas w naszym zespole akurat ma taką pracę, która pozwala na zupełną elastyczność. Ja nie mam ośmiogodzinnej, Łukasz co prawda ma, ale i tak nikt nie robi tego co powinien. Może nie powinienem tego mówić, ale…

Michał Wójcik: A na YouTube oglądają nas cztery osoby.

Michał Zawadzki: To spoko. I menadżer do tego.

Kuba tak samo, i tak jest cały czas. I uważam, że jeżeli myślisz w jakimś momencie życia nad tym, jak ulepszyć, usprawnić zespół, pod jakimkolwiek kątem, to to jest praca nad zespołem. To nie musi być coś widzialnego. Zaczyna się wszystko od myślenia, a dopiero później jest działanie.

Tomáš Peruňský: Według mnie – chociaż nie jestem rodzicem – to jest tak, jakby zapytać rodzica, ile godzin dziennie jest rodzicem. Nawet jak jest w pracy, nie przestaje być rodzicem. Ciągle ma odpowiedzialność, ciągle jest to aspekt życia, ciągle jest tam ten motyw przewodni, że jest zespół. Oczywiście jeśli człowiek się zajmuje tym zespołem.

Michał Wójcik: Tak, macie rację obydwaj, ale chodzi mi tutaj o konkretne działania: dzwonienie, wysyłanie maili, próby…

Ola Marciniak: Jest to praca zadaniowa. Codzienna, żmudna praca, która wymaga poświęceń. Jeśli na przykład jest planowany jakiś koncert, więc trzeba zrobić promocję, to wtedy nie ma limitu, że poświęca się osiem godzin, tylko pracuje się do skutku. Wiadomo, że są dni, kiedy wykona się jeden telefon, i nic więcej się nie zrobi, ale są dni, kiedy się pracuje od rana do wieczora.

Michał Wójcik: Czy w twojej działalności gospodarczej tak samo to wygląda?

Robert Lubera: Jeszcze gorzej.

Michał Wójcik: Nie ma wyjścia z pracy?

Robert Lubera: Nie, ja właśnie często się śmieję, jak spędzam czas z osobami, które nie do końca rozumieją specyfikę tej pracy, i to czasami jest moja żona. Mamy dzieci, i ona trochę więcej czasu im poświęca, a ja na przykład otwieram oczy i leżę. Ona mówi: „weź coś zrób”, a ja mówię: „właśnie robię”. Mój mózg już się obudził, i już projektuje, i myśli: co się stanie za rok, za dwa, za pół, i tak dalej. Budzisz się, otwierasz oczy i nie przestajesz być rodzicem, nie przestajesz być gitarzystą, nie przestajesz komponować… Nie przestajesz myśleć o tym kiedy to zrobisz i gdzie, bo rzeczywiście te rzeczy trzeba planować. Nawet jak się jest początkującym zespołem, trzeba sobie te rzeczy wytyczać, cele, czas, próbować to ogarnąć, żeby to złapało jakiś wymiar. Nawet sama tkanka sztuki jest niewymierzalna, więc jak my nie będziemy jeszcze wiedzieli co robić i kiedy, to tego nie ogarniemy. To musimy sobie wytyczać. Moje projekty wytyczam już lata do przodu.

Michał Wójcik: Ile prób tygodniowo i z jakiej składanki?

Robert Lubera: Żadnych prób tygodniowo. Ja przede wszystkim pracuję ze sobą, a w momencie, kiedy jestem gotowy i potrzebna mi jest reszta, to siadamy i pracujemy. Ja, niestety, jestem w tym, co robię, sam. W sensie, ja mówię o tej części mojej działalności, która dotyczy mojej twórczości. Bo też jest taka, że ja jestem muzykiem, wtedy to zależy od projektu i jedziemy: tydzień, pięć, jak trzeba, to dwa dni, jeden, w zależności od tego, jak to powinno być.

Kamila Boruc: Ile godzin dziennie? Bardzo dużo.

Michał Wójcik: Ile z nich na granie, ile z nich na „nadbudówkę” menadżerską?

Kamila Boruc: Ja mam wrażenie, że dzięki temu, że ja i Filip się zajmujemy głównie całym zarządzaniem, robimy to przez bardzo dużo godzin w ciągu dnia, i jak Filip ma nockę w pracy to cały czas ogarnia i pisze maile [śmiech]…

Michał Zawadzki: Tak jak Łukasz.

Kamila Boruc: Ja mam nadzieję i bardzo bym chciała, żeby to tak działało, że ja daję ogromną wygodę, komfort reszcie zespołu, muzykom, żeby oni mieli więcej czasu na granie i na tworzenie, myślenie, komponowanie, aranżowanie, i mam nadzieję, że ten komfort, dzięki temu, że to my pracujemy nad zarządzaniem, mają. Ciężko jest mi, naprawdę, powiedzieć w godzinach, bo nie wiem jak to sumować, ile oddzielnie ja pracuję. Na przykład bardzo mnie cieszy, że… Wcześniej to się nie pojawiło… Nasz skład jest tak jakby odświeżony, i osoby, które teraz grają z nami, bardzo dobrze rozumieją to, że trzeba inwestować w zespół, co mnie cieszy. Ja myślałam, że będę musiała do tego jakoś przekonywać, ale udało się złapać wspólną wizję. Bardzo mnie cieszy, że mimo że dużo z Filipem robimy takiej papierkowej, telefonicznej roboty, to mam ostatnio dużo odpowiedzi, reakcji od Oli czy Radka, którzy piszą, dzwonią do mnie w konkretnym momencie: „Kamila, to jak ci pomóc i co mogę teraz zrobić?”. Ja oczywiście mam swój misterny plan, cały terminarz, i ja wiem, co jest, jak i kiedy. W sumie nie lubiłabym, gdyby się więcej osób z zespołu angażowało, i żeby oni nadrabiali te godziny.

Michał Wójcik: Czas nam się kończy, a mam jeszcze parę fajnych pytań. Poruszyłaś tę kwestię inwestycji w zespół i tego, że je rozumieją, masz tu na myśli inwestycje finansowe? I jak to wygląda u was, czy wy dzielicie ten budżet, jeśli zarabiacie na koncercie, to dzielicie to od razu i idziecie za to pić, czy składacie do skarbonki, czy kasę przejmujecie z Filipem, czy dopłacacie z własnej kieszeni, jeśli trzeba…

Kamila Boruc: Ja mam takie konto, które ma taki bardzo mały procent i coś mi się na tym koncie zbiera, i co raz mi wskakuje z 10 złotych więcej, więc jest o tyle fajnie, od każdego zarobionego, ale nie, nie dzielimy się do kieszeni. To było takie główne założenie. Gramy krótko w sumie i już jesteśmy na tym etapie, że Filip zarabia, ma swoją pracę, etat, reszta jest studentami, ja w jakiś sposób zarabiam, i wiem, że to, co zarabia zespół tworzący teraz, musi zarabiać na siebie, a nie na nas indywidualnie, więc w ten sposób inwestujemy. Jak w sierpniu na przykład nagraliśmy tę demówkę, epkę, i zabrakło nam z tego co zarobiliśmy wcześniej na koncercie, trzech koncertach przed tą epką, to normalne było wtedy dla wszystkich, że dokładamy od siebie. Z kieszeni. A potem się to zwróci.

Robert Lubera: Ja jedną chciałem rzecz dopowiedzieć do tego, co ty mówisz, bardzo krótko. Jest jedna zasada, której ja się nauczyłem, ona nie zawsze jest przez wszystkich przyjmowana, ale w mojej sytuacji jest tak, że to ja dzielę pieniądze, a muzycy w ogóle nie wiedzą, ile kosztuje koncert. I przez te lata naszej pracy doszliśmy do sytuacji takiej, że mnie o to nikt nie pyta, bo oni wiedzą, że będzie zawsze dobrze. Bierze się to stąd, że nigdy nie garnąłem do siebie. Zawsze trzeba płacić muzykom, trzeba się dzielić z nimi jak z członkami rodziny. Bo mówimy teraz z punktu widzenia menadżera – jeżeli jest taka sytuacja, że proporcja zostanie zachwiana, że muzycy po 200, a ja 1500, to się bardzo szybko kończy. Były koncerty, do których ja dopłacałem z własnej kieszeni, i oni też tego nie wiedzieli, bo jak jest górka, to można to wtedy nadrabiać. Natomiast dzielenie się pieniędzmi w zespole jest niezwykle ważnym elementem, który może być spoiwem albo destrukcją totalną. Polecam wszystkim menadżerom zaangażowanym traktować muzyków dobrze, i wtedy wszystkim jest lepiej.

Michał Wójcik: Mówiłem, że absolutnie zmierzamy do tego samego wniosku co z poprzedniego panelu, czyli że trzeba żyć dobrze i czynić dobro. Ale to jeszcze nie koniec, finansowy wkład to jedno…

Kamila Boruc: Ale czy mogę dodać, bo a propos tego ściemniania bądź nie mówienia zupełnie, czy wezmę sobie 1500 i reszcie rozdzielę 200, to ja też rozdzielam pieniądze z Filipem… To znaczy teraz mamy taką politykę, że rzeczywiście inwestujemy w zespół, wcześniej rozdzielaliśmy tak że każdy zawsze dostawał po równo, nieważne, czy my jeszcze jesteśmy dodatkowo menadżerami, czy ktoś stworzył ten kawałek albo te trzy kawałki z EP-ki. Ostatnio mieliśmy takie szczęście, że mieliśmy koncerty na umowę, i wymusili na nas, żeby umowa była na każdego członka – więc oni jakby i tak wiedzą – a to była zabawna sytuacja, bo każdy dostał swoje pieniądze, plik banknotów, i potem każdy podchodził do mnie, i było „aha, daję ci, proszę, haracz” [śmiech]. Ale są świadomi tego, ile to jest i ile mamy zespołowo.

Michał Wójcik: Michał?

Michał Zawadzki: To znaczy jak już jest menadżer, to faktycznie, jeżeli pójdzie już jakiś przekręt, to zespół się kończy bardzo szybko, i cały zespół może się już wtedy spalić. Natomiast w przypadku zespołu, który nie ma menadżera teraz, tak jak my, w tym momencie każdy zarabia na pieniądze, w tym momencie trzeba włożyć na jakiś wspólny, dalszy cel. Jest już tyle wydatków, które mamy na głowie, że nie ma sensu się dzielić, bo i tak się złożymy, prawda?

Michał Wójcik: To znaczy, domyślam się, strzelam teraz, ale u mnie osobiście to teraz tak wygląda, że jest to biznes, który jest permanentnie na minusie. Nieważne, jak dobrze się zagra, ile się koncertów zagra, ile się na nich zarobi, ostatnie dwie trasy wyszły na plus i wszystko fajnie, tylko co z tego, że trasa wyszła na plus, skoro tak naprawdę jesteśmy w przededniu wydania płyty, na którą pójdzie naście tysięcy. Zmierzam do tego, czy jeśli jest brak, to jest również zrzutka po równo u was też?

Michał Zawadzki: Tak. zdecydowanie tak.

Ola Marciniak: Taaak.

Michał Wójcik: Teraz fajne fronty się, że tak powiem, utworzyły. Zespoły, które są razem we wszystkim i zespoły z liderami. Możesz, Ola? O to już chyba w zasadzie zapytałem, pytając Tomasza – wy bierzecie to z Bzykiem na siebie?

Ola Marciniak: Tak, tak. Bierzemy odpowiedzialność też finansową na siebie.

Michał Wójcik: A czy mogę niedelikatnie spytać, czy ten podział pieniędzy jest równy czy nierówny?

Ola Marciniak: Nie.

Michał Wójcik: Nie mogę spytać czy jest nierówny?

Tomáš Peruňský: Ja mogę od siebie powiedzieć, że jest nierówny w tym, że Bzyku dopłaca, a ja nie muszę dzięki temu dopłacać jeszcze.

Ola Marciniak: Uważam też, że inwestycje są bardzo ważne, i to trzeba wykonywać. Przeważnie też inwestujemy swoje pieniądze, przez „swoje” mam na myśli moje plus Bzyka, inwestujemy w różne rzeczy, po to żeby zespół mógł się właśnie rozwijać.

Michał Wójcik: Ciekawe pytanie: czy myślicie, że w pewnym momencie nastąpi zwrot tej inwestycji, czy to jest po prostu inwestycja w życie? W takim sensie, że trzeba to robić.

Ola Marciniak: To jest pytanie o wiarę w to, co się robi. Ja wierzę w to, co robię, wierzy w to Bzyk, myślę, że reszta członków zespołu też w to wierzy.

Robert Lubera: Ja myślę, że ten zysk jest wieloraki. To jest sposób życia, to jest sposób na życie w ogóle. To, czym ja się zajmuję, to jest najdroższe hobby, jakie może sobie człowiek wymyślić. Ilość pieniędzy, które musiałem wydać na sprzęt, który mnie upoważnia dopiero do tego, żeby na jakimś poziomie zagrać, to w ogóle ma się nijak… Na przykład w Harrisie mi mówi ktoś: „to zagrajcie”, i tam jest, powiedzmy, stawka, chyba w tej chwili to już jest 150 złotych na osobę, a ja mówię: „stary, to jak dzwoni do mnie z festiwalu gościu i mówię, że potrzebujemy wzmacniacz, to płacimy czterysta, a ty każesz mi ten sam wzmacniacz przynieść, znieść, zagrać przez 2,5 godziny, i zapłacisz mniej niż za wynajęcie wzmacniacza”. Więc to są nieporównywalne rzeczy. Ale ja dla chęci grania to zrobię, oczywiście, po to żeby poprzeżywać pewne rzeczy, więc ten zysk… Tu mamy pewną wspólnotę, widzę, że my w pewnym sensie opłacamy sobie tę przyjemność, że robimy to co robimy, że nie zjeżdżamy do kopalni, albo nie przebieramy się w mundurek i nie jedziemy do korporacji za komputer. I ten zysk jest wieloraki. Finanse to akurat jest najsłabszy punkt, ale jest cały sposób życia, spotykania fantastycznych ludzi, przebywanie… to jest tak: ja wstaję i nie mówię: „kurwa, muszę iść do pracy”. Ja się cieszę, że idę do pracy.

Michał Wójcik: Następne pytanie: jakie prace, i czy w ogóle, outsource’ujecie. Czyli dajecie innym ludziom do zaopiekowania się. Czy wszystko od początku do końca robicie sami, nawet jeśli tylko okładkę fizycznie wykonuje ktoś inny, bo akurat nie jestem grafikiem, więc jej nie zrobię, ale koncept jest w stu procentach wasz, czy dajecie sobie pewien luz.

Ola Marciniak: Ostateczną decyzję, przynajmniej w wypadku WU-HAE, podejmuje Bzyk, więc nawet jeśli ktoś konkretnie okładkę przygotowuje i jest to osoba z zewnątrz, to musi ją zaakceptować, musi pasować do jakiejś koncepcji, która została wcześniej wypracowana.

Michał Wójcik: A jak to wygląda, nie tylko przy wydawnictwach, tylko przy plakatach, to jest jeden z aspektów akurat…

Ola Marciniak: Plakaty akurat robi Bzyk.

Michał Wójcik: Chciałem zapytać jak jest w kwestiach finansowych, czy wynajmujecie grafika, grafik dostaje stawkę, agencję kreatywną, jak to się mówi teraz…

Ola Marciniak: Nie. To wszystko jest w zespole.

Robert Lubera: W moim wypadku…

Michał Wójcik: Robert, tylko krótko, proszę.

Robert Lubera: W moim wypadku jest tak, że ja bardzo nie lubię oddawać swojego dziecka w czyjeś ręce. Ja jestem takim trochę artystycznym egoistą i większość tych rzeczy, które robię, jest bardzo moje. Ale na szczęście przez te lata, które pracuję, otoczyłem się ludźmi, których traktuję jak rodzinę, więc jest mi łatwiej dać im w ręce jakąś część tej działalności. W moim wypadku, na przykład w wypadku zespołu Nie-bo, to jest Quentin, to jest Krzysiu, którzy są realizatorami w studio, mają swoje studio, więc na przykład rzeczy, nawet po części aranżacyjne i nagraniowe, to jest ich sprawa. Gramy ze sobą jakieś 25 lat. W każdym razie na przykład takie rzeczy oni robią. A tak, to plakatów… Nie ma akurat plastyka u nas w zespole, więc jakichś tam kłótni nie ma, ale potrafię się podzielić, pod warunkiem że są to osoby z zespołu. Że nie są to sidemani zatrudnieni, tylko właśnie członkowie rodziny.

Michał Wójcik: Kamila, co z okładką?

Kamila Boruc: U nas też jest tak, że to musi spełniać koncepcję taką, jaką ja sobie wymyśliłam. W sumie to ja wymyślam takie ogólne koncepcje, o co ma chodzić i jak to ma wyglądać. Na przykład z naszą pierwszą okładką było tak, że jej sama nie robiłam… Teraz się przymierzam tak, żeby samej zrobić… To znalazłam grafikę, która mi się bardzo podobała, napisałam do autorki z Brooklynu czy nam nie udzieli swoich praw autorskich na to, żeby była na tej EP-ce, napisała, że tak, wysłałam jej papier do podpisania, odesłała, wszyscy zaakceptowali, wszystkim się podoba.

Michał Wójcik: Żeby uściślić, nie mówię tylko o pracy grafików.

Kamila Boruc: To rzeczywiście jest tak, że głównie chodzi o to, żeby to się zgadzało z tym, co mam w głowie.

Michał Zawadzki: Ja uważam, i zawsze uważałem, że jeżeli ktoś zna się na czymś to trzeba mu też zaufać. I jeżeli grafik wymyśli coś, co jest dobre, ja nie muszę się na tym znać, mogę stwierdzić, że mi się to podoba lub nie podoba, ale jest to dobre według jakichś tam kanonów, to ja temu jestem w stanie zaufać, oczywiście to się musi zgadzać z wizją zespołu, z wizją okładki, musimy to zaakceptować. Faktycznie dobrze jest, żeby to nie była osoba z zewnątrz, tylko taka którą znamy, i często tak robimy. Tak samo jak idziemy do studia i ktoś kręci gałkami, ja się na tym nie znam kompletnie, trzeba zaufać takiej osobie, jak nagrywamy płytę, bo jeżeli nie to możemy do końca świata kłócić się o jakąś jedną zagraną nutę, która brzmi nie tak jak trzeba. Z drugiej strony, jeśli chodzi o takie rzeczy jak okładka, plakaty, to są rzeczy, na których też nikt z nas się nie zna, więc ufamy osobom, które się tym zajmują, i one to robią.

Michał Wójcik: Mam tu tak dużo fajnych pytań, które przeoczyłem, że aż mi wstyd. Ale bardzo fajne pytanie, pod tytułem: jakie największe błędy popełniliście jeśli chodzi o zarządzanie zespołem. Ja już wiem, że tu chodzi o wywalenie bębniarza, ale okazało się, że nieprawda.

Robert Lubera: To był koszt pewien, to nie był błąd. Ktoś kiedyś mądrze powiedział… w Biblii jest to napisane… Że poznasz po owocach. Jak masz problem z oceną wyboru, czy był dobry, czy był zły, to się poznaje po owocach. Jeżeli owoc jest zdrowy, to znaczy, że drzewo było zdrowe. Chore drzewo nie da nigdy zdrowego owocu.

Michał Wójcik: To opowiadamy o wyborach złych, w takim razie, zarówno jeśli chodzi o złe owoce, jak i tych złych z pozoru, które mają dobre owoce. Ciebie to chyba nie do końca dotyczy. Ola.

Ola Marciniak: Tych błędów, które przychodzą mi do głowy…

Michał Wójcik: Z zewnątrz – to mnie strasznie mocno uderza w moich przemyśleniach – z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. Z zewnątrz nie dowiemy się, że w Poznaniu nie było ani jednej osoby. A to nie po to mamy się o tym tutaj dowiadywać, żeby mówić: „aha, fajnie, nikt nie przyszedł, bardzo dobrze”, tylko po to żeby wiedzieć, że takie sytuacje się zdarzają wszystkim. „Remisy” się zdarzają wszystkim. Po prostu, kółko terapeutyczne.

Ola Marciniak: Ja jestem samoukiem, czyli wszystkiego, co wiem, uczę się na własnych błędach. I cały czas te błędy popełniam. I myślę, że taki największy błąd jeszcze pewnie jest przede mną. Jeśli chodzi o tak zwany „remis”: tak, była taka sytuacja, kiedy nie uświadomiłam sobie, że to jest najgorszy z możliwych terminów…

Robert Lubera: Polska ogląda mecz.

Ola Marciniak: Dokładnie. Albo wieczór wyborczy.

Robert Lubera: Wybacz, ale korzystając z tego że Waluś jest – myśmy się z Walusiem w bardzo śmieszny sposób poznali, i ja do dzisiaj sobie zadaję pytanie, jak się mogła taka gafa w mojej głowie pojawić. Bo wystrzeliłem słowo, chciałem powiedzieć coś innego, a powiedziałem coś innego. Waluś – patrzcie na jego minę teraz. Bo, jak wiadomo, on jest za Lechem Poznań, a ja jestem za Wisłą Kraków, więc, na dzień dobry, jak stał się szefem klubu, zaczęliśmy gadać, widać było, że lubimy muzykę, że mamy jakiś fun, ale oczywiście drobne uszczypliwości musiały być, Wisła wtedy dobrze grała, ale gorzej. Teraz jest odwrotnie [śmiech]. Ale była taka akcja, że gadamy, gadamy, i ja powiedziałem: „słuchaj, nie szukaj guza”. I oczywiście Jack Daniels nam wtedy towarzyszył też, on był trzecim kolegą. A ja chciałem powiedzieć: nie szukaj, w oku, kolca, czy jak to idzie, a on w ogóle: rękawy, już, idą, ja na to: „no, to sobie pograłem w tym klubie”, oczywiście skończyło się wieloma koncertami i „remisami” też, ale generalnie nie wiadomo skąd człowieka dopada taka zwykła gafa, która może zdecydować o tym, że jest bardzo źle, i możesz coś zepsuć.

Michał Wójcik: No, dajecie. Co było najgorsze? Organizacyjnie i nie tylko.

Tomáš Peruňský: Zauważyłem, że była tutaj mowa o wyrzuceniu bądź nie wyrzuceniu członka zespołu. Naszym największym błędem było niewyrzucenie na czas członka zespołu. Nie będę tutaj mówił o kogo chodzi ani jaką funkcję w zespole pełnił, chociaż osoby które są z nim związane będą to wiedzieć pewnie… Chodzi o to, że mieliśmy członka zespołu, który był świetnym muzykiem, i było nam go strasznie szkoda, był Lionelem Messim swojego instrumentu. Natomiast jeśli chodzi o to, jak on się odnosił do nas, do tego co robimy, jakie miał podejście, jakie miał priorytety, to strasznie spowalniał pracę kapeli. Odbywaliśmy szereg poważnych rozmów przy piwku i też nie przy piwku, w sensie na trzeźwo, i próbowaliśmy tę sytuację rozwiązać, ale nie było opcji. Wiadomo, deklaracje jedno, a czyny drugie. I mimo tego – a propos owoców – mimo tego, że w tamtym składzie wydaliśmy EP-kę, z której na tamten moment byliśmy zadowoleni pod względem artystycznym, to z perspektywy czasu okazało się, że lepiej by było nagrać tę EP-kę z gorszym muzykiem, który będzie po prostu fajnym kolesiem.

Robert Lubera: Ze słabszym.

Tomáš Peruňský: Ze słabszym technicznie, mniej rozwiniętym technicznie muzykiem. Nie życzę nikomu być w takiej sytuacji, w jakiej byliśmy, bo potem zastąpienie tej osoby to była masakra totalna, bo strasznie ciężko kogokolwiek znaleźć, zresztą też mieliście problem z basistą swego czasu.

Robert Lubera: Oj! I się wygadał!

Tomáš Peruňský: Ale nie, ja mówię że to oni mieli problem z basistą, nie my mieliśmy problem z basistą.

Robert Lubera: „Też z basistą” powiedziałeś!

Tomáš Peruňský: Aaaj… „Nie szukaj guza” [śmiech]!

Michał Wójcik: Michał!

Michał Zawadzki: To ja może powiem, żeby nie przedłużać: nie jeździjcie nigdy na koncert bez swojego sprzętu [śmiech]. Zdarzyło nam się, już dawno temu, pojechać, ponieważ chcieliśmy mieć support, który nam dostarczy sprzęt, i na tym sprzęcie zagramy. Więc ja wziąłem pałki, chłopcy wzięli gitary. No i ten support się, za przeproszeniem, zesrał w ten sam dzień, i nie było ani sprzętu, ani supportu, więc w takim pięknym mieście, które nazywa się Rawicz, chodziliśmy przez pięć godzin po całym mieście, przypadkowych ludzi pytając, na serio, przypadkowych ludzi, którzy gdzieś tam siedzieli, szli z kościoła czy do kościoła, „dzień dobry, czy nie wie pan, gdzie można pożyczyć sprzęt albo ewentualnie jakiś samochód”, bo mogliśmy jakieś 5 kilometrów dalej, w Wołowie, ewentualnie sprzęt stamtąd pożyczyć. To jest naprawdę piękna historia mojego życia, bo w końcu się udało to zrobić. W jakimś klubie, gdzie przypadkowo poszliśmy na wódkę, już chcieliśmy odwołać koncert, pan powiedział: „oczywiście, ja mam trochę sprzętu, plus dam wam samochód, możecie jechać”. Więc to się udało, natomiast to, ile nas to kosztowało wszystkich emocji, nerwów… Oczywiście te wspomnienia są fajne, natomiast później się okazało, że zespół przez tę sytuację, niestety, wszedł w gorszy okres, i wtedy nastąpiły pewne zmiany personalne.

Robert Lubera: Jest takie miejsce, które się nazywa Muzyczna Owczarnia w Jaworkach, i mój kolega Wietek, który ją założył miał tam kiedyś drewniany most. Przyjechaliśmy tam po raz kolejny ze składem breakoutowym, czyli dość duży wóz, wypełniony między innymi organami Hammonda i systemem Neski, który jest w cholerę ciężki. To był 11 listopada dokładnie. Ja znając Wietka mówię: „Wietek, ten most: okej?” „Okej, jedźcie. Nieprawdą jest to, co jest napisane na jego stronie”. Ja mówię: „To jedziemy. Chłopaki niech wysiądą, niech jedzie sam bus”. I załamał się most pod samochodem. A była to taka scena jak w Poszukiwaczach Zaginionej Arki. To był mój błąd, że się zgodziłem, żeby ten bus jechał. On był z takich żerdzi. Tam Dżem wjeżdżał i wszystkie zespoły wcześniej. Drzewo nie jest betonem i ulega erozji szybciej. I była taka sytuacja, bo posypał śnieg, że samochód stanął na środku i nie mógł jechać dalej… Ten most był z okrąglaków, i pod kołami zaczęło się to kręcić. A to był bus zawalony gratami. Ja mówię: „kurwa, ale jaja”. Podeszliśmy i pchamy. I zaczynamy robić taką sytuację na drewnianym moście, a pod nami jest pięć metrów i rzeka. Nie ma żartów. Ja słyszę, widzę, jako ten pchający, że zaczyna się tak robić z mostem, naprawdę, jak na filmach, że słychać już trzaski i pierwsze elementy mostu już spadają. A jeszcze ten most był skonstruowany w ten sposób: dwie nośne konstrukcje, a w środku, gdzie był samochód, nie było nic. Czyli za chwilę przepadek sprzętu, ginie facet i przepadek samochodu. Ja mówię Sławkowi, kierowcy: „rura, dawaj!”, tylko użyłem trochę innych słów, i on zrobił wszystko, na co stać było tego transita, ale most zaczął się walić dokładnie za nim i samochód zawiesił się dokładnie w taki sposób na krawędzi, jak jest krawędź mostu, że wisiał „tak” [pokazuje – przyp. red.]. Kierowca był w górze i zaczął dyndać. To nie są żarty. Zdążył uciec z tego samochodu i na szczęście zdążył złapać ten jeden element nośny. Bo dzięki temu, że auto przejechało dwa metry, to się zawiesił i to wszystko wisiało, i zdążył wyjść. Jest 11 listopada, ludzie idą na koncert, to jest w ogóle długi weekend, jak to w Polsce, a my: „no way, jak to wyciągnąć, nie ma szans”. Przyjeżdża dwóch górali, w sensie ekipa GOPR-u, dwoma samochodami, nissan patrol z wyciągarkami i zaczęliśmy kombinować jak to zrobić. Więc zapięli na liny siebie, na pasy, do słupów wysokiego napięcia, z wyciągarki na krzyż lina do przedniego zderzaka, do czegoś w tym samochodzie, i wtedy, przysięgam, wszyscy to potwierdzą z tych kolegów, którzy tam byli, wszedłem do wiszącego samochodu takimi linami zabezpieczony i sam, ponieważ samochód nie miał przegrody, tylko fotele, przysięgam, sam podniosłem dwustukilowe urządzenie i przepchnąłem je przez te fotele, a chłopaki z boku wyciągali. Wyciągnęliśmy wszystkie graty, samochód był pusty i wtedy go wyciągnęli, a myśmy tego dnia zagrali jeszcze koncert. Jeżeli macie Facebooki, wejdźcie sobie na „Piotr Nalepa” i jest tam sfilmowany fragment jak wisi. Naprawdę. I są zdjęcia. Największy mój błąd: powiedzenie koledze „wjeżdżaj”, bo się zapytałem drugiego łosia, który był na kacu i mówi: „eee, dacie radę”. A moja decyzja może zaważyć o życiu drugiego człowieka, kierowcy, nie mówiąc już o przepadku sprzętu, a tam było dobrze ponad 150 000, przynajmniej, w sprzęcie. I gdyby takie coś się stało, to chyba bym sobie tego nie wybaczył do końca życia. Bo to jest generalnie taka polska improwizacja. „Aaa, przejedzie”. No to przejedzie. A trzeba takie rzeczy sprawdzać, żeby się nie pchać.

Michał Wójcik: Co ja mogę powiedzieć. Dzięki wielkie i cieszę się że się udało. Dzięki wielkie…

Robert Lubera: Bo pointa jest taka, słuchajcie: wszyscy jesteśmy na jakichś tam etapach swojej pracy, drogi, ktoś zaczyna, ktoś kończy. I opowiedzieliśmy wam różne historie, i zabawne, i mniej zabawne, i ciężkie, i wesołe. A tak naprawdę, warto to wszystko robić. Warto być upartym, dążyć do celu, to jest najważniejsze. Efekt przychodzi czasami z nieoczekiwanej strony, ta satysfakcja, z różnych stron. Przede wszystkim scena i uprawianie tego, co uprawiamy jest takim narkotykiem, że gdyby tego nie było, to nie robiłbym tego od 30 lat. Z czego przynajmniej połowa tego czasu bez pieniędzy. Więc warto to robić z wielu innych jeszcze powodów, pieniądze, obrabianie menadżerskie to jest jedna rzecz, ale jak zrozumiecie istotę tego wszystkiego, to po prostu warto. Bo inaczej nikogo z nas by tutaj nie było. Trzeba być upartym, działać i przejść do przodu.

[oklaski]

Michał Wójcik: Michał Zawadzki – Uda. Filip i Kamila – Dżindżer Projekt. Robert Lubera – Robert Lubera. Ola i Tomasz – WU-HAE. Bisy!

Spisały: Kaja Wiśniowska i Anna Kuzar
Zredagowała: Anna Kuzar

Komentarze

Powered by Facebook Comments