Panel #2 – Jak cię widzą, tak cię słyszą. Cz. 2: Media, branża

 

Michał Wójcik: Zacznę od przedstawienia wszystkich gości. Jest z nami Paweł Kuhn, tak zwany „przedstawiciel sponsorów”, człowiek z Aplauz Audio – firmy, która jest dystrybutorem między innymi sprzętów Sennheisera i QSC. Jest Ilona Rosiak, redaktorka „Rynku Muzycznego”. Jest też Agnieszka Barańska z Radia Kraków. Będziemy mówić o wizerunku. Wczoraj rozmawialiśmy o tym z ludźmi, którzy wizerunkiem zajmują się na scenie oraz poza nią. Natomiast dzisiaj będziemy rozmawiać o tym, w jaki sposób wizerunek zespołu czy muzyka wpływają na decyzje i różnego rodzaju sytuacje branżowe – w kontekście sponsora, w kontekście mediów oraz organizatorów wydarzeń.

Chciałbym zacząć od krótkiej prezentacji przygotowanej przez Pawła. Co tak naprawdę trzeba powiedzieć sponsorowi,  żeby oddał nam swoje tysiące, a może nawet miliony? I dlaczego miałby chcieć je w ogóle oddać?

pawel kuhnPaweł Kuhn: Chciałbym najpierw się przedstawić: nazywam się Paweł Kuhn, pracuję w Aplauzie jako menadżer marketingu.  Działam w tej branży od paru dobrych lat; wcześniej pracowałem w Riffie, sieci detalicznych salonów muzycznych, a także w sklepie Zbigniewa Holdysa w Warszawie. Sponsoringiem zajmuję się od około siedmiu lat.

Gdy dostałem od Michała propozycję wzięcia udziału w tej dyskusji, uznałem, że to bardzo dobra okazja, by dowiedzieć się, jak wygląda to z waszej perspektywy, z punktu widzenia ludzi, którzy zwracają się do sponsorów. Przygotowałem nieco górnolotnie zatytułowaną prezentację: Sponsor – Samarytanin, Wariat, Partner. Chciałbym, żebyście pomogli mi odpowiedzieć, które z tych trzech słów – jeśli któreś w ogóle – najtrafniej określa osobę sponsora. Chciałbym też się dowiedzieć – dlaczego? To niby jasne: potrzeba kasy na zorganizowanie imprezy. Ale czy tylko o to chodzi? Czy zwracacie się do konkretnych, specjalnie wybranych sponsorów, których chcecie widzieć na swojej imprezie? Z drugiej strony, po co sponsor wspiera muzyka lub wydarzenie?

Michał Wójcik: Dla marki.

Paweł Kuhn: Tak, to właśnie to. Dla korzyści, którą jest sponsoring marki. Dlatego tak ważne jest, byście podczas formułowania oferty dla sponsora spróbowali spojrzeć jego oczami, czyli ocenić, jaką on będzie miał korzyść dla marki. Innymi słowy: ja, jako pracownik, decyduję, jak budżet, którym mogę dysponować, zostanie wykorzystany; ja też rozliczam się później z tego budżetu. Muszę wiedzieć, że pieniądze, które w coś włożyłem, były inwestycją z korzyścią dla marki. Nie polega to na tym, że daję komuś pieniądze, bo to fajny zespół z ładną wokalistką.

Dla nas, sponsorów, oferty sponsorskie stanowią problem. Z reguły jest to kłopot dlatego, że pojawiają się w najgorszym momencie – czyli w dowolnym, bo zawsze jest najgorszy moment na ofertę sponsorską. Podam przykład z tego tygodnia. Dostałem ofertę od pewnego festiwalu. Osoba odpowiedzialna za kontakt ze sponsorem dzwoni do mnie i pyta, czy przeczytałem już jego maila z ofertą, a ja obiecuję mu, że przeczytam go jutro. Problem w tym, że to „jutro” przesuwa się na kolejne dni, bo akurat pracujemy nad wypuszczeniem 56-stronicowego katalogu, jest coś do zrobienia na stronie internetowej, bo o 16:00 mam spotkanie z kimś, kto pół roku temu wygrał słuchawki, a ja dopiero teraz mogłem się z nim spotkać. Bez przerwy coś się dzieje, więc oferta sponsorska to coś, co zawsze odkłada się na później.

Michał Wójcik: Czy warto być natrętnym w takich sytuacjach? Czy warto telefonować i pytać, czy oferta wreszcie została przeczytana? Jak traktujesz takie telefony?

Paweł Kuhn: Bardzo pozytywnie. Nie uważam tego za natręctwo. Nawet odwrotnie – było wiele ofert, w sprawie których nie dostałem żadnego lub więcej niż jednego telefonu. Zwykle wtedy coś tam uzgadnialiśmy, umawialiśmy się na powrócenie do rozmów po tygodniu, po czym telefon milczał. Wtedy ja czuję się winny, bo widzę, że coś się urwało, ale z drugiej strony to nie ja mam podtrzymywać ten kontakt, to zadanie organizatora, menadżera lub muzyka.

Ilona Rosiak: Chcąc wydobyć pieniądze z rynku, należy pokazać swoje zaangażowanie. Ale z drugiej strony trzeba też pamiętać o tym, że nawet pozyskiwanie sponsorów można nazwać biznesem relacyjnym. Znaczy to tyle, że warto dać się poznać potencjalnemu partnerowi biznesowemu. Jest to o tyle istotne, że nawet jeśli przejdziemy do fazy mailowo-telefonicznej, to partner już wie z kim ma do czynienia i wie, w jaki sposób na przykład dostosować język, którego używa podczas prowadzenia rozmów. Dzięki temu można odnaleźć wspólny kod komunikacyjno-społeczny, potrzebny do nawiązania porozumienia.

Paweł Kuhn: To, o czym mówi Ilona, to czysty marketing. Wy, jako muzycy czy organizatorzy imprez, po prostu musicie się nam dobrze sprzedać, byśmy zechcieli was kupić. Jak w każdym dobrze realizowanym marketingu, musicie pokazać korzyści dla klienta. W tym przypadku ja jestem waszym klientem. Mówiłem wcześniej, że oferta sponsorska jest dla nas z reguły kłopotem, ale równocześnie każda z nich może być dla nas także szansą. Musimy tylko przez nią przebrnąć, zastanowić się, poukładać elementy, które odpowiadają nam finansowo lub z powodu możliwości budowania wizerunku naszej marki. Inny element może jednak nie pasować, dlatego chcę negocjować. Ale na to wszystko potrzeba niestety czasu.

Michał Wójcik: Czy forma, oprawa graficzna wpływa na to, że w ogóle czytasz przedstawioną ci ofertę sponsorską?

Paweł Kuhn: Tak. Ale nie tylko to. Jednym z typowych błędów w takich ofertach jest taka formułka: „Proszę Pana, robimy coś tam fajnego. Czy bylibyście zainteresowani współpracą?” To jest karygodny błąd. Takie pisma od razu pakuję do folderu, o którym szybko zapominam, dlatego, że moją najwłaściwszą odpowiedzią byłoby: „Tak, jesteśmy zainteresowani. Ale nadal nie wiem czym”.

Wracając do pytania Michała: dobra forma nie oznacza tylko tego, że oferta ładnie się prezentuje. Ona ma być przede wszystkim dobrze przemyślana pod kątem tego, jak dobrze sprzedać mi dany pomysł. Może to też być realizowane właśnie przez oprawę graficzną, ponieważ wtedy widzę, że ktoś posiedział nad tą ofertą. Myślał nad tym, co ja będę myślał, gdy będę ją czytał. To sygnał, że traktujecie nas – sponsorów – poważnie, że rzeczywiście chcecie współpracować, zależy wam na tym i poświęciliście swój czas po to, by zachęcić mnie do poświęcenia mojego czasu wam.

Nigdy nie odpowiem na żadną ofertę po prostu: „Tak”. To byłoby dziwne, zwłaszcza że nie zdarza się, żeby oferta była tak idealna, by wszystko mi w niej odpowiadało. Raczej jeśli widzę w niej potencjał, to dzwonię i proponuję rozmowę. Czasami bywa tak, że oferta jest napisana pod brand Sennheiser, ale stwierdzam, że o ile jest ona świetna, to bardziej pasowałaby pod inny brand, który mamy pod swoimi skrzydłami. Musi jednak być dobrze napisana, żebym wiedział, jakie przyniesie mi korzyści, jak to przedsięwzięcie wygląda, gdzie ma się odbywać i jakie są wasze konkretne propozycje.

Pamiętajcie, że oferta musi nieść korzyści dla marki, a nie dla pracownika. Raczej rzadko – jeśli w ogóle – będziecie rozmawiać z kimś, kto faktycznie zechce inwestować swoje prywatne pieniądze. No, chyba że z Rafałem [Majewskim, SkładMuzyczny.pl – przyp. red.], ale nawet tacy ludzie, którzy mają swoje firmy i inwestują pieniądze dosłownie z własnej kieszeni, będą drążyć temat w poszukiwaniu korzyści dla tejże firmy. Przecież Rafał, Michał czy Skład Muzyczny nie sponsorowaliby takiej inicjatywy jak Krakowska Scena Muzyczna, jeżeli koniec końców nie pojawiałyby im się w wyniku tego finanse w kasie. Niestety, o to tu chodzi.

Michał Wójcik: Zapomniałem powiedzieć, że dzisiejszy panel jest biletowany (śmiech).

Paweł Kuhn: Nie chciałbym też, byście mieli wrażenie, że chodzi nam tylko o kasę. Ale to jest biznes. Jeżeli nie będę myślał o tym, jakie firma może osiągnąć korzyści finansowe, to ostatecznie wywalą mnie z pracy, proste.

Idźmy dalej: czas. Czas jest cholernie ważny. Bardzo często spotykam się z takimi sytuacjami, gdy na samym wstępie, zanim jeszcze poznam szczegóły odnośnie oferty, słyszę, że termin wydarzenia jest bardzo bliski i trzeba się spieszyć. Wtedy od razu wywalam taką ofertę, ponieważ od razu widzę, że jestem traktowany niepoważnie. Wygląda to tak, jakby organizator podczas przygotowywania imprezy przypomniał sobie, że potrzebuje jeszcze tysiąca złotych. „Kogo by tu poprosić… O, a może Aplauz?”. Nie ma szybkich decyzji. Szybko = źle.

Ilona Rosiak: Ale przecież dla ciebie takie oferty last to przewaga negocjacyjna…

Paweł Kuhn: Oferty reklamowe owszem, ale nie sponsorskie.

Ilona Rosiak: Mówię o współpracy jako takiej.

Michał Wójcik: Fakt faktem, że to, co na ostatnią chwilę, robi się jednak po łebkach. Chyba że jest to konkretna, zamknięta oferta…

Paweł Kuhn: To się nie zdarza. Z mojego punktu widzenia, to, o czym wspomniała Ilona, to są, powiedzmy, jakby dwie różne zakładki w moim mózgu. Pierwsza z nich to reklama: kupuję reklamę za pieniądze. Zgłasza się do mnie wydawca i przedstawia swój zasięg, opisuje moje potencjalne korzyści, oferuje konkretną cenę takiej reklamy. Natomiast to, o czym dotychczas mówiliśmy, to zakładka pod tytułem Sponsoring, coś zupełnie innego. Nie spotkałem się chyba jeszcze z oferta lastową w sponsoringu. Last wygląda tak, że wydawca nie ma czym zapełnić pola przeznaczonego na reklamę, a musi już dać pismo do druku. Zależy mu więc na tym, by puścić reklamę za jakiś tysiąc złotych lub niewielką część zwykłej ceny. Konkretny przykład: w „Playboyu” mogę dziś kupić reklamę za 10 000 złotych, która zostanie opublikowana za półtora miesiąca… albo dostać lasta i wszystko przygotować w dwa dni za 4 000 złotych. Jest różnica, prawda? Nie wyobrażam sobie jednak lastu w sponsoringu. Jak miałoby to w ogóle wyglądać? Dzwoni do mnie człowiek i mówi: „Impreza jest już za tydzień. W związku z tym oferuję ci ją nie za 10 000 tylko za 4 000 złotych”. Wtedy od razu odrzucam taką ofertę. Michał niech będzie pozytywnym przykładem: o tych panelach dyskusyjnych wiem od… pół roku? Przynajmniej od trzech albo czterech miesięcy byliśmy umówieni, że przyjadę.

Na oferty sponsorskie potrzebuję minimum półtora miesiąca. Albo dwa miesiące. Dlaczego? Otóż jeśli jest to oferta dotycząca imprezy, to wy tę imprezę musicie rozreklamować. Robicie to więc minimum miesiąc wcześniej. Jeżeli ja wejdę w to przedsięwzięcie na tydzień przed, to w ten sposób już tracę trzy tygodnie promocji mojej marki. Skoro już na wstępie obniżyłem sobie wartość tej współpracy, to po co w ogóle wchodzić w coś takiego?

Michał Wójcik: Bartek Stawiarz, który organizuje Bluesroads Festiwal, wspomniał, że planuje kolejną edycję tego corocznego festiwalu już w miesiąc po zakończeniu poprzedniej. Przede wszystkim dlatego, że decyzje sponsorów w temacie sponsoringu, proces negocjacji i ustalania szczegółów mogą trwać do ośmiu miesięcy. Sama egzekucja, że tak to nazwę, to jest już tylko wisienka na torcie.

Paweł Kuhn: Tym bardziej, że w grę wchodzą spore pieniądze. Mamy określone roczne budżety, przynajmniej ja zawsze tak miałem, ponieważ marketing trzeba planować przynajmniej rok z góry: konkretna kwota idzie na reklamę w prasie, tyle na reklamę w internecie, tyle na różnego rodzaju eventy. To też jest podpowiedź dla was. Kiedy planujemy budżet, z reguły w styczniu lub w grudniu, to mamy już mniej więcej ustalony procent, który ma być z niego przeznaczony na wydarzenia. Im wcześniej to wyrwiecie, tym więcej dla was.

Michał Wójcik: Trochę powracając do roli wizerunku… Czy niekonwencjonalne metody wyróżnienia się w ogóle dają efekty? Czy to raczej przyciąga czy odpycha?

Paweł Kuhn: Zależy jak bardzo niekonwencjonalne. Takie działanie to także marketing, a jeśli się wyróżnia, to z zasady jest skuteczny. Pytanie brzmi: jak bardzo ma się wyróżniać? Jeśli ta metoda będzie tak niekonwencjonalna, że nawet nie będę pewny, czy to w ogóle jest oferta, to pewnie to wyrzucę albo nie zwrócę na to specjalnej uwagi. Albo zapamiętam ten brand, lub, przykładowo, nazwę festiwalu, ale niekoniecznie w pozytywnym kontekście.

agnieszka bAgnieszka Barańska: Ja myślę, że to pomysł ma się wyróżniać a nie to, w jaki sposób będziecie go przedstawiać. Bo jeśli robicie byle co, to nawet po ubraniu tego w efektowną formę Paweł i tak się zorientuje, że nie jest to specjalnie interesujące.

Paweł Kuhn: Tak, masz rację. Zwykła, tekstowa oferta jest tyle samo warta, co kolorowa, interaktywna. Odpowiednia treść przede wszystkim. Sama impreza musi być ciekawa.

Ilona Rosiak: Poza tym zgadzać się musi jeszcze target. Grupa dotarcia i idea, która będzie przyświecać konkretnej imprezie. To jest kwestia wizerunku marki.

Paweł Kuhn: Dla mnie bardzo istotne są liczby, to znaczy przewidywana frekwencja oraz zasięg reklamy. I nawet nie chodzi tylko o same te cyferki. Bardziej o to, że usiądziecie i je przygotujecie, ponieważ wtedy widzę, że jest to poważna oferta, napisana z mojego punktu widzenia. Przy okazji – to, do ilu ludzi dotrzecie z reklamą imprezy, i ile ludzi będzie na samej imprezie, to nie jest to samo. Reklamujecie się przecież w gazecie, w internecie, na stronie na Facebooku, gdzie macie tysiąc fanów. Dzięki statystykom z Facebooka wiecie, do ilu ludzi docieracie ze swoimi komunikatami. Łączycie to wszystko i w ten sposób uzyskujecie wasz zasięg, załóżmy: 300 000 ludzi. Na imprezę przyjdzie oczywiście może 300, a może 3 000, ale dotarliście do 300 000. I to jest istotne.

Poza tym wspomniana przez Ilonę grupa docelowa. Jacy ludzie będą na waszej imprezie? Do jakich ludzi kierujecie to wydarzenie? Targetujecie np. na Facebooku, na YouTube albo na Google. To jest dla mnie istotna informacja: „Dotrzemy do 300 000 ludzi zainteresowanych muzyką”. I wtedy mi zapala się już zielone światełko. Co można im pokazać? Dzwonię wtedy do was i pytam o konkrety, po czym ostatecznie stwierdzam, że wsparcie dla waszej imprezy będzie najlepsze dla marki Hartke, bo spodziewamy się, że na event przyjdą sami basiści.

Ilona Rosiak: Podam przykład na to, jak czasami źle dobiera się marki i sponsorów do imprezy albo jak często się to zmienia. Jednym z takich festiwali, który jest bardzo „niestały w uczuciach” wobec sponsorów, jest chociażby Jarocin, który, zdaje się, co roku ma innego partnera i nie zawsze są oni odpowiednio dobrani. Jeszcze w tamtym roku ich partnerem był Red Bull, dziś jest nim Hortex. Pytanie brzmi: czy producent soków jest dobrym partnerem dla punkowego festiwalu? Analogicznie, czy producent napojów energetycznych jest właściwie dobranym partnerem dla imprezy, która promuje muzykę klasyczną? Powinniśmy dostrzegać takie zgrzyty. Tak naprawdę czasami nie jest tak trudno wydobyć pieniądze, bo w danej korporacji czy dziale marketingu są osoby mniej zorientowane na przykład w świecie muzycznym…

Paweł Kuhn: Bo oni mają bardzo dokładnie oszacowane budżety. Jeśli na eventy ma być przeznaczone 100 000 złotych, to pójdzie – na dowolne imprezy. Jeśli tego nie wydadzą, to w kolejnym roku dostaną mniej, a do tego marketingowiec może zostać za to ukarany.

Michał Wójcik: U nas, jako tych „sponsorowanych”, zamierzenie trafnego dobierania partnerów obecne było od początku, chociaż niekiedy różnie było to realizowane. Zdarzyło nam się tak, że dostaliśmy od kogoś pieniądze, ale była to zupełnie chybiona współpraca. Jest to bez sensu na dłuższą metę, ponieważ powinniśmy się wiązać z takimi firmami, z którymi chcemy być utożsamiani przez cały czas. Jest to skuteczniejsze zarówno dla nas, bo mamy stałego partnera, jak i dla sponsora, który ma stałą reklamę pod niezmiennym brandem.

Paweł Kuhn: Ja mam krótką, hasłową propozycję: wczujcie się w mózg sponsora. Przygotujcie się do oferty. Wiedzcie, jakie sponsor posiada marki, gdzie je pokazuje, gdzie je reklamuje. Wystarczy się rozejrzeć. Z tego właśnie można wywnioskować, jak tą marką kieruje, jak ją targetuje, jakich wybiera potencjalnych klientów. Przypadek Hortexu, który przywołała Ilona, jest dobrym przykładem. Podam inny: przygotowujecie imprezę w klimatach alternatywy, więc zwracacie się do sponsora, który produkuje soki warzywne lub inne wegetariańskie, zdrowe produkty. Przedstawiajcie mu ofertę, mówiąc, że spodziewacie się 1 000 osób, z których wiele lubi zdrową żywność, bo to akurat jest modne; wiadomo więc, że sprzedacie wtedy na pewno sporo produktów sponsora. I w ten sposób pozyskujecie sponsora – ponieważ zastanowiliście się nad jego marką i dopasowaliście do niej swoją ofertę.

Ilona Rosiak: Wydaje mi się też, że podczas przygotowywania takiej oferty sponsorskiej ważna jest kwestia długofalowego działania. Jednorazowe strzały w momencie, gdy myślimy o festiwalu, nie są zbyt mądre, należy raczej przedstawić potencjalnemu partnerowi perspektywy rozwoju. Czy impreza, o której myślimy, ma być cykliczna? Czy ma to być jednorazowa akcja?

I jeszcze jedno o czym chciałabym wspomnieć: skala wydarzenia, która czasami predestynuje to, do jakiej rangi potencjalnego partnera warto byłoby się zwrócić. Lokalna impreza dla inwestora o zasięgu ogólnopolskim może nie być na tyle ważna, dlatego czasem warto poszerzyć swoje horyzonty i rozejrzeć się w poszukiwaniu lokalnych producentów. Niech to będzie nawet lokalny producent dżemu, jakaś piekarnia – skoro już mówiliśmy o sokach Hortexu – ponieważ czasami, gdy dorobimy do tego odpowiednią ideologię i znajdziemy uzasadnienie tego wyboru, to może nam się udać zebrać nawet drobne pieniądze, które w sumie z innymi sponsorami i tak koniec końców dadzą nam potrzebny budżet. A przy okazji na pewno będziemy mogli trochę skorzystać na patriotyzmie lokalnym. Oczywiste jest z drugiej strony, że marzymy o dużych markach, ponieważ takie ogólnopolskie brandy również pomagają w promocji. Nie było dziś o tym jeszcze mowy, ale gdy wysyłamy mediom informację prasową, te zawsze też patrzą kto tak naprawdę stoi za tą imprezą.

Paweł Kuhn: Jeżeli zgłaszacie się do mnie po to, by Sennheiser zasponsorował waszą imprezę tylko dlatego, że jest Sennheiserem, to wtedy waga negocjacyjna jest po mojej stronie. W takiej sytuacji spokojnie mogę odmówić płacenia, dam wam tylko markę, którą pokażecie gratis, ponieważ wiem, że jej potrzebujecie. Bywały zresztą takie sytuacje, gdy nie przyjmowałem oferty ze względu na zbyt małą skalę wydarzenia. W takich przypadkach to organizatorowi bardziej zależało na mojej marce niż mi na wchodzenie w taką imprezę.

Świetnym przykładem na to, o czym mówiła Ilona, jest zresztą Krakowska Scena Muzyczna. Zwróćcie uwagę. Za inicjatywą stoi Skład Muzyczny, czyli lokalny sklep. Ja jako polski reprezentant dużej globalnej marki nie sponsoruję inicjatywy bezpośrednio, tylko poprzez układ ze Składem Muzycznym, ponieważ to zwiększa sprzedaż moich brandów w tym właśnie sklepie. Krótko mówiąc, globalny brand lokuje środki w lokalnej imprezie, ponieważ jest ona sensownie przemyślana na poziomie lokalnym.

Poza tym chciałbym zwrócić uwagę na to, że w ofercie muszą być zawarte takie wskaźniki, które mi powiedzą, że nad nią pomyśleliście. To jak CV. Jeżeli chcecie się dostać do konkretnej firmy, zbieracie informacje na temat tej firmy. Dowiadujecie się konkretnie, jakie będą wasze potencjalne obowiązki. Dopasowujecie się i na tej podstawie piszecie CV. Tak samo powinniście dostosować ofertę sponsorską. Zwraca się do mnie raz na jakiś czas człowiek prowadzący portal internetowy, w którym chciałby umieszczać moją reklamę. Tylko że jakoś cały czas, od kilku lat, nie potrafi mi powiedzieć, co ja z tego będę miał. Pytam go więc: Co mi pan oferuje? Jaka jest widoczność reklamy? Jak podlinkowane? Który brand? A on odpowiada: „A co pan chce pokazać?”. To jest złe założenie,  ponieważ on uważa, że chcę wejść w jego portal i pokazać tam swój brand. Gdyby tak miało być, to ja bym się do niego zgłosił. Tymczasem to on powinien się zastanowić, co pasuje do mojego brandu i dopasować swoją ofertę.

Jeszcze dwa ostatnie błędy. Już po imprezie powinniście z reguły wysłać do sponsora jakieś jej podsumowanie. Wielokrotnie zdarzało mi się, co spowodowało moje wycofanie się z dalszej współpracy, następujące podsumowanie: „Super było, dziękujemy”. Ale za co? Ja nie pomagam, nie jestem samarytaninem. Chciałbym być traktowany jak partner. Nie wydaję swoich własnych pieniędzy i nie oddaję ich kumplowi, żeby było fajnie. Takie podsumowanie powinno więc wyglądać tak: miałeś z tego to, to i to; obiecałem ci w ofercie, że zobaczy cię 300 tysięcy ludzi, a zobaczyło 305 lub 295 tysięcy. Wszystko opisane rzetelnie, prawdziwie. To sprawi, że będę was traktował poważnie i będę z wami nadal chętnie współpracował.

I kolejna rzecz. Zdjęcia. Rzadko kiedy sponsor może przyjechać na waszą imprezę. Mi dzisiaj się udało, ale z tego co wiem, to takie imprezy odbywają się co miesiąc. Ile tego już było?

Michał Wójcik: Siedemdziesiąt koncertów, a ty jesteś u nas trzeci raz.

Paweł Kuhn: Nie żebym nie lubił tego typu imprez. Wręcz przeciwnie. Po prostu nie mam na to czasu. Nawet gdyby to odbywało się w Warszawie, gdzie mieszkam i pracuję, to wcale nie znaczy, że zjawiałbym się tam za każdym razem. Zdjęcia pokazują mi więc, że rzeczywiście impreza się odbyła. Że nasza marka była widoczna, jacyś ludzie się tym interesowali. Grali na moim sprzęcie czy gitarach. Śpiewali do moich mikrofonów albo chociaż zobaczyli mój brand. A jeszcze jeśli podacie mi statystyki z klikalności pewnych elementów dodanych w sieci, to już po prostu super. Cyfry same w sobie są nie ważne. Tak naprawdę nieważne jest, do ilu osób faktycznie dotrze ta informacja, tylko jeśli ja będę miał to wszystko dobrze stargetowane, to chętnie podejmę współpracę jeszcze raz. Oczywiście wiadomo że nie włożę w to tyle samo pieniędzy, jeśli na imprezie będzie 500 osób zamiast 300 tysięcy.

Idealnej oferty nie ma, ale warto się starać. Ułatwcie nam to, a będziemy współpracować. I z tych trzech opcji – Samarytanin, wariat, partner – chciałbym, żebyście wybrali opcję „partner”. Napiszcie to podsumowanie tak, żebym to ja wam podziękował.

Ilona Rosiak: Jeszcze jedno: postawienie się w pozycji win – win. To znaczy, że obie strony muszą być wygrane. Ty, jako organizator, musisz mieć korzyści z tego, że masz takiego partnera i partner, potencjalny sponsor, musi mieć korzyści wynikające z tego, że z tobą współpracuje.

Michał Wójcik: Trochę przesunął nam się temat panelu, niemniej jednak ja osobiście dziękuję, przedstawiliście dużo ciekawych informacji. Chciałbym teraz jednak przejść do tematu wizerunku i myślę, że i Ilona, i Agnieszka będą mogły powiedzieć więcej na ten temat, ponieważ są przedstawicielkami mediów i zajmują się bezpośrednio tą właśnie działką. Ilona, oprócz tego, że jest redaktorem „Rynku Muzycznego”, udziela się także w agencji PR-owej Iron Media. Z iloma zespołami współpracujecie?

Ilona Rosiak: To jest płynna liczba, ale ogólnie rzecz biorąc jest to dziesięć podmiotów. Albo są to artyści, albo wydawcy. W związku z tym jeśli reprezentujemy wydawcę, to siłą rzeczy łączy się on z kilkoma innymi nazwiskami.

Michał Wójcik: Agnieszka z kolei prowadzi w Radio Kraków audycję, przez którą przewijają się setki zespołów. Chciałbym w związku z tym pomówić o czymś, co nawiązuje do tego, co Paweł mówił o pisaniu oferty: co zaakcentować, żeby było dobrze. Wydaje mi się, że bardzo ważne jest to pierwsze wrażenie. Po przeczytaniu pierwszego zdania. Często się zdarza, że nie czytamy całości. Stąd pytanie do Agnieszki: Co zespół powinien napisać w, nazwijmy to, notce bio? Co ma zrobić, by zostać zauważonym?

Agnieszka Barańska: Zespół musi przede wszystkim dobrze grać. Trochę się spodziewałam, że będę się musiała tutaj tłumaczyć z tego, co to znaczy dobrze grać. Patrzyłam natomiast dzisiaj na to, co napisał pan dziennikarz Szubrycht: „Nauczcie się poprawnie komponować piosenki i pewnie je wykonywać”. Skąd wiadomo, że piosenki są fajne? To się wie, czuje, słyszy od razu. Dziennikarze radiowi mają po pierwsze instynkt, a po drugie siedzą w tym latami. Po trzecie mają jednak też pewną odpowiedzialność, zwłaszcza w radiu publicznym, w którym to, co trafia na antenę, powinno być wartościowe. Czy niszowe – to już inna sprawa. Jeśli jest za bardzo niszowe, to być może warto byłoby poszukać bardziej konkretnego odbiorcy takiej muzyki. Mam na myśli jakiegoś dziennikarza, który ma nocny program albo pracuje w internecie, w radiu tematycznym. Mimo wszystko jednak program publiczny, zwłaszcza radio, które zajmuje się sceną małopolską, bardzo wiele zniesie. Aczkolwiek nie ukrywam, że ekstrema mogą być niestety odłożone na bok.

Co należy napisać? Przede wszystkim należy przysłać dobre nagrania. Ponieważ w radiu się słucha, a nie czyta. Ale przypomnijmy: dziennikarz jest zdenerwowany, zmęczony, ma wszystkiego dosyć i jest jeszcze, na pewnym etapie życia – leniwy. W związku z tym należy do niego pisać krótko, treściwie.

Przygotowałam dwie krótkie notki. Złą i dobrą. Bez nazw. Jeżeli więc zespół pisze w paru słowach: ”niepowtarzalna mieszanka rocka i jazzu przyprawiona niebanalnymi tekstami”, no to wybaczcie, ale zaczynam w to natychmiast wątpić, bo na dzień dobry czuję, że czytam jakiś banał. Następna ważna sprawa, z mojej perspektywy polonistki, jak i osoby praktycznej: pamiętajcie, że teksty napisane przez was my najczęściej sobie przeklejamy. I jak napiszecie nam swoją notkę niegramatycznie, to będzie nam ciężko, ponieważ taki tekst trzeba po was poprawiać.

Zespół pisze do mnie tak: „Brzmienia (…) to mocny rock z damskim wokalem, melodyjnym lecz również mocnym. Nasze utwory łączą brzmienie zarówno klasycznego rocka jak i z pogranicza metalu. Dotychczasowym dorobkiem zespołu są dwie płyty demo…”. Dalej bez przerwy powtarza się słowo „płyta” i „zespół”. Nie wiem, co te miłe osoby miały z języka polskiego, ale przy każdym wypracowaniu jest mowa o tym, że nie powtarzamy w sąsiadującym zdaniu tych samych słów, staramy się je zastępować synonimami. I jeżeli zespół gra znakomicie, to oczywiście ja go zaprezentuję na antenie, natomiast koszmarnie się namęczę, redagując taką notkę od nowa, jeśli chcę ją wkleić na stronę. Nie wspomnę już o tym, że chciałabym też mieć coś do powiedzenia na antenie. A ponieważ też chcę się dobrze zaprezentować, tak jak i wy, to chciałabym powiedzieć coś niebanalnego. Bardzo się cieszę, gdy ktoś mi w tym pomaga i nie muszę mówić: „Zespół powstał w 2008 roku, na koncie ma trzy EPki i zamierza niedługo wypracować swój własny styl”…

Michał Wójcik: Czekam cały czas z drżącymi dłońmi, czy nie usłyszę opisu swojego zespołu…

Agnieszka Barańska: Przejdźmy może do lepszych notek. Dobrze jest, jeśli zespół napisze coś fajnego. Hm, czy ja mam tutaj w ogóle coś fajnego? (śmiech). Nie, żartuję.  Ok, czas na pochwały. Zespół Straight Jack Cat. „Gra bezpretensjonalny amalgamat…” – to słowo mi się podoba, bo już nie muszę pisać „mieszanka”, „mikstura”, mam nowe słowo w słowniku – „…gatunków ocierających się o garage, stoner, noise, punk rock czy nawet blues”. W następnym zdaniu zespół pisze kogo supportował, a dalej dostaję parę kluczowych dla mnie określeń: „robią inteligentny hałas, są niepoprawnymi kolekcjonerami analogowych brzmień, które podają słuchaczom w nowoczesnej okrasie, a ich koncerty pozostają na długo w pamięci”. Z tego ostatniego bym zrezygnowała, bo ocena należy do słuchaczy, a nie zespołu. Na końcu zdanie, którego ja nie powiedziałabym na antenie, ale może zostać fajnie wykorzystane w mniej stonowanych redakcjach: „Straight Jack Cat nie spodoba się rozpieszczonym bachorom o miałkim muzycznym sercu a’la Justin Bieber”. I ja taką notkę lubię.

Albo zespół Porn Groove. Też ładnie pisze. Co prawda w podtekście jest to, co mówi każdy, czyli „nasz zespół jest mieszanką różnych osobowości”, ale oni piszą bardzo ładnie: „Chmielu to raper, który wychował się na starym dobrym rocku i metalu lat 70-tych. Z kolei gitarzysta wybrał za swojego mentora gitarzystę RATM, Toma Morello…”, potem analogicznie dalsze opisy pozostałych członków, na podstawie których ja już sobie buduję wizerunek tego zespołu. Jeżeli jest to fajnie napisane, to mogę o tym opowiedzieć słuchaczom. Co innego opis, w którym mam pięć nazwisk, w nawiasie „gitara”, „bass”, „perkusja” i „chórki”. Oczywiście mogę się postarać i poszukać czegoś więcej w internecie albo wymyślić coś sama. Ale fajniej jest, gdy ktoś sam napisze o sobie coś mądrego, niebanalnego.

Nazwa. To jest jasna sprawa. Nie wiem, czy powinnam dużo mówić o nazwie, ponieważ tak naprawdę najgorsza nazwa robi się znacząca w momencie, kiedy zespół zaczyna się robić popularny. Jeżeli już tysiąc osób powtórzy mało konkretną lub trudną do zapamiętania nazwę, np. Red Hot Chili Peppers, to ona przestaje być taka trudna. Natomiast ja unikałabym jednak nazw trudnych, wulgarnych oraz niosących złe skojarzenia. Z tymi skojarzeniami nie chodzi mi o nazwy typu… cztery litery (śmiech). Wynotowałam sobie parę takich nazw z bazy Krakowskiej Sceny Muzycznej. Chodzi mi o Showbusiness, Boutique, Night Magic. Mnie osobiście się wydaje, że te zespoły raczej średnio się podobają, bo mam wrażenie, że grają jakieś takie softy. Nie wiem, chyba tylko w Chilli Zet lubią takie zespoły.wszyscy

Michał Wójcik: Na pierwszym koncercie Krakowskiej Sceny Muzycznej wystąpił zespół Restauracja. Byłem zdziwiony tą nazwą, ale jak potem się okazało, ona absolutnie pasowała do zespołu. Grali po prostu jak w restauracji, ale w tak absolutnie pozytywnym sensie.

Agnieszka Barańska: Dobre są na przykład rytmiczne nazwy. Na przykład Grupa Tamtamitutu. Nawet jeżeli ta nazwa wydaje się trudna do zapisania, to jednak każdy ją zapamięta. Podoba mi się np. nazwa Pończocha, Wahadłowiec, Tony Bitu… Mam też zapisany zespół Last Piggy Fuckers. Oni mogą mieć problem, jeżeli zechcą wyjść poza pewne konkretne środowisko. Zagrają oczywiście na metalowym czy innym na maksa ostrym festiwalu. Natomiast jeśli chodzi o dalszą karierę, to mógłby być kłopot. Ale już np. Pigface Beauty to już jest nazwa, z którą można iść przez życie, bo w zasadzie nie do końca wiadomo co oznacza. A to jest dobre, gdy nazwa nie do końca określa co zespół gra… chociaż to też jest dyskusyjne.

Michał Wójcik: Mówisz o nazwie i notce, czyli o rzeczach, które czytamy. Czy zaglądasz na strony www zespołów lub ich profile na Facebooku? Czy zdarza się tak, że mimo interesującej notki i niezrażającej nazwy, wchodzisz na fanpage, widzisz zdjęcie… I już wiesz, że nie chcesz do nich nigdy wracać?

Agnieszka Barańska: Nie, mnie interesuje tylko muzyka.

Michał Wójcik: Tylko muzyka?

Agnieszka Barańska: Tak, zespół może mieć najgorszą nazwę, ale jeżeli gra dobrze, to nie ma to znaczenia. Owszem, mogę mieć kłopot z powiedzeniem tej nazwy na antenie. Przypominam sobie, kiedy za starych punkowych czasów występował jeszcze zespół Gównoprawda, który pani w MOKSiRze zapowiedziała jako zespół „Prawda”. Niestety, takie są czasy, że jeśli nie chce się mieć kłopotów… No cóż, prezenterzy na festiwalach starają się jednak być grzeczni.

Michał Wójcik: Każdy wyciągnie swoje wnioski, czy chce być zespołem Restauracja i trafić na antenę radia, czy chce być radykalną kapelą.

Agnieszka Barańska: Żeby trafić do radia trzeba jeszcze dobrze grać. To jest jeszcze inna sprawa. Nie martwcie się, jeżeli coś jest dobre technicznie, wokalista śpiewa czysto, a muzyka jest choć trochę oryginalna. Oczywiście, w niektórych klimatach jest też tak, że pięćdziesiąta szósta woda po kisielu zyskuje popularność, choć ja osobiście tego nie rozumiem. Tak czy siak, prędzej czy później trafi się na swojego odbiorcę. Trzeba wysyłać swoją muzykę, nie rezygnować. Przypomnieć się raz, góra dwa. Jeżeli za trzecim razem nie dostajecie odpowiedzi, to znaczy, że w 99% przypadkach będzie tak jak u mnie – nie chcę udzielać tej odpowiedzi i dlatego nie odzywam się do zespołu. Może powinnam być bardziej asertywna i napisać: „Sorry, jesteście beznadziejni”, ale najczęściej staram się przemilczeć całą sprawę.

Michał Wójcik: Czy wszystkie zgłoszenia są przesłuchiwane?

Agnieszka Barańska: Nie. Albo powiem inaczej – to zależy od czasu. Jeśli chodzi o Małopolskę, to wszystkie, dlatego że ja sama szukam fajnej muzyki do mojego programu. Dlatego słucham każdego nowego zgłoszenia, czy to do konkursu, czy poza konkursem, ponieważ zawsze spodziewam się, że może trafię na coś ciekawego. Oczywiście, te zgłoszenia czasem zalegają i jeśli ktoś się nie przypomni, to mogę na nie trafić dopiero za pół roku, podczas czyszczenia poczty. Ale chyba nie było takiego przypadku, żebym kogoś nie posłuchała. Gorzej bywa z dokładnym przesłuchaniem jakichś propozycji z, na przykład, Trójmiasta albo z Wrocławia. Czasem tylko „rzucę uchem” i jeśli coś mnie od razu nie powala, to nawet się nad tym nie zastanawiam.

Michał Wójcik: Jakie błędy zespoły najczęściej popełniają przy przysyłaniu zgłoszeń? Co cię może odstręczyć albo zachęcić do szybszego przesłuchania tego, co dostajesz w mailu?

Agnieszka Barańska: Zależy do czego to zgłoszenie ma być. Bo jeżeli ma być do konkursu i należy zgłosić dwa utwory, to ja bym chciała dwa utwory. Dwa najlepsze, wybrane przez zespół, takie, z których jest dumny. Tymczasem często się zdarza, że ktoś mi przysyła całą płytę. Wiem, że długo się nad nią pracowało, była to ciężka praca, trzeba było zapłacić za studio… ale ja czasem nie mam siły słuchać całej płyty. Chyba lepiej jest się zareklamować za pomocą dwóch zarąbistych utworów, niż żebym ja przedzierała się przez dziesięć, by znaleźć te dwa świetne. O ile w ogóle takie są… Lepiej wybrać te dwa, a później ewentualnie przysłać więcej, bo ja zazwyczaj chcę więcej, jeśli usłyszę coś fajnego.

Michał Wójcik: Czy masz pełną dowolność, oczywiście zachowując pewne standardy, prezentowania muzyki na antenie?

Agnieszka Barańska: No tak.

Adam Kita: A ja mam pytanie o czasówkę utworu. To jest bardzo istotne. Wiadomo, że radiowa czasówka jest tak naprawdę bardzo ciasna. Dawniej muzyka nieraz przybierała nawet formy dziesięciominutowych kompozycji, teraz zresztą powoli wraca się do tych dłuższych utworów. Co w takiej sytuacji?

Agnieszka Barańska: Wszystko zależy od rodzaju programu w radiu. U mnie jest bardzo szybko i nerwowo. Ja się zawsze spieszę, bo jest tysiąc rzeczy do zrobienia. Dla mnie więc najlepiej, jeśli utwór ma 3-4 minuty. Natomiast moi koledzy prowadzą nocne audycje, w których się cieszą, gdy trafi do nich coś dłuższego. Inna sprawa, że jeśli chcesz mieć siedmiominutowy albo nawet dłuższy utwór, to moim zdaniem naprawdę trzeba mieć tam coś do powiedzenia. Na tym polegała muzyka progresywna – nie był to zwrotka i refren, tylko te utwory rzeczywiście się rozwijały.

Michał Wójcik: Ilona – odbiję teraz piłeczkę do ciebie. Agnieszka mówiła o notkach i nazwach. Czy jako członkini agencji PR-owej zwracasz uwagę na takie rzeczy i czy ingerujesz w takie tematy?

Ilona Rosiak: Jeśli chodzi o notki, to absolutnie tak. Jako agencja PR-owa tworzymy je z perspektywy dziennikarzy. Jesteśmy przy tym po obu stronach barykady. Pierwsza rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę, to typ medium, do którego chcemy dotrzeć. Zupełnie inaczej komunikujemy się z radiowcami niż z dziennikarzami telewizyjnymi, a jeszcze inaczej z prasowymi i internetowymi.

Michał Wójcik: A czy zdarza wam się pisać w imieniu zespołu notki dla sponsorów?

Ilona Rosiak: Jak najbardziej. Przygotowujemy też takie rzeczy, natomiast działa to bardziej na zasadzie kojarzenia par. Jeśli mamy kapelę, która myśli o wydaniu płyty, to polecamy im lub wskazujemy te podmioty, z którymi mogą łatwo znaleźć wspólny mianownik. Dla mnie ideą całego działania czy to w biznesie, czy właśnie w takim łączeniu idei muzyki i pieniędzy jest to, by odnaleźć zawsze wspólny język i cel. Przygotowując informację prasową, trzeba wiedzieć do jakiego medium uderzamy.

Mówiliśmy o kwestii interesującej notki i błędów, które się w tych notkach pojawiają. Czasami notki które wychodzą od nas są pisane bardzo szybko i też zdarza się jakaś literówka. Widzimy potem w kolejnych publikacjach i odsłonach tej informacji, jak dziennikarze przeklejają notkę z tą właśnie literówką. Sama jestem dziennikarzem i zawsze wtedy sobie myślę, jakimi jesteśmy leniami. Dlatego takie ważne jest, żeby to, co wysyłamy, było gotowcem. Nie musi wam tego pisać ani agencja ani dziennikarz, chociaż oczywiście polecam się bardzo gorąco. Niemniej warto komuś podrzucić napisaną przez was notkę do przeczytania. Niech ktoś to zrecenzuje. Albo odczekajcie jeden dzień lub chociaż godzinę przed wysłaniem, po czym przeczytajcie to jeszcze raz z odświeżonym umysłem, bo czasami okazuje się, że stworzyliście jakiś nonsens. Nawet jeśli robimy trzyetapową korektę czasopisma, to i tak, wstyd przyznać, pojawiają się literówki i błędy.

Poza tym dołączcie do notki zdjęcie. Pamiętajcie tylko, że ono nie może być ciężkie, ponieważ my, dziennikarze albo sponsorzy, mamy takich maili kilkanaście do kilkudziesięciu dziennie. Jeśli dziennikarz prosi o dwa utwory, to muszą to być dwa utwory, bo większe jest prawdopodobieństwo, że on nie wysłucha żadnego, niż że przesłucha całą płytę. A jak już widzi maila, który waży 20 MB, to już woła o pomstę do nieba.

Paweł Kuhn: Ja jeszcze dodam jedną rzecz. Zawsze, kiedy wysyłam informacje na temat moich brandów do mediów, załączam ładnego, kolorowego PDF-a oraz suchy tekst .rtf, dlatego że nawet w PDF-ach zdarzają się błędy, a nikt nie będzie mi go później edytował. Stąd potrzeba tego czystego tekstu, ważącego jak najmniej. Odradzam pliki .doc, bo są dość ciężkie, a poza tym bardzo często graficy internetowi pracują na Macach i nie zawsze mogą otworzyć pliki .doc,  albo się wkurzają, bo muszą go otwierać przy pomocy beznadziejnych darmowych narzędzi typu OpenOffice.

Ilona Rosiak: Ty robisz też tak, że udostępniasz przestrzeń do ściągnięcia zdjęć dużej rozdzielczości z zewnętrznych źródeł. To też jest bardzo dobry pomysł.

Paweł Kuhn: Nie wysyłam żadnych zdjęć w dużej rozdzielczości, racja. W bazie mam dużo mediów do druku, a one muszą mieć pełną rozdzielczość. Dlatego mamy serwer zdjęciowy, który niestety kosztuje.

Michał Wójcik: My też wysyłamy notki prasowe i link do zdjęcia w wysokiej rozdzielczości to podstawa. Jeśli nie macie serwera, na który można je wrzucić, to polecam darmowe miejsca typu WeTransfer, tyle że stamtąd po pewnym czasie wysłane przez was pliki znikają.

Paweł Kuhn: Flickr.com to 1 TB na wasze zdjęcia za darmo!

Ilona Rosiak: Tak czy siak, jeśli dołączycie jedno zdjęcie, które waży ok. 5 MB, to jest OK, ale jeśli przerzucacie całą galerię, to jest to nie do przejścia. Linkując zdjęcia dajecie nam wybór. Ściągamy ich tyle, ile trzeba. To są techniczne szczegóły, ale one są bardzo istotne. Jest jeszcze jedna rzecz z punktu widzenia agencji, która przygotowuje informacje i której zależy bardzo na tym, żeby one zaistniały w świecie mediów. Najczęściej jest tak, że przygotowujemy informacje na temat zespołów czy artystów, którzy jeszcze zupełnie nie funkcjonują w świadomości szerszego grona odbiorców i trzeba zrobić coś, by media zainteresowały się daną osobą czy kapelą. Musimy wtedy pomyśleć nad przyklejeniem marki do jakiejś innej, roboczo nazywamy to wręcz przytulaniem się czy grzaniem przy osobowości,  która jest już znacznie bardziej wypromowana czy znana. Genialnie robią to hip-hopowcy, którzy na swoje płyty gościnnie zapraszają bardziej znanych raperów. My możemy robić podobne rzeczy. To jest zasadniczo jeden z najskuteczniejszych sposobów na to, żeby się wypromować, bo wchodząc w partnerstwo albo mając jakikolwiek epizod z taką znaną osobistością, dajemy o sobie znać. Jakiś czas temu mieliśmy promocję zupełnie anonimowego wykonawcy, który też zastanawiał się, co robić, żeby media zaczęły go grać. Absolutnie nie zajmuję się oceną poziomu muzycznego i tego, co on robił, ale wpadł na pomysł, by nakręcić klip z kimś znanym. Rozesłał wici, tak naprawdę trochę na ślepo, do każdego, z pytaniem, czy ktoś nie zechciałby nagrać z nim teledysku. W rezultacie zgodziła się na to Małgorzata Kożuchowska – nie wiem, może miała taki kaprys, ochotę, a może przestój w  robocie. I tak fotosy z planu zdjęciowego poszły w CGM, w Onecie, na WP. I tak naprawdę to Kożuchowska pociągnęła za sobą postać tego rapera, który po tym epizodzie nagrał chyba jeszcze jakiś utwór przed walką Salety. Słuchajcie, zadziałało to tak, że ten człowiek pojawił się w każdym z możliwych mediów i gdyby tylko wykorzystał dobrze tę swoją hossę, to byłby to świetny start do kariery.

Michał Wójcik: Fajną akcją jest też gościnny udział kolegów z innych kapel w Krakowie. Jest to banalnie proste do zrobienia, przy czym nie wymaga właściwie żadnego nakładu finansowego, bo przecież wszyscy jesteśmy tu kolegami. To świetny sposób na dotarcie do innej grupy odbiorców, zresztą tak samo jak granie wspólnego koncertu. Można też nagrać wspólnie jakiś numer i poszerzyć sobie w ten sposób dwukrotnie krąg odbiorców. Skoro jeśli my mamy tysiąc fanów, a koledzy drugi tysiąc, to jest o co walczyć. Oczywiście, mówimy tu o dużo mniejszej skali, ale przy tym też o działaniu wymagającym mniejszego nakładu pracy.

Ilona Rosiak: Jeśli chodzi jeszcze o tworzenie informacji czy jakiegokolwiek komunikatu, ważna jest też ta nasza dziennikarska piramida hierarchii informacji. Jeśli komunikujemy o wydarzeniu, musimy podać informację o tym gdzie, co i kiedy się odbywa – to banały, ale mimo wszystko najbardziej istotne. Tytuł takiego komunikatu musi być na tyle sugestywny, żeby zachęcił do lektury, ale nie na tyle banalny i oczywisty, żeby streszczał całkowicie jego zawartość. Polecam jeden z felietonów Artura Rawicza, człowieka z „Codziennej Gazety Muzycznej”, który zrobił badania na rzecz naszego felietonu o sugestywności tytułu. Zatytułował informację Beyoncé i Rihanna razem w niecodziennej sytuacji, przez co nadał jej tabloidowy charakter i dzięki temu uzyskał 300% odsłon tej informacji.

Michał Wójcik: Oczywiście czy tak robić, czy nie, to też kwestia wyboru. Tak jak z nazwą, z umiejscowieniem się w danej niszy.

Agnieszka Barańska: Ale posiadanie koncepcji jest zawsze cenne. Jakiegoś konkretnego pomysłu na siebie. To nie muszą być takie głupie plotkarskie nagłówki typu „w niecodziennej sytuacji”. Na przykład zespół Sublokator ostatnio nagrał płytę Państwo Środka i rozsyłał informacje o premierowym koncercie o treści: „Dziś o 20:00 w danym klubie konstytuuje się Państwo Środka” – i to jest fajne. Daje jakiś materiał do przemyśleń.

Ilona Rosiak: Jeśli komunikujemy się z dziennikarzem związanym z mediami pisanymi, to za bardzo nie ma znaczenia wygląd takiej informacji. Na pewno przysyłany przez was PDF powinien być rozbity na zdjęcia i oddzielnie tekst, tak jak już mówił Paweł. Ale żadne kwiatuszki, szlaczki czy animacje nie działają. Nie tędy droga. Być może taka zajawka mogłaby mieć jakieś znaczenie dla dziennikarzy telewizyjnych, ale nie sądzę. Nie wiem, czy w tym momencie nikogo nie obrażę, ale… My, dziennikarze, jesteśmy trochę rzemieślnikami. Musimy wykonywać swoją pracę bardzo sumiennie i rzetelnie, i to, w jaki sposób otrzymujemy komunikaty ze świata zewnętrznego, to tak jak już wspomniała Agnieszka, może pomóc lub przeszkodzić w wykonywaniu naszych obowiązków. To czasami nie jest żadna sztuka, my nie jesteśmy twórcami – tak naprawdę tylko komponujemy, albo raczej oddajemy realia na podstawie zebranych informacji. Raczej nie lubimy takich notek, w których przemycana jest ocena. My, jako Iron Media zupełnie nie wartościujemy muzyki, nie piszemy, że dany zespół jest najlepszy w Małopolsce. Nas interesują informacje merytoryczne, kontent trafiający do nas musi być rzeczowy, a nie ubarwiony. My to i tak potem przefiltrujemy.

Spisała: Patrycja Majewska
Zredagowała: Natalia Olszańska

Komentarze

Powered by Facebook Comments