Panel #1 – Jak cię widzą, tak cię słyszą. Cz. 1: Wizerunek

(…)

Michał Wójcik: Masz pod skrzydłami mnóstwo kapel, niekoniecznie z pierwszych stron gazet. Czy zdarza ci się czasem manipulować wizerunkiem w taki sposób, by wykreować zespół na, nazwijmy to, większy? Wiadomo, jak pisze się o zespołach – w samych superlatywach. Czy stosujesz jakieś triki typu zawężanie kadru, by uwypuklić ich zalety i ukryć wady?

Michał Kapuściarz: Nie, do tego stopnia nie. Raczej stawiam mimo wszystko na szczerość i wydaje mi się, że prędzej czy później można osiągnąć w ten sposób równie dobry efekt. Staram się nie korzystać z zabiegów, które w pewnym sensie oszukują przyszłych potencjalnych odbiorców. Takie „kadrowanie” nie jest jeszcze jakimś dużym problemem, ale już reklama i kupowanie fanów, które mają potem działać jak magnes na potencjalnych organizatorów koncertów, właścicieli klubów, wytwórni i tak dalej, nie są do końca uczciwe.

Adam Grzanka: Co do wspomnianego „kadrowania” – to nie jest tak, że jestem zwolennikiem pewnego rodzaju manipulacji, ale czym innym jest promowanie zespołu, który jest dobry, i kiedy Facebook może pomóc przez samo zainicjowanie zainteresowania. To jak dobry teledysk. Ja Dire Straits usłyszałem po raz pierwszy dzięki zajebistemu teledyskowi do Money for Nothing. Jestem pewien, że i bez tego teledysku daliby sobie radę. Czy teledysk dałby sobie radę bez Dire Straits – nie wiadomo. Ale tak właśnie jest, że wszystkie te gwiazdy pokroju Fatboy Slima zaczynają od zawodowego teledysku i to właśnie inicjuje pewien proces. Do tego dokładają się potem dobre koncerty. Z drugiej strony, kiedy ostatnio zdarzyło mi się parę razy być w jury różnych przeglądów, to byłem przerażony tym, jak mało muzycy mają do powiedzenia i jak się zachowują. Owszem, są świetnymi muzykami czy aranżerami – gorzej z kompozycjami – ale ta muzyka zupełnie nie płynie z serducha! Nie wiem z czego to wynika. Może brakuje tego „artystycznego głodu” wśród muzyków. Zwykle działa to też tak, że trudna sytuacja polityczna czy gospodarcza wywołuje bunt w człowieku i w wyniku tego powstaje muzyka. Tymczasem po prostu coraz mniej ludzi ma coś do powiedzenia, no może z wyjątkiem sceny prawdziwie undergroundowej.

Michał Wójcik: Zwrócę się teraz do Kuby Nowaka, który odpowiada za oprawę graficzną Clock Machine oraz Kuby Tracza od… oprawy muzycznej: co się dzieje w Clock Machine? W jakim stopniu oprawa wizualna jest uzupełnieniem całości? Na ile jest to fundament budowania wizerunku, a ile w niej jest prawdy, czegoś konkretnego do powiedzenia?

Kuba Nowak: Od początku, jeszcze przed pierwszymi koncertami, staraliśmy się traktować warstwę struktur wizualnych komplementarnie z muzyką. To jest integralna część kreacji zespołu. Wprawdzie chłopaki jeszcze nie grają do wizualizacji, ale myślę, że ludzie bardzo utożsamiają ten zespół z pewną oprawą, konwencją.

Kuba Nowak

Michał Wójcik: Należy się tu słowo wyjaśnienia, bo być może nie każdy ich widział. Konwencja to młodzi, zdrowi chłopcy. Szesnastolatki wariują, starsze dziewczyny zresztą pewnie też.

Kuba Tracz: Kuba Sieńczyk ładnie powiedział, że gdybyśmy byli czterdziestoletnimi kolesiami z brodami i brzuchami, to nikt by na te koncerty nie przychodził.

Michał Wójcik: Chciałbym się skupić na tym, jaki wizerunek zespołu kreujecie – czyli właśnie granie dla szesnastolatek… Bo nie mam wątpliwości, że to w jakimś stopniu celowy zabieg. Oczywiście domyślam się – powiedzcie, jeśli się mylę – że na początku było to naturalne, a potem zaczęło iść w stronę, którą podchwycił tłum.

Kuba Tracz: My się z tego trochę śmiejemy. Wiemy, że to jest granie dla szesnastolatek…

Michał Wójcik: Robicie z siebie atrakcyjnych, młodych żartownisiów dla młodych dziewczyn?

Kuba Tracz: Wiesz co… My nie wybieramy swojej publiczności. My byśmy chcieli, żeby przychodziły dwudziestodwuletnie studentki, a przychodzą szesnastoletnie dziewczyny…

Kuba Nowak: Bo Marcin Świetlicki zarezerwował wszystkie dwudziestodwulatki.

Kuba Tracz: Czy jest to świadome? Trochę tak, ale naszym głównym kierunkiem i wizją jest muzyka. Wizerunek też jest dla nas ważny, nie w znaczeniu „szesnastolatek”, ale rozumiany jako fajne plakaty, fajna oprawa, fajne wizualizacje na koncertach…

Michał Wójcik: Obserwując ponad 250 krakowskich zespołów, widzę to, co Adam: mało który nie tylko ma coś do powiedzenia, ale jeszcze potrafi to powiedzieć. Nie tylko muzycznie, ale jakby holistycznie, całościowo, całym sobą. U was, tak jak mówisz, jest pomysł na tę oprawę. Skąd ten pomysł? Skąd w ogóle potrzeba, by robić dobrą grafikę, wizualki, plakaty? Żeby ubierać się w jedne kolory, a na dużym koncercie całą scenę przybrać w biały materiał i wyświetlać na tym wizualki?

Kuba Tracz: To wyszło naturalnie przy współpracy z Kubą. Na początku, kiedy byliśmy tylko kumplami, to były jakieś małe rzeczy typu jeden plakat. Później to wszystko się rozrastało, a Kuba stał się częścią ekipy.

Kuba Nowak: Kubuś, byłem w zespole przed tobą, chciałbym ci przypomnieć.

Kuba Tracz: Tak, Kuba grał na gitarze w Clock Machine jeszcze zanim ja dołączyłem do zespołu, więc chłopaki znali się już długo. Wcześniej robił grafiki nawet dla jakichś znanych nazwisk z Polski, a dla nas robił to później za darmo. Do tej pory była to w większości przypadków wizja Kuby realizowana przy konsultacji z nami.

Michał Wójcik: A czy ty masz udział również w tym, co się dzieje na scenie? W tym sensie, że zwracasz uwagę chociażby na ich ubiór?

Kuba Nowak: Tak, staram się. Przypomina mi się sytuacja, kiedy rok temu jechaliśmy na koncert do Zakopanego. Miało tam grać kilka ekip. Wszystkie metalowe, my byliśmy jedynym rockowym zespołem. Nasz gitarzysta Michał miał wtedy dosyć długie włosy. Tymczasem pod salką prób zastaliśmy go całkiem łysego. Nie dość, że był łysy, to miał jeszcze harringtonkę i koszulkę Lonsdale. Dosyć wyraźnie kojarzył się ze skinheadami, a my mieliśmy jechać w miejsce, gdzie miało być jakichś sześćdziesięciu metali. A ja w tle zamierzałem puszczać hardcorową pornografię… Czasami nie mam wpływu na chłopaków. Ciężko z tym walczyć. Łatwiej mi powiedzieć, żeby ktoś zdjął koszulę, niż by ubrał jakąś inną.

Michał Wójcik: Pamiętam koncert w Lizard Kingu w październiku. Duży koncert ze sceną w prześcieradłach, na których wyświetlaliście wizualki. Czy tam też kontrolowaliście takie rzeczy jak ciuchy?

Kuba Tracz: Był motyw: ubrać się jednolicie, bo meritum miały być właśnie wizualizacje. Obraz z projektorów nachodził na nas, więc musieliśmy być tak ubrani. Gdyby wszyscy mieli jakieś dziwne wzorki, to nie byłoby to spójne.

Kuba Nowak: Przypominam sobie jeszcze, jak graliśmy na Orange Warsaw Festival. Wszystko było kręcone przez TVN, a Michał oczywiście wymyślił sobie, że ubierze wzorzystą koszulę. Wiecie, co się dzieje z wzorkami filmowanymi przez kamery… Nie dało mu się tego wytłumaczyć. Wszedł w tej koszuli i faktycznie na tych nagraniach robią się takie pseudowizualizacje na jego koszuli.

Michał Wójcik: Skoro już jesteśmy przy ciuchach: kto był wczoraj [na głównym koncercie urodzinowym – przyp. red]? A ktoś doczekał do końca? Otóż Zuza przyszła na soundcheck ubrana wprawdzie ładnie, ale normalnie. Na koncercie pojawiła się ubrana absolutnie nienormalnie, czyli w fikuśnym kapeluszu, spod którego nie było widać twarzy. Skąd pomysł na nienormalne ciuchy na scenie, a normalne poza nią?

Zuza Skolias: Ja sama bardzo lubię oglądać takie koncerty, w których wizerunek stanowi część składową występu i bardzo lubię artystów, którzy się specjalnie ubierają na scenę. Nie przychodzą ot tak, jak siedzą czy tak, jak przyszli na soundcheck. Lubię się fajnie ubrać na koncert, a równocześnie nie chciałabym chodzić w ten sposób ubrana po ulicy, ponieważ nie mam takiej potrzeby, by zwracać na siebie uwagę. A tam, stojąc na scenie, i tak zwracam na siebie uwagę w związku z tym, że jest ona skupiona na mnie, na zespole. To jest jakby wspięcie się na stopień wyżej.

Michał Wójcik: Zwykle współpracujesz z Celiną – wizażystką. Wczoraj też…?

Zuza Skolias: Tak, tak. Zawsze. Celina jest żoną klawiszowca, w związku z czym ta współpraca nawiązała się naturalnie.

Michał Wójcik: Nadal jest to świadomy trud, który, jak sądzę, podejmuje bardzo niewiele zespołów. Rozumiem, że niemały wpływ ma na to aktorska strona twojej działalności…

Zuza Skolias: Pewnie tak, chociaż aktorstwo pojawiło się dużo później niż działalność muzyczna. Zamiłowanie do przebierania się i występowania w przebraniach na scenie miałam już jako dziecko, więc to raczej na tym gruncie wykiełkowały aktorskie zainteresowania.

Michał Wójcik: Adam, ty widziałeś Time For Funk?

Zuza Skolias i Adam GrzankaAdam Grzanka: Nie! Mieliśmy na tyle zastój towarzyski, że, o dziwo, ostatni raz widziałem Zuzę z Grupą Rafała Kmity. To było zupełnie coś innego, więc decydowały tam też inne środki wyrazu. Przy czym było to nawet bardziej teatralne niż kabaretowe. A co do kabaretu – ja kiedyś wychodziłem z założenia, że po to zostaję artystą, żeby chodzić ubrany jak oflej – co zresztą nadal stosuję dość skutecznie. Ale na pierwszej PACE zwrócono mi uwagę, że jeansy nie są strojem scenicznym. I to było coś. Chatelet [Formacja Chatelet – przyp. red.] zdobywa Grand Prix, a jury, które nas bierze na rozmowę, jako pierwsze wypunktowuje to, że mamy jeansy. A my nie graliśmy postaci z XVI wieku, tylko teraźniejsze, a mimo to te jeansy były jakimś kwasem. I ta sytuacja tak utkwiła mi w głowie, że zacząłem dostrzegać, że faktycznie coś w tym jest.

Zuza Skolias: Inna sprawa, że nawet jak się występuje w stroju codziennym, a ma się charyzmę, to to działa. A jeśli ma się strój codzienny i zero charyzmy – to nie ma szans, by zadziałało.

Michał Wójcik: Michał, pytanie: czy zdarzyło ci się przy promocji swoich zespołów ingerować w ich wizerunek? Masz naprawdę dobry muzycznie band, chcesz ich wziąć, po czym sprawdzasz ich Facebooka, a na zdjęciach goście są ubrani tragicznie, nic się wizualnie nie zgadza. Czy zajmujesz się takimi kapelami?

Michał Kapuściarz: Staram się ich nakierować, natomiast nigdy nie robię tego tak… inwazyjnie. To musi wyjść raczej ze strony zespołu. Ja mogę im ewentualnie podsunąć jakieś pomysły. Wiem jednak, że absolutnie najważniejszym elementem jest muzyka. Mam wiele przykładów, w których wizerunek nie istnieje, a charyzma jest skupiona albo w jednej osobie, albo rozczłonkowana gdzieś pomiędzy muzyków. W mojej opinii chociażby zespół Riverside praktycznie w ogóle nie miał wizerunku, w dalszym ciągu ma go w stopniu minimalnym, na tyle, na ile jest on niezbędny. Muzycznie natomiast osiągnęli wszystko w kręgu kapel, które grają taką muzykę. Nie było im potrzebne to przebieranie się na scenie. Żaden taki pomysł nie zrodził się w ich głowach, chcieli się obronić tylko muzyką. Wydaje mi się więc, że się da.

Michał Wójcik: Skoro już poruszyłeś temat Riverside, to właśnie w gatunku okołoprogrockowym czy artrockowym zdarza się nader często, że zespoły inwestują w lustra na scenie, stroje, peruki… Może trochę przesadziłem, ale w każdym razie jest taka tendencja do teatralizowania występów. Czy masz pod swoimi skrzydłami jakąś kapelę, która robi takie rzeczy?

Michał Kapuściarz: Nie przychodzi mi teraz nic takiego do głowy. Ale faktycznie, przez samą formę takiej muzyki istnieje duże pole do popisu, bo to już nie jest granie czystego rock’n’rolla, gdzie tak naprawdę liczy się kilka akordów i właśnie charyzma frontmana. Tutaj, przez tę muzyczną przestrzeń, jest pole do wykorzystywania różnych innych elementów – w szczególności wizualnych.

Michał Wójcik: Zuza, jesteś na froncie. Zasłaniasz wszystkich, nawet jeśli nie całą sobą, to swoim wizerunkiem. Jak jest z chłopakami? Bo jednak jest pewien dystans między tym, co ty reprezentujesz wizerunkowo, a co prezentują chłopcy. Oni są ubrani normalnie. Charakterystyczne są dla nich tylko czapki. Ale czy nie było takiego pomysłu, żeby cały band jakoś ubrać?

Zuza Skolias: I tak odbyła się rozmowa z chłopakami. Wiadomo, mają różny styl, ale już powoli zaczyna on być w jakiś sposób spójny koncertowo. Celina też z nimi rozmawiała na ten temat: „Chłopaki, ale wiecie, fajnie by było, jakby to fajnie wyglądało. Gracie muzykę funkową, więc…”

Michał Wójcik: Właśnie, co się nosi w funku?

Zuza Skolias: No nie wiem, trochę kolorów, jakiś przyjemny design, fajny wzorek. Żeby to było schludne i żeby fajnie się na to patrzyło. Najważniejsze, żeby nie było tak, że każdy jest totalnie z innego świata, Był kiedyś pomysł, żeby docelowo wymyślić jakieś ciuchy dla wszystkich. Sistars kiedyś mieli taki comebackowy koncert na Openerze. Grali przed Princem. Mieli takie piękne ciuchy! Nie pamiętam już od jakiego projektanta, ale to była jakaś jedna kolekcja. Wyglądało to naprawdę pięknie. I właśnie o czymś takim myśleliśmy. Żeby ujednolicić ten styl. Żeby nie było tak, że wszystkich przebieramy, że wszyscy wyglądają dziwnie, tylko żeby to była jakaś wizerunkowa jedność.

Filip Pietrek: A propos zespołów okołofunkowo-groove’owych, w których jest wokalistka i chłopaki – nie mówię tu o swoim [Dżindżer Projekt – przyp. red.], ale o The Cookies z Warszawy, u których jest podobny układ. Oni poszli w coś takiego: Karolina – wokalistka była ubrana w bardzo kobiece suknie. Nie tak nienormalne jak twoje…

Zuza Skolias: No ale bez przesady. To nie są jakieś teatralne przebrania, te, które ja noszę. To są rzeczy z mojej szafy, tylko specjalnie zestawione w taki sposób na scenie…

Filip Pietrek: No dobrze. Natomiast wszyscy panowie w tym zespole byli poubierani w białe koszule, muchy i szeleczki. To była całkiem fajna wizja, by stworzyć spójny wizerunek, tylko że z perspektywy słuchacza wyglądało to absolutnie tragicznie, ponieważ w jego oczach to była caryca i jej paziowie. Stworzyło to dystans między panią carycą a resztą.

Zuza Skolias: Dystans zamiast tej jedności, którą pewnie chcieli osiągnąć.

Michał Wójcik: Dość modne w funku wydaje mi się to, co prezentuje Big Fat Mama czy Scissors Sisters. Czyli lata siedemdziesiąte, ale przez pryzmat szkła powiększającego. I tak się zastanawiam: kiedy powiedzieć „dość”? Wczoraj jednak też był widoczny ten kontrast. Chłopaki, tak jak mówisz, tworzą teraz już spójną całość, są, powiedzmy, w jednym stylu. A ty jesteś od nich oderwana. Jest to w pewnym sensie przedłużenie muzycznego oderwania, w tym sensie, że gracie funk, ale tekst, tematy czy sam wokal idą w kontrze. Jest to oczywiście spójne i w tym siła waszej muzyki.

Chciałbym zadać teraz pytanie Michałowi [Gajlikowskiemu – przyp.red.], mimo że teoretycznie nie zasiada na czerwonym fotelu gościa. Michał jest menadżerem zespołu Duch który pojawił się w Must Be The Music. Otóż w telewizji zagrał ten sam Duch, który znam ze sceny w Krakowie. Tylko krócej i ciszej niż na moim odtwarzaczu. Niemniej wizerunkowo było to to samo. Jak tam to wyglądało od zaplecza? Pojawił się ktoś, kto próbował w to ingerować?

Michał Gajlikowski: Generalnie nie. Jeśli mogę coś zdradzić, to po prostu producent, którego nikt nie widział i nikt nie zna, wybrał nam numer. Trzeba było wcześniej wskazać część swoich utworów oraz covery do zagrania. On wybrał z nich ten. który mamy zagrać, a my mogliśmy dobrać sobie jeszcze jedną piosenkę na ewentualną dogrywkę. A jeśli chodzi o sam wizerunek sceniczny, to przypomina mi się tylko taka akcja, że Natalii nie pozwolił wyjść w czarnej spódnicy.

Adam Grzanka: Rozgraniczmy też sprawy techniczne. Czyli np. zapobieganie blikowaniu koszulek, co jest wymogiem technicznym, bo to wygląda skandalicznie. Ale już abstrahując od tego, mam wrażenie, że część tych programów jest po to, by jurorzy dostarczali tak zwane mięcho telewizyjne, które generuje słupki. Dlatego też jurorzy są wybierani nieprzypadkowo, to jest kontent.

Michał Wójcik: Trudno w przypadku mainstreamowego programu telewizyjnego liczyć na to, że zespoły, które są naprawdę nieznane, będą generować ten ruch.

Adam Grzanka: Zgadza się. Tylko ja po prostu ubolewam, że brak jest czegoś punkowego w muzyce. Jak już muzyk wyjdzie na scenę, niech on się dwa razy pomyli. Przyznam, że jest to dla mnie dużo ciekawsze niż jeżeli wychodzi perfekcjonista, który po prostu nie ma nic do powiedzenia.

Zuza Skolias

Zuza Skolias: Ja występuję również z innymi składami. W Time For Funk wybrałam taką drogę wizerunkową. Ale miałam całkiem niedawno właśnie taki dość punkowy epizod z moim bratem i kumplem. Wymyśliliśmy sobie, że będziemy grać w dresach i tak też zrobiliśmy. I to też był jakiś pomysł na wizerunek. Wydaje mi się to fajnym dodatkiem do muzyki, ponieważ scena, publika, widownia i ktoś, kto jest na scenie, zawsze są teatralne. Nie da się tego oddzielić, odrzeć z teatralności. To, że ja teraz siedzę tutaj i do was mówię, a wy na mnie patrzycie, to już jest teatralne. Msza jest teatralna, wystąpienia ludzi są teatralne. Więc im bardziej jest to świadome, tym fajniej się na to patrzy. Katarzyna Nosowska jest przykładem osoby, która jest totalnie spięta sytuacją teatralną… i to jest mega teatralne. Dlatego, że ona wszystkie koncerty śpiewa w trybie „no move” – i to przyciąga. Ona, nie chcąc wchodzić w tę konwencję, stworzyła swoja własną, dzięki czemu ma bardzo silny wizerunek.

Adam Grzanka: Nie wiem czy to będzie dobry przykład, ale byłem na koncercie, który teoretycznie z teatralnego punktu widzenia był słaby, a jednocześnie jako koncert mnie rozjechał. To był występ Trickiego. Była tam jakaś wokalistka, która tak ledwo bokiem stała, mikrofon jej się zaplątał, jakiś problem z kablem… Nie do pomyślenia. A koncert świetny.

Kuba Nowak: Mi przyszła do głowy scena z krakowskiej filharmonii. Wychodzi Nigel Kennedy ze skrzypcami za dwa miliony złotych, w koszulce Cracovii i z piwem Lech w jednej ręce… A później gra Sonatę księżycową. Wszystkich rozwala i wszyscy w garniturach klaszczą. A wracając do pytania o przesadę wizerunku w krakowskiej muzyce, jedyne, co mi przychodzi do głowy, to Duch i Śmiałek. Nie wiem czy kojarzycie Śmiałka. Jest bardzo teatralny. To zupełnie nie jest moja muzyka, ale dziwnie się na to patrzy. Stoi dziesięciu umalowanych facetów, wszyscy wrzeszczą, puszczają jakieś wizualki, nagle wchodzi goła laska i zaczyna tańczyć. Nie wiesz właściwie jak na to patrzeć. Czy to jest spektakl? Czy masz słuchać muzyki?

Michał Wójcik: Niesamowite, że to padło z twoich ust, kiedy wizualkami przy muzyce Clocków jest hardcore porno.

Kuba Nowak: Tak, ale ja też często przesadzam.

Michał Wójcik: Być może niepotrzebnie skupiam się na takich detalach, ale chodzi mi o to, aby wskazać pewne subiektywne granice między przesadą a czymś fajnym. Na przykład Duch – zastanawiam się, czy by tyle zdziałał bez swojego wizerunku. Cały temat Akustroniki to jest w ogóle parsknięcie śmiechem. Teoretycznie cały ich wizerunek to parsknięcie śmiechem. Ale, szczerze mówiąc, nie potrafię sobie wyobrazić Ducha bez tego. A muzycznie jest to moim zdaniem bardzo dobre. Oczywiście nadal uważam, że pewne osobowości sceniczne są nadmuchane, ale to jest moje prywatne zdanie. Przy czym nadal twierdzę, że bez tego Duch by nie był Duchem. Nie podobałby się, gdyby wyszli w dresach.

Michał Kapuściarz: Podobnie jest w przypadku zespołu Łąki Łan. Też nie jestem w stanie sobie ich wyobrazić bez ich wizerunku. Poza tym muzyka też się sama broni.

Adam Grzanka: Kiedy ja zobaczyłem zdjęcie Łąki Łan z tymi różdżkami i innymi cudami… pomyślałem sobie: „pajacują, pajacują, a ciekawe co grają?” Poszedłem na koncert i zostałem rozjechany. Absolutnie świetna muzyka podparta techniką. Nie ma się do czego przyczepić. Z drugiej strony, przyszedł mi teraz na myśl Artur Andrus, który wydał ostatnio bardzo dobrze sprzedającą się płytę. Otoczony jazzowymi muzykami, sam jest osobą bardzo skromną i z dużym dystansem do siebie. Wokalistą jest, powiedzmy, przeciętnym. Tymczasem okazuje się, że te cechy, jakoś dziwnie poskładane, wywołują magię. Byłem na koncercie Artura Andrusa i myślę, że tam nawet fani Dream Theater i wytwórni Magna Carta byliby w stanie odłożyć te swoje naleciałości i po prostu dobrze się pobawić. Wyjątek czasem zupełnie potwierdza regułę.

Jarek Szubrycht: Ale to nie jest wyjątek. Miało być o wizerunku, a rozmawiacie cały czas o wyglądzie. Wizerunek to komunikacja. Całość komunikacji. To jest wszystko spójne. Nie chodzi o pajacowanie i trzymetrowe kapelusze. Andrus ma wizerunek urzędnika, księgowego. Jest przy tym bardzo spójny z tym, co opowiada na scenie.

Adam Grzanka: No tak, masz rację. W przypadku tego człowieka pewnie wynika to z tego, że według mnie jego muzykowanie nie wypływa z jakiegoś ciśnienia na wydanie płyty czy zarobek. To może być bardzo często czynnikiem destrukcyjnym dla artysty. Mam wrażenie, że on jest ponad to, robi to bardziej od niechcenia. Tak jakby mu to po prostu przyszło do głowy, więc sobie tak muzykuje…

Michał Wójcik: Ja jednak cały czas zastanawiam się nad kwestią granicy przesady w wizerunku. Dla mnie Łąki Łan zupełnie nie działa, uważam, że to błazenada. Duch i Śmiałek dla mnie działa, dla ciebie nie. Zarysowuje mi się więc w głowie wniosek, którego bardzo chciałem uniknąć – że jest to po prostu tak rozmyty temat, że ciężko wysnuć z niego konkrety typu: tego za mało, tego za dużo.

Adam Grzanka: A ja myślę, że robimy pętlę w myśleniu. Ja cały czas będą uważał, że szczerość w muzyce pociąga za sobą cały wizerunek, bo Jarek słusznie zwrócił uwagę, że skupiliśmy się tylko na wyglądzie. A faktycznie jest paru delikwentów, którzy mają odrapaną gitarę i wychodzą na scenę ubrani tak sobie, ale i tak już są istotni. Są szczerzy na tej scenie. To jest karmiczne następstwo tego, co często widuje się u muzyków z coverbandów. Oni są ostentacyjnie znudzeni tymi koncertami. Ja tego nienawidzę. To są mniej więcej takie relacje jak pomiędzy Izraelem a Palestyną. Trudno do końca odkręcić tę spiralę. Ci muzycy są wnerwieni na scenie, bo właściciel knajpy płaci im żenująco mało. Ale gdy tak stoją znudzeni na scenie, to ludzie wchodzący do knajpy od razu z niej wychodzą, widząc znudzonych muzyków i trzy osoby.

Michał Wójcik: Chciałem was poprosić o jakieś złote rady, ale Adam chyba najwłaściwiej podsumował tę dyskusję tą karmiczną powinnością. Po prostu trzeba iść w stronę, w którą chce się iść. Tyle że tu dochodzimy do sedna sprawy: trzeba wiedzieć, dokąd chcemy iść i co chcemy powiedzieć.

Ilona Rosiak: Jeżeli mogę dodać swoje trzy grosze: kreowanie wizerunku artysty nie odbywa się tylko na scenie. Skoro mówimy o tym, że nie jest to tylko wygląd, to musimy dodać jeszcze do tego drugą stronę medalu, czyli ten element teatralności wizerunku. Sugerowania sposobu odbioru konkretnej muzyki. Jeśli wizerunek ma w jakikolwiek sposób wpływać na odbiór czy wspierać te właściwą, o ile o takiej można mówić, interpretację, to jest jeszcze szereg innych działań i czynników, które wpływają na wizerunek poza sceną. Wizerunek kreujemy tym, co znajduje się na płycie w formie muzyki, ale w drugiej kolejności także wszelkiego typu aktywnościami, takimi jak wywiady. Mówiliśmy na początku o Facebooku. To też jest jeden z pierwiastków wpływających na wizerunek.

Michał Wójcik: To jest śmiała teza, ale zastanawiam nad kwestią dewaluacji muzyki, która jest wręcz sprowadzana tylko do roli dodatku…

Adam Grzanka: To jest wczesny kapitalizm muzyczny. Wczesny. Taki, w którym chodzi o nażarcie się. Towar, sprzedaż, biznes. To jest pewien problem. Natomiast zawsze uważam, że gdzieś karmicznie rodzi się antyteza. Zostałem niedawno zaproszony przez Łowców.B do robienia wspólnego spektaklu muzycznego. Pojechałem tam jako człowiek, który ma zagrać na samplerach i basówce. I czego tam doświadczyłem? Zaprosili mnie do czegoś, co u nich nazywa się ancla, a u nas kanciapa. Czyli salka prób. Kochani – old school. Mają tam jeszcze dwa pomieszczenia. W jednym z nich się je, jara blanty i analizuje wyimprowizowane sety. Piętnaście lat nie doświadczyłem czegoś takiego, żeby chodziło o klimat, o interakcję między muzykami, jedzenie, jaranie blantów i tak dalej. To było niesamowite. Spędziliśmy tam trzy wieczory i to było dla mnie jak katharsis. Nie chodziło o to, czy zrobimy jeden czy dwa numery, tylko to był po prostu jam i to taki… naprawdę… O Jezu. Po tym doświadczeniu już oficjalnie przyznaję, że szukam takiej ekipy do Krakowa. Pomyśleliśmy wspólnie z Łowcami, że stworzymy wspólnie inicjatywę „Nasza Kanciapa”, czyli połączymy zaprzyjaźnione kanciapy w różnych miejscach Polski, a może i świata, bo zakładam, że nawet gdzieś w Izraelu jest coś takiego. I być może to jest wyjście, żeby tworzyć społeczności. Podobno, trochę futurystycznie podchodząc do sprawy, dni Facebooka są policzone. Gdyby za to powstały branżowo-grupowe idee typu właśnie ta „Nasza Kanciapa”, która powoduje, że wrzucamy w sieć wyjamowane sety, tworzymy do tego layout… Wydaje mi się, że to oddolnie odrodzi potrzebę muzyków, by grać prosto z serducha.

Michał Wójcik: A propos tej dewaluacji muzyki, ma to też związek z wizerunkiem sprowadzonym do „wykadrowanego zdjęcia”, o jakim mówiliśmy na samym początku, albo do udziału w Must Be The Music lub innym programie, dającym ci wybiórczy obraz rzeczywistości. Taki bardzo skondensowany i bardzo instant.

Kuba, co do tych obrazków z telewizji – kiedyś rozmawialiśmy o tym, że jednak nie chcecie się pokazać w talent show. Dlaczego?

Kuba TraczKuba Tracz: Dostaliśmy nawet propozycję od producenta, żeby wziąć udział w takim programie. Ostatnio mieliśmy rozmowę z naszym realizatorem z Izabelina, który wykreował sporo gwiazd, m.in. Ich Troje czy Hey. Pierwszą, podstawową rzeczą, jaką nam powiedział, było: jeśli idziecie do programu, musicie mieć coś w ręku. Dlatego że to jest taki krótkotrwały przypływ fame’u, więc trzeba kuć żelazo póki gorące. Przychodzisz z nagraną płytą i gotową trasą koncertową, wchodzisz do tej telewizji i nagle masz ten, załóżmy, miesięczny fame. Musisz go szybko wykorzystać, żeby to nie zgasło. Materia – zespół, który nagrywał właśnie w Izabelinie, poszedł do Must Be The Music. Zajęli chyba drugie miejsce, grając ciężką, strasznie hardcorową muzę, i po wszystkim mówili, że popularność ewidentnie się przekłada na rzeczywistość, bo przyszli z gotową płytą i zamiast sprzedawać dziesięć płyt na koncercie, teraz sprzedają sześćdziesiąt. Mają dwadzieścia tysięcy lajków na fejsie. To jest pierwszy powód. Drugi powód jest taki, że… baliśmy się trochę tej całej machiny, bo sami czujemy, że to zyskowne i faktycznie moglibyśmy coś tam zdziałać. Ta muzyka jest komercyjna i baliśmy się trochę tego, że zrobi się nagły boom: nagle zamiast pięciu koncertów w miesiącu gra się dwadzieścia, bo jest zapotrzebowanie, a do tego my nie bierzemy żadnych stawek. Tu zaczynają się problemy, a równocześnie chcielibyśmy jednak do tego naszego marzenia, tego sukcesu dojść własną pracą. Na zasadzie, że ciągniemy trasę na pięć koncertów, później dziesięć, później piętnaście, a jak dojdziemy do tego sami, to po drodze nauczymy się, jak radzić sobie z każdym z tych pułapów.

Michał Wójcik: A czy brak zainteresowania takim programem z waszej strony nie wynika z obaw wizerunkowych?

Kuba Tracz: Była taka obawa, że zostanie łatka. Sam mam tak z wieloma artystami, którzy wygrali jakiś program, że zawsze podświadomie ich z nim kojarzę. Słuchałem Dawida Podsiadło – to jest genialna płyta, naprawdę. Ma świetnych muzyków, jest świetnie zagrana. Ale zawsze gdzieś tam z tyłu głowy mam zakodowane, że to ten, co wygrał jakiś program.

Jarek Szubrycht: Po takich programach typu Idol został właśnie Kamil Bednarek, Enej, została Brodka, została Dąbrowska, został Makowiecki. Chcecie czy nie, takie programy zmieniły krajobraz muzyki popularnej na całym świecie i trzeba z tym żyć. Można się do nich zgłaszać lub nie, można nie słuchać tych artystów, ale nie ma co negować faktu, że mają absolutnie znaczący wpływ na mainstream.

Ilona Rosiak: Wydaje mi się, że obecność tego typu programów ma jeszcze ogólny wpływ na koniunkturę muzyczną. Wszyscy na tym trochę zyskujemy, bo sama idea muzykowania jest popularyzowana. Te programy mają trafić do ogółu, więc muszą być w swoim poziomie uśrednione. Tymczasem samo to pobudzanie czy spulchnianie rynku ogólnie rzecz biorąc sprzyja również nam, muzykującym bardziej lub mniej ambitnie.

Adam Grzanka: Ja nie twierdzę, że wolałbym, żeby zamiast programu Idol były Pamiętniki z wakacji. Po prostu uważam, że idea programu – promowanie młodych, zdolnych artystów – jest świetna, ale dewastuje ją ten cały nalot producencki, ten mechanizm mediów. Te programy niby mają promować, a tymczasem nagle muzycy słyszą: „tego utworu nie zagrasz, tę solówkę trzeba wyciąć”. Idea słuszna, ale forma…

Jarek Szubrycht: Są dwie strony tego medalu, bo czasem to są dobre rady dla takich artystów, którzy nie potrafią sobie nawet swojego własnego numeru zaaranżować. Albo nie potrafią się ubrać. Natomiast moim zdaniem największym problemem tego typu programów jest to, że psują one młodym muzykom w głowach, nastawiając ich na szybki efekt, a nie na pracę. Nie na to, że coś ciekawego jest do przekazania. Jak dla mnie ideałem artysty wszechstronnego, kompletnego pod względem wizerunku, a zarazem aktualnego od czterdziestu lat jest David Bowie. Wszyscy wiedzą, że to jest facet, który zmieniał maski, zmieniał wizerunki i oczywiście style muzyczne. Ale to nie jest tak, że przyszedł jakiś młody pan i powiedział mu: „David, powinieneś ubrać to”. Bowie to gość, który siedział, który czytał literaturę, który się interesował kabaretem, designem i architekturą, współpracował z największymi mistrzami swoich czasów w tym zakresie i razem z nimi wymyślali te stroje. Każdy jego strój coś znaczył. Te wszystkie dziwne rzeczy, które David zakładał na siebie, nie były tylko fajne wizualnie. One niosły jakąś treść. Dlatego po prostu wizerunku nie będzie, dopóki artysta nie ma nic do powiedzenia.

Adam Grzanka: Czyli szczerość?

Jarek Szubrycht: Nie szczerość. Ja nie chcę, żeby artysta był szczery. Chcę, żebym ja mu uwierzył, nawet jeżeli kłamie. On ma pięknie kłamać. Gdy oglądam film, co mnie obchodzi, co Robert De Niro sobie myśli? Chodzi o to, żeby był dla mnie wiarygodny. David Bowie był wiarygodny w tym wszystkim. Jeśli artysta jest nudny i nie ma nic do powiedzenia, to nawet jak go przybierzesz jak pawia, to wieje nudą. I to jest różnica. Teatr to jest coś, w czym jest treść. A wy tutaj trochę za dużo mówiliście o cyrku. Tam nie ma treści, tam są tylko pióra i fajerwerki.

Adam Grzanka: No tak, wiesz co, masz rację. Pamiętam koncert Voo Voo, na którym kiedyś byłem. To nie jest moja muzyka, ale uważam, że Waglewski ma wyryte na twarzy to, ile wypił alkoholu i ile książek przeczytał. I co było ciekawe: na samym końcu zaczęli czytać fragmenty książek napisanych przez dzieci autystyczne. Takie opowiadanka, wierszyki. I powiem wam, że zrobił się z tego taki performance, że ja miałem ciary, bo to byli artyści, którzy mieli coś do powiedzenia. I nie wiem, czy to było szczere, bo nie znam osobiście Waglewskiego i reszty. Może on sobie później szydzi z tych dzieciaków. Ale w samym spektaklu było bardzo dużo treści.

Michał Wójcik: Chciałbym podsumować całość, ponieważ nasz czas dobiegł końca. Wniosek jest taki, że musi być treść, a artysta musi mieć coś do powiedzenia. Czy środki do tego znajdą się później?

Adam Grzanka: Ja cały czas wierzę w internet. I to nie tylko w Facebooka, bo wydaje mi się, że jeżeli artysta ma coś do powiedzenia i jeszcze zostanie to ubrane w ładną formę – na przykład przez zaprzyjaźnionych filmowców – to bez nakładów finansowych na promocję takie projekty są w stanie zaistnieć.

Zuza Skolias: Wydaje mi się, że jeśli ma się coś do powiedzenia, to człowiek otacza się ludźmi, którzy też mają co przekazać. Pytasz, czy środki przyjdą później? One są dookoła cały czas.

Adam Grzanka: Tu wchodzi w grę też jakieś programowanie podświadomości. Zdaje się, że polega to na tym, że podświadomość nastawia się na poznanie ciekawych ludzi, którzy mogą okazać się pomocni. W efekcie mózg później sam sobie dobiera takie sytuacje życiowe, że tak się staje. I przyznaję, że ja w to wierzę.

Michał Wójcik: Ja też. A czy wy w to wierzycie?

Jarek Szubrycht: Dajesz dobro, dobro wraca.

Michał Wójcik: I znowu wracamy do karmy.

Adam Grzanka: W przyrodzie jest równowaga!

Michał Wójcik: Chciałem tego uniknąć, ale wygląda na to, że takim ogólnym wnioskiem, który możemy wysnuć po dzisiejszym spotkaniu, jest to, żeby czynić dobro. Żeby kochać ludzi!

Adam Grzanka: A jak masz być zły, to rób to dobrze.

 

Spisała: Patrycja Majewska
Zredagowała: Natalia Olszańska

Komentarze

Powered by Facebook Comments