Die Flöte – Pizza

Płyta równie bezpretensjonalna, treściwa i smaczna, jak tytułowa potrawa. Wpieprzając Pizzę (bo, umówmy się, włoskie placki z tymi różnościami na wierzchu się wpieprza, a nie degustuje), opiszę Wam, dlaczego debiutancki album Die Flöte jest po prostu dobry.

Zacznijmy od różności na wierzchu placka. Czyli od tekstów. Warstwa liryczna zgrabnie łączy chłopięcą niefrasobliwość z nutą melancholii wywołaną poczuciem nieubłaganego końca ery beztroski. Oto młodzian stający właśnie na progu dorosłego życia (między innymi na ślubnym kobiercu) żegna się z imprezowo-alkoholowym rajem utraconym. Czyni to w sposób niegłupi, zarazem pozbawiony patosu i nasycony ciężarem gatunkowym, łącząc osobiste, jednostkowe doświadczenia z lękami natury pokoleniowej. Umiejętne balansowanie na granicy tego, co indywidualne i uniwersalne – prosty, a jednocześnie najtrudniejszy do realizacji przepis. Nasz młodzian wie już, że bez kumpla, który wyemigrował zarobkowo, imprezy nie będą tak udane, a dziewczyny tak łatwe (So Boring). Wspominając pierwsze uniesienia erotyczne w parku podczas zabawy w wojnę, zdaje sobie sprawę, że od początku unosiła się nad nimi nieodwołalność rozstania (In the Park). Cieszy się, że niespodziewana awaria samochodu pozwoli mu w sobotę chlać do późna w towarzystwie starych kumpli, ale jednocześnie przyznaje, że to właśnie posiadanie auta trzyma go w abstynenckim pionie i czyni prawdziwym mężczyzną w oczach mamy i narzeczonej (Proper Guy). Wzbrania się przed udziałem w opętańczym wyścigu szczurów (Fly), mając przy tym wyraźne poczucie schyłkowości cywilizacji i braku obiecującej przyszłości dla siebie i swoich dzieci (Civilization Studies). Siedzi nad piwem smutny i wkurzony, bo panująca w kraju polityczna wojna domowa w jednej chwili zniszczyła długoletnią przyjaźń (Civil War). Czasem, w chwili strachu i bezradności, przyzywa na pomoc swoją ukochaną (Lovelight). Wreszcie – stając na ślubnym kobiercu, pełen niepewności, a zarazem świadom, że to właściwy moment na kluczową decyzję życiową, informuje narzeczoną, że przecież zawsze będzie grał w planszówki i pomykał w jakiejś kapeli (To the River). A ja mu kibicuję. Sami widzicie – proste historie, z którymi łatwo jest się utożsamić. Do tego opowiedziane w dobrze napisanych, niewymyślnych i miejscami poetyckich angielskich tekstach. Jakkolwiek nie jest to może liryczny poziom niedoścignionej Filandii (ale kto wie, może w wieku i z eksperiencją życiową Świetlickiego i Lindy chłopcy z Die Flöte będą jeszcze lepsi?), to sam fakt, że przyszło mi do głowy to porównanie, powinien być wystarczającym komplementem.

Placek. Czyli muzyka. Zespół nie eksperymentuje gatunkowo i brzmieniowo, wpisując się w tradycję amerykańskiego, gitarowego alt-college-indie-coś-tam-rocka z ostatniej dekady XX wieku. Wiecie, takie tam Pavementy, wczesne Weezery, Stereolaby czy inne Built to Spille. Nie jestem wielkim fanem tego rodzaju plumkania, ale potrafię docenić dobrą robotę. Bowiem poruszając się w klarownie zdefiniowanych granicach stylistycznych Die Flöte wyróżnia się zarówno solidnym songwritingiem, jak i wykonawstwem instrumentalnym. Jedno i drugie jest tight. Zero gumiastego zakalca, nic się nie przypaliło. Numery są chwytliwe i niebanalnie zaaranżowane, melodie bezpretensjonalne, lekkie i wdzięczne. Przeplatające się partie klawiszy i gitar składają się na urokliwe, letnie pejzaże (choć, by znów nawiązać do klasyka, „nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza”). Na płycie śpiewa aż trzech członków zespołu (nie licząc gościnnego występu Gosi Zielińskiej w dwóch numerach). Żaden nie jest (nawet jak na ten skądinąd niewymagający gatunek) wybitnym wokalistą, ale poza kilkoma bardziej irytującymi momentami nie ma się zasadniczo do czego przyczepić. Rozdrażniła mnie tylko linia wokalu w drugiej części Civilization Studies – fałszować też trzeba umiejętnie. Na szczęście zaraz potem wchodzi sowizdrzalski, kowbojsko-surfrockowy Pizza Delivery Scooter i złe wrażenie od razu zostaje zatarte.

W konsumpcji dzieła Die Flöte pomaga klarowne brzmienie – miło wysłuchać fachowo zrealizowanej polskiej płyty, zwłaszcza że przy tylu ścieżkach (sekcja rytmiczna, dwie gitary, dwa parapety, kilka wokali, chórki) nietrudno było o chaos. Rozmiar Pizzy: trzydzieści sześć. Nie centymetrów. Minut. Akurat tyle, żeby przyjemnie się najeść i nie dostać niestrawności. Pudełko. Czyli dosłownie: pudełko. Płytę – która wygląda oczywiście jak pizza – zaserwowano w kartonowym pudełku, które wygląda – zgadliście – jak pudełko na pizzę. Fajny pomysł, udana realizacja. Do tego z przyjemną, bezpretensjonalną książeczką z tekstami i fotografią zespołu, który – tak, tak – wpieprza pizzę. Wpieprzajcie i Wy.

Wuj Albert

zapraszamy na fanpage zespołu