Pierwszą kasetę (tak, tak – kasetę) Świetlików wygrałem w 1995 roku w programie LaLaMiDo. Zamieniłem się z kumplem na kasetę Rozwód w Sedesie. Ot, błędy młodości. Dosyć szybko jednak nabyłem O.gród K.oncentracyjny (dwa dni później) drogą kupna, już w wersji kompaktowej, i od tamtego czasu muzyka Świetlików towarzyszyła mi bardzo często. Każdy album wywoływał dreszcz emocji. Po ukazaniu sie Las Putas Melancólicas zapadła cisza i mimo że od czasu do czasu wracałem do ich muzyki, to już bez wypieków na twarzy. Po ośmiu latach Panowie (w obecnym składzie również Pani) wrócili z nowa płytą – Sromota, którą to płytę (a właściwie trzypłytowy album) oczywiście kupiłem i… trochę się rozczarowałem. Słysząc jednak wiele zachwytów nad brzmieniem zespołu na żywo, postanowiłem to sprawdzić. Bilety na pierwszy koncert w Pięknym Psie  (22.01.2014) rozeszły się na pniu. Zespół postanowił zagrać drugi koncert tydzień później i na ten właśnie koncert się wybrałem.

Piękny Pies jaki jest, każdy wie. Sala koncertowa to to nie jest. W piętnaście minut po planowanym rozpoczęciu koncertu zrobił się taki tłok, że dojście do baru stało się nierealne bez paralizatora. Fajnie –  pomyślałem – drugi koncert i taka frekwencja, pozazdrościć. Zaczęli pół godziny po czasie, chwilę poszukując Tomasza Radziszewskiego, który się gdzieś zapodział. W międzyczasie Marcin Świetlicki zapowiedział, że zagrają całą pierwszą płytę, później całą drugą, po czym przejdą do całej trzeciej płyty, następnie zagrają całą czwartą i całą piątą, a potem zagrają bisy. Większość zespołów grających koncert zaraz po wydaniu albumu stara się mieszać stare przeboje z nowymi piosenkami. Ale nie Świetliki. Zgodnie z zapowiedzią zaczęli od Parasolek, po których na debiucie następnym numerem było Zamknięcie kina „Młoda Gwardia”, ale pan Marcin stwierdził, że jest to za trudny utwór i muszą go pominąć. Następne w kolejce poszły Przed Wyborami i Tygrysia Piosenka i przez moment uwierzyłem w to, że na pohybel wszelkim zasadom promocji i marketingu, zagrają cały pierwszy album. Tak się jednak nie stało, chociaż chronologia została zachowana, bo następnie usłyszeliśmy: M – morderstwo (w którym pan Świetlicki zapomniał tekstu, ale wybrnął z tego z uroczym uśmiechem), Olifant (poprzedzony zapowiedzią o tym, że jest to piosenka miłosna, ale autor nie pamięta już która jego ówczesna wielka miłość była adresatką owego tekstu), Słonidarność, Nieprzysiadalność (bodaj pierwszy raz słyszałem ten utwór na żywo), Świerszcze i Listopad,  po czym, zgodnie z zapowiedzią, przeszli do drugiej płyty: Cacy Cacy Fleischmaschine. Z tej zagrali jednak jedynie Psa, pochwaliwszy się, że mają oficjalną zgodę na wykonywanie tego utworu z polskim tekstem, a  przy okazji tradycyjnie żartując z Maleńczuka („Nie każdy artysta jest jak Iggy Pop, który powiedział, że nasza chęć przerobienia jego I Wanna Be Your Dog jest cool. Nie każdy jest taki. Jakbyśmy chcieli na przykład jakiś numer Maleńczuka wykonać…”), Chmurkę, Łabędzie i skróconą do kilkusekundowego refrenu wersję Henryka Kwiatka. Szkoda, bardzo lubię ten numer.

[youtube_sc url=”http://www.youtube.com/watch?v=KQrlSAT0GHU”]

Prezentację piosenek z albumu Perły przed wieprze zaczęli od wyjaśnienia, że na tej płycie dołączył do nich Artur Gasik i brzmienie zespołu stało się nieco cięższe. Dlatego też zagrają z tego albumu te dwie piosenki, które cięższe nie są. Były to Czary mary (Wonder schponder) – która jest ulubioną piosenką pana Świetlickiego, ponieważ w niej nie śpiewa (no, prawie nie), bardzo szybko wyrecytowane i przepełnione autoironią Odciski, 79 oraz pochodząca z singla Wieprze przeróbka bluesowego przeboju Roberta Johnsona z 1937 roku Love in Vain, opatrzona oczywiście polskim tekstem, bo według pana Świetlickiego tekst oryginalny jest zupełnie bez sensu. Z albumu Złe Misie usłyszeliśmy utwór tytułowy oraz Freeeedom z gościnnym udziałem skrzypka Piotra Lutyńskiego, do którego zespół zwracał się per monsieur oraz wpleceniem do tekstu fragmentu kolejnego bluesowego przeboju: Nobody Loves Me But My Mother. Utwory z piątej płyty (Czwartek i Filandia) poprzedzone zostały wyjaśnieniem, że pan Świetlicki nie lubi tego albumu, ponieważ wkradł się na niego jakiś obcy wokalista (Bogusław Linda), a on bardzo lubi wykonywać swoje teksty.

I proszę, cały koncert i ani jednej piosenki ze Sromoty. Nie do końca, bo o ile koncert właściwy został w tym momencie uznany za zakończony, to zespół bez zbędnego schodzenia ze sceny i ponownego się na nią wdrapywania zaczął grać bisy, a te składały się już wyłącznie z utworów z najnowszego albumu: tytułowa Sromota, Alkohol, Majowe Wojny, Gotham, O., Niebieskie Słońce, Papierosy, Przedtem i Zimna Lala. Po wysłuchaniu tychże doszedłem do wniosku, że za szybko postawiłem na Sromocie krzyżyk. Będę musiał do niej wrócić jeszcze kilka razy.

Jak brzmiały Świetliki w (dla mnie) nowym składzie? Wydawałoby się, że klawisze i altówka złagodzą brzmienie zespołu i nadadzą mu przestrzeni. Być może tak też się stało, ale dla mnie wszystkie utwory brzmiały o wiele bardziej surowo niż podczas ostatniego koncertu Świetlików, w którym miałem przyjemność uczestniczyć. I proszę tego nie traktować jako zarzut, wręcz przeciwnie. Czy czegoś mi brakowało? Oczywiście, mógłbym marudzić, że nie zagrali mojego ulubionego utworu Pod Wulkanem, mojego ulubionego utworu Przeproś!, mojego ulubionego utworu Brejkam wszystkie rule, mojego ulubionego utworu Delikatnienie, mojego ulubionego utworu Lalka Tadzika czy żadnego z moich ulubionych utworów z serii Opluty. Bo nie zagrali. Zagrali za to prawie trzydzieści innych moich ulubionych utworów.

Koncert trwał ponad dwie godziny i wcale nie był za długi. Zdecydowanie wolę pana Marcina w wersji umiarkowanie optymistycznej, żartującego, rzucającego celnymi ripostami niż tego, którego pamiętam z wielu koncertów sprzed kilku lat. Nie ma w tym zespole żadnego udawania, piosenki grane są często w niedbały sposób, jakby od niechcenia, w skróconych wersjach, nie ma fajerwerków, skakania po scenie i przepełnionych bezsensownymi dźwiękami solówek gitarowych. Jest za to klimat. Nieco inny, a jednak od ponad dwudziestu lat wciąż ten sam.

Jeżeli ktoś się jeszcze zastanawia czy wybrać się na koncert Świetlików, odpowiadam – tak. Dlaczegóż mielibyście się nie wybrać na ich koncert? Dlaczegóż by nie?