Katie Caulfield – Sow – thistles

Niektórych młodych zespołów słucha się fajnie, bo nawet gdy nie są jeszcze dobre i nie do końca umieją grać albo komponować, nadrabiają to emocjami, szczerością i jakąś taką fajną naiwnością. Katie Caulfield widziałem ze dwa razy na żywo, zanim nagrali płytę. Każdy z tych koncertów odbywał się w małej krakowskiej knajpie – jednej podłej, a drugiej modnej – dla garstki osób, a nagłośnienie było złe lub bardzo złe. Ogólnie sytuacja typu hałas na maksa, wokalu nie słychać, ale jest fajnie. Czyli tak, jak to często bywa na początku kariery młodych gitarowych bandów. A młodość, jak wiadomo, rządzi się swoimi prawami, w tym prawem do hałasu.

Na tych malutkich koncertach siedziałem sobie w kącie, obserwowałem to wszystko z boku i poczułem się sentymentalnie. Zatęskniłem do czasów trochę młodszej młodości i napieprzania na gitarze bez znajomości teorii, wiedzy techniczno-kompozytorskiej czy innych tego typu bzdetów, zupełnie niepotrzebnych młodym zespołom garażowym. To było doświadczenie odświeżające i inspirujące.

Po tych występach trio zdobyło moje zainteresowanie, ale nie byłem jeszcze fanem ich muzyki. Ze względu na charakter nagłośnienia, odebrałem materiał zespołu jako zdecydowanie bardziej noisowy i chaotyczny niż on faktycznie jest. Słuchając ściany dźwięku, nie zauważyłem piosenek, nie poznałem się na melodiach. I tutaj było moje pierwsze zaskoczenie przy słuchaniu płyty – w tych kawałkach jest sporo dobrych, chwytliwych melodii, zaśpiewanych w sposób, jakby to powiedzieć… „cierpiętniczy”, a czasem z pasją wykrzyczanych.

Jedenaście kompozycji zawartych na debiutanckim Sow-thistles ukazuje songwriterski potencjał gitarzysty i wokalisty, chowającego się pod pseudonimem Katie Hurdles. Jeśli chodzi o porównania, moje pierwsze i silne skojarzenie, gdy odpaliłem otwierający płytę Children with sow-thistles in their mouths, to było Smashing Pumpkins – klimat lat 90., ten typ linii melodycznej wokalu, tego typu gitarowa siara. Dalej mamy Mother – fajne, smutne, ale nie nudne granie z miejscami gubiącym tonację śpiewem. Świetnie wypada przerywnik – zagrany na plastikowo, ale uroczo brzmiących klawiszach krótki numer F. Szkoda, że dalej na płycie nie pojawia się jeszcze druga taka wyciszająca na chwilę miniatura. Po prostu miło się tego słucha i poszerza to paletę skojarzeń. W Jesus mamy gitarową psychodelię, noise i robi się jeszcze mroczniej. Love nawiązuje do brzmień ze Seattle sprzed 25 lat (jak zresztą większa część kompozycji). Nails & Nails to takie dekadenckie, wokalne „pławienie się w cierpieniu”, ale na szczęście numer nie zbliża się do karykatury i ma chwytliwy refren. Najdłuższy na Sow-thistles numer Katie Caulfield zaczyna się od transowego patentu na 6/4, a chwilę później bębny grają swobodny, rozjeżdżający się arytmiczny hałas, lubię takie rzeczy. W ogóle perkusista gra ciekawie na całej płycie, sporo kombinuje w gęstym stylu. Paradise to krótki numer i bardzo dobra piosenka, na której album śmiało mógłby się kończyć. Płytę zamyka swobodny Gauloises, którego w sumie mogłoby nie być, a płyta nie byłaby gorsza. Ale niech im będzie, mają prawo.

Co do tekstowej strony Sow-thistles, nie napiszę wiele – nie rozumiem, o czym śpiewa wokalista, bo robi to bardzo niewyraźnie, a na bandcampie nie ma tekstów. Trochę szkoda, ale nie przeszkadza mi to. Do tej muzyki pasuje pewne niechlujstwo, a wręcz jest ono obowiązkowe. Po prostu słucham, zwracam uwagę na tytuły kawałków i buduję sobie w głowie własne skojarzenia. Parę akapitów wyżej pisałem, że młode zespoły bywają fajne nawet, gdy nie są jeszcze dobre. Ale wiecie co? Katie Caulfield to już jest całkiem dobry zespół. Płyta jest dobrze zagrana pod względem wykonawczym, jednocześnie nagrana ze słyszalną pasją i jazdą po emocjach.

Wokal, jak wspominałem wyżej, czasem wypada z tonacji, ale to nie jest w przypadku Sow-thistles jakiś zarzut. Brakuje mi jeszcze pewnego dystansu, może trochę dyskretnie przemyconego poczucia humoru, bo wszystkie te dźwięki są śmiertelnie poważne. Trochę za duża dawka mroku jak dla mnie, bez przeciwwagi. Jednak najistotniejsze rzeczy, czyli dobre melodie i szczerość, są tu obecne. W muzyce i brzmieniu trio słychać lata 90., z drugiej strony Katie Caulfield grają jak najbardziej po swojemu, w sposób trochę niedzisiejszy, lekko staromodny, za to mocno przekonujący. To jest indie rock, ale nie ten ładnie wyprodukowany z radia, tylko surowy, młodzieńczy i pełen pasji. I za to przybijam im piątkę.

Drugą piątkę przybijam za pracowitość – zespół powstał niedawno i zamiast bawić się w EP-ki, już nagrał longplaya. Chociaż osobiście wolałbym nieco krótszą, łatwiej wchodzącą na raz, półgodzinną płytę. Koncerty dały mi sentyment, ale płyta dowiodła, że mam do czynienia z dobrym songwriterstwem. Czekam na kolejne wydawnictwo zespołu z zaciekawieniem.

Żeby nie było tak miło, na koniec muszę wystawić zjebkę za okładkę. Zdecydowanie mi się nie podoba. Czcionka bardziej pasowałaby do jakiejś kijowej kapeli grającej muzykę świata. Okej, jakiś tam pomysł jest – butelka wina (mam nadzieję, że takiego z niższej półki, bo drogie nie przystoi chłopakom w tym wieku) – może trzeba było poprosić ogarniętych w sztukach wizualnych kumpli z ASP albo chociaż liceum plastycznego, żeby zaprojektowali coś ciekawszego? Jestem bardzo wrażliwy na obrazki, a tej płyty, po zobaczeniu tylko opakowania, bym nie kupił. Całe szczęście zespół znałem wcześniej, bo inaczej mógłbym do niego nie dotrzeć.

Zachęcam do ściągania Sow Thistles z bandcampa zespołu Katie Caulfield.

Igor Herzyk