Miłośnikom krakowskiej muzyki Pięknego Psa przedstawiać nie trzeba. Tytułem wstępu wystarczy wspomnieć, że klimat miejsca zgrał się z tym, co widzieliśmy na scenie, a i publiczność z czasem dopisała coraz bardziej – tak ilością, jak i żywiołowością uczestnictwa. Nagłośnienie salki stoi na wysokim poziomie i konsekwentnie akustyka koncertu była co najmniej zadowalająca.

Muzyka! Na pierwszy ogień poszli spóźnieni pół godziny Kayte. Niech będzie – przywilej artystów. Spodziewałem się duetu, a tu tercet i fajnie, bo trochę więcej życia na scenie – na pierwszym wokalu i gitarze akustycznej Kasia Gałkowska, elektryk i drugi wokal to IMG_2832.jpgKay Bogusz, a cajon (taki drewniany taboret zastępujący perkusję) – Michał Begej. Ich granie całkiem miło wpisało się w przytulną, klubową przestrzeń – brzmienie jest ciepłe, piosenki trochę intymne, chociaż i bez gitarowych solówek się nie obyło. W mieszance coverów ich własne kawałki mają swój wyraz i bronią się jako takie. Fajny głos Kasi i sceniczna ekspresja Kaya stanowią podporę wizualnej części koncertu. I tylko chemii scenicznej między nimi zabrakło – te takie małe elementy między parą liderów, które wychodzą w postaci zgubionych wersów w Feel Good Inc, i na których można oprzeć cały nastrój koncertu. To jeszcze do dopracowania. Za to cajon Michała – owacje na stojąco!

IMG_2888.jpgAkt drugi. Danie główne. Kind of Venus. Koncertowe brzmienie zespołu jest naprawdę solidne. Inaczej niż w studyjnych nagraniach, gdzie na pierwszy plan wysuwa się szczegółowość poszczególnych dźwięków, przewaga gitary nad sekcją rytmiczną i pewna statyczność. W trakcie występu piosenki brzmiały bardzo spójnie i żywiołowo, bez uprzywilejowania któregoś z instrumentów. Przenosząc to na płaszczyznę odczuć, ewolucję tą można podsumować krótko – bardzo dobrze. Właśnie na tym polega urok takich kameralnych, klubowych gigów; zespół na te naście utworów zaprasza nas do udziału w tym umownym czymś, co dzieje się między czterema facetami na scenie a publicznością i co z braku lepszych określeń można zmieścić w tym jednym – „nastrój”. Pamiętajmy, że panowie grają razem dopiero od roku i w tym kontekście sceniczny efekt naprawdę robi wrażenie. Brzmienie jest ponure, jakby tępe, za to pod żadnym względem nie monotonne. Sami muzycy tagują się pod hasłem „rock’n’roll noir–alternative quartet”; moje skojarzenie to post–punkowa i alternatywna scena Wielkiej Brytanii w latach 80., mała domieszka shoegaze’u (ta sceniczna powściągliwość!) i charakterystyczny teatralny pierwiastek w osobie wokalisty Mateo Zaręby, który przypomina żywcem wokal z angielskiego iLiKETRAiNS. Ubrany w marynarkę odróżniał się na scenie od reszty składu i sprawiał wrażenie wyobcowanego, występującego jakby w swoim świecie. Jego zdystansowany i mocny wokal świetnie wpisuje się w brzmienie zespołu.

IMG_2938.jpgW literaturze mówi się o zasadzie trzech jedności. Gdyby przenieść ją do świata muzyki, to właśnie to uczucie jedności towarzyszyło mi, uczestnicząc w tym koncercie – bez fajerwerków, za to ze świetnie zgranym rockowym instrumentarium, w którym każdy z członków zespołu był na swoim miejscu.

Jeśli nie widzieliście Kayte albo Kind of Venus, pora nadrobić zaległości. Pierwsi mogą być tylko lepsi, a drudzy pisząc o sobie, że brzmią „jak jazda 250 km na godzinę, radzieckim czołgiem przez gęsty las, w zimową, księżycową noc” mają sporo racji. Warto sprawdzić samemu.

więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj