Kraków Street Band – Dedicated to Jerzy Wójcik

Już na wstępie zaznaczę, że na co dzień nie jestem fanem bluesa, folku, country i odmian tychże, ostrożnie ograniczając swój kontakt z nimi do wczesnego Dylana. Do tej pory słowo banjo kojarzyło mi się raczej ze skakaniem z mostów na gumie, a nie z instrumentem muzycznym (iluminacja przyszła dopiero, gdy w Internecie natrafiłem na temat: Drogie Bravo, znalazłem na śmietniku taką małą, pięciostrunową gitarkę, tata mówi, że to banjo. Czy można na to wyrywać panienki?) co ma taki skutek, że potencjalny czytelnik, który jakimś cudem trafił na tekst powyższej recenzji (i jeszcze dobrnął do drugiego zdania – moje gratulacje) może przestać liczyć na „precyzyjną analizę porównawczą”, „próbę usytuowania dźwięków na muzycznej pięciolinii świata”, oraz zachwalanie „energii, która objawia się w wieloraki sposób, począwszy od artykulacji przez polirytmię, a na dobrze zgranej sekcji skończywszy” i „formy wariacyjnej, która objawia się w stopniowym nabudowywaniu tematów”. Nie ma mowy, będzie tylko o emocjach.

Kraków Street Band to jedna z tych kapel, która niby wszystko, co najważniejsze, ma w nazwie (że zespół, że uliczny i że z Krakowa), ale żeby zrozumieć ten fenomen naprawdę trzeba zobaczyć ich w akcji (znaczy na żywo – „na żywo”, a nie np. w telewizji czy na YouTube). Gwarantuję Wam – niezależnie od tego, czy na co dzień nosicie spodnie z krokiem w kostkach czy włosy po kolana, zobaczywszy band w akcji, przystaniecie urzeczeni i ani się spostrzeżecie, jak będziecie przytupywać do rytmu.

Recenzowany Dedicated to Jerzy Wójcik (2015) nie jest pierwszym albumem grupy, bowiem zespół, grając muzykę „z pogranicza bluesa, bluegrassu i szeroko pojętej muzyki popularnej” na płycie krakowskiego Rynku Głównego, w niezwykle krótkim czasie zdobył zasłużoną popularność i rzeszę oddanych fanów, co następnie – dzięki akcji crowdfundingowej – pozwoliło im na wydanie debiutanckiego albumu, brawurowo i pysznie zrecenzowanego dla Was przez Wuja Alberta. Poza tym – co również ma znaczenie, w związku z tym, że, jak sama nazwa wskazuje, album zadedykowany jest Jerzemu Wójcikowi, tj. legendzie polskiego bluegrassu – oprócz popisów muzyków KSB, niejako gratisowo otrzymujemy również drugą płytę – Little Ole Opry (1980), będącą owocem pracy muzyków z krakowskiej grupy Zdrój Jana pod wodzą wspomnianego Wójcika (utrzymaną zresztą – co nie powinno dziwić – w duchu podobnym do tego, co współcześnie prezentują światu muzycy KSB).

No dobrze, tyle tytułem informacji. A jak to gra? A uspokoję – znakomicie. Gdzieś w Internecie spotkałem się z komentarzami, że „muzyka uliczna zamknięta na płycie straciła duszę” i że „to nie to samo, co na żywo”, i zgadzam się: to nie to samo, ale jest na tyle dobrze, że niezależnie od nastroju, gdy puszczam tę płytkę, zawarta na niej muzyka rozszerza mi uśmiech od ucha do ucha.

Powiadają, że coś, co jest owocem takiej radości z grania i miłości do muzyki, po prostu nie może być złe, i muzycy KSB w pełni to potwierdzają. Tu wszystko zagrane jest absolutnie doskonale – od gitary akustycznej, przez banjo, ukulele, saksofon, puzon oraz regulującą to wszystko sekcję rytmiczną, po bezbłędnego Łukasza Wiśniewskiego na wokalu (którego w niektórych utworach zastępują bądź uzupełniają Natalia Kwiatkowska i Bartosz Przytuła). Kapela niczym lokomotywa sunie przez kolejne standardy, jak Mighty Quinn (przy okazji którego udowadniają z kolei, że Dylan komponuje kawałki, by inni doprowadzali je do perfekcji), pędzące na złamanie karku Roll in my sweet baby’s arms  czy Whiskey in the Jar, dzięki czemu nawet przez moment nie można narzekać na nudę. Tam, gdzie trzeba, uderzają w żywszą nutę (kapitalne Dead Skunk ze świetną partią fortepianu oraz gospelowe Will the Circle be unbroken), by w innym miejscu kołysać delikatniejszymi brzmieniami (autorskie, nastrojowe Western Breeze – nieodstające od tradycyjnych standardów) czy czarować bluesem (Jesse James). Co ciekawe, w ramach bonusu na płycie znalazł się również jeden jedyny kawałek w języku polskim – Black Velvet Band – zaśpiewany przez Andrzeja Sikorowskiego, który też wypadł zaskakująco dobrze. Pół godziny z płytą mija błyskawicznie!

Jak jednak DtJW ma się do debiutu? Cóż, ten ostatni podobał mi się jednak bardziej, ale powyższe jest raczej efektem doboru utworów (jakby nie patrzyć, DtJW to jednak coś w rodzaju laurki dla konkretnej osoby, toteż dominują tu „streetbandowe” aranżacje folkowych standardów, a nie covery mniej lub bardziej współczesnych hitów, stanowiące coś w rodzaju muzycznego komentarza do dorobku Jerze Wójcika), a nie tego, że czegoś jej zabrakło. KSB nadal brzmi jak KSB, za co można ich kochać lub nienawidzić (nie wyobrażam sobie tego), i tak jak zaznaczyłem na wstępie – jakkolwiek nie jestem fanem bluesa, folku czy country, odpalając rzeczoną płytę – na te trzydzieści minut – staję się nim całym sercem.

Znakomita robota.

zapraszamy na fanpage zespołu