Warstadt – Warstadt

Zdarzają się sytuacje, kiedy z szacunku do odbiorcy najwłaściwszą metodą narracji jest zakomunikowanie swoich konkluzji w sposób bezpośredni. Może mieć to miejsce chociażby wtedy, gdy teza na temat omawianego zagadnienia jawi się nad wyraz oczywistą i każdy dodatkowy akapit ponad niezbędne minimum treści krytycznej skutkuje wyłącznie stratą czasu, na nadmiar którego nie cierpi przecież nikt. Innym wariantem tego scenariusza jest okoliczność, w której przedmiot rozważań jest po prostu zbyt nieprzyjemny, aby zajmować się nim chociażby moment dłużej niż to konieczne. W zastanej sytuacji dziejowej, jaką stanowi debiutancki materiał zespołu Warstadt, obie opisane powyżej sytuacje mają miejsce jednocześnie.

Warstadt nagrał album nie tylko zły, ale i obrzydliwy; nie tylko obrzydliwy, ale i kuriozalnie obrzydliwy, wdzierając się z siłą wodospadu do najrzadziej uczęszczanych zakątków półki z krakowskimi płytami, okupowanych dotychczas przez takie śliwki-robaczywki jak Regent, Noname czy Akustronika Ducha. Kwartet atakuje bez szacunku dla starszych (młodszych?), zdobywając w wyselekcjonowanym gronie mocną pozycję blisko podium. Wejście smoczka.

Muzycznie propozycja Warstadt niczym bezdomny kot ociera się o indie, nową falę, garaż, college rock i post punk, względnie karłowaty shoegaze. Gitara i przesterowany bas mielą więc na podobnych częstotliwościach, bębny trzymają tępawą dyscyplinę, a wokal… cóż, wokal naciera penisa kremem nawilżającym i obserwuje z zachwytem, jak mieni się on smutnymi kolorami w promieniach wiosennego słońca. Należy powiedzieć bowiem wprost, że za przesunięcie albumu z sekcji zwyczajnie słabych do loży VIP, przeznaczonej dla produktów estetycznie wrogich i fonicznie szubrawych, odpowiedzialny jest jednoosobowo frontman kwartetu. Narracja wokalna na albumie, ochoczo unurzana w mimozowatym introwertycznym narcyzmie, jest zwyczajnie parszywa; równie parszywa, co zapach z zatkanych rur w łazience czy siatkówka plażowa w wykonaniu karaluchów.

Dzieje się tak, ponieważ Popłakujący (tak nazwijmy roboczo bohatera lirycznego albumu) nie ma zbyt wiele wspólnego z tak trywialnymi postaciami jak ja czy Ty, Czytelniku. Popłakujący jest wprawdzie samotny, ale z czasem zrozumiał, że stanowi to naturalną konsekwencję jego wyjątkowości. Nauczył się czerpać z tego cichą przyjemność. Kiedy Ty idziesz po bułki, Popłakujący leci w karawanie gwiazd. Popłakujący niczym Harrison Ford łowi androidy w mieście ludzkiego zepsucia, kreśląc kwadraty z błędnych kół. Uruchamia swoje radary ustrojowe i kapelusz, którego nie ma. Kiedy Ty, Czytelniku, śpisz jak wszystkie bezrozumne kukły, Popłakującemu ciemność sypie świat na głowę, a towarzyszy mu noc czuła jak orgazm. Wobec ogromu wszechrzeczy jest Popłakujący bezradny jak maleńki motyl. Tak jak dla kanarka światem jest klatka, tak dla Popłakującego światem jest wielkie miasto, w które perwersyjnie rzuciła go karawana gwiazd. Po tym mieście błąka się pustymi ulicami, gdzieś między betonem a żywopłotem, rozglądając się wokół jak małe dziecko po placu zabaw – bo przecież tylko tak można wytłumaczyć sobie to, co niewytłumaczalne. Wreszcie, kiedy Ty, Czytelniku, i Twoja druga połowa idziecie do restauracji, jeździcie na nartach, bawicie się z kotem czy oglądacie „Game of Thrones”, Popłakujący ze swoją Krwawą Walentynką wypełniają kieszenie świetlikami tam, gdzie pachnie nocą. To właśnie odróżnia Ciebie, tępy zżeraczu codzienności, od tych, którzy są trochę wrażliwsi, widzą trochę więcej i płacą za to trochę wyższą cenę. Tak.

Latryna, mości panowie. Fakty są takie, że nie da się tego słuchać bez flaszki Grantsa w kroplówce. Debiutancki materiał Warstadt bardziej niż album muzyczny przypomina terapeutyczne zadanie domowe dla członków grupy wsparcia psychologicznego o profilu narcystyczno-depresyjnym, polegające na przelaniu na dowolny nośnik spostrzeżeń na temat swojego miejsca w świecie i społeczeństwie. Wymiotopędnie działa nie tylko narracja, ale również sam głos Popłakującego, oscylujący pomiędzy chomiczym zadziwieniem a sadystyczną ekscytacją. Na domiar złego introwertyczne bajki osiedlowego Małego Księcia i jego poezja za garść błota ustawione są w miksie wyraźnie przed instrumentami, co skutecznie uniemożliwia defensywne zajęcie uwagi tą czy inną partią. Materiału słucha się ciężko również z powodu znikomej dynamiki, wydatnie utrudniającej skupianie się na utworach jako takich, zapamiętywanie ich oraz rozróżnianie – szczególnie w drugiej połowie albumu. Produkcja jest naturalnie brudna, na skutek czego gitara przez większość albumu przypomina brzmieniem mielonkę tyrolską.

Płytę otwiera stonerowo-placebowe Joyride, oparte na dusznym motywie, na którego tle Popłakujący rozwija przed emocjonalnym plebsem meandry lotu pośród wspomnianej karawany gwiazd. Pierwsza, instrumentalna część refrenu brzmi zaskakująco przyjemnie. Niezgrabna coda nie spełnia jednak swojego zadania i track kończy się może nie słabo, ale przyciężko i dość nijako. Nie zmienia to faktu, że opener płyty jest jej najmniej żenującym i najbardziej zdatnym do spożycia fragmentem. Dwójka, Rutger Hauer, oprócz ociężałych flażoletów we wstępie i wpisaniem się w popularny wśród zespołów indie trend wykorzystywania w tytułach oraz nazwach imion i nazwisk celebrytów, nie odznacza się kompletnie niczym. Nie zmieniają tego faktu również sympatyczne, szesnastkowe akcenty, grane na wykończeniach zwrotek przez sekcję rytmiczną. Na wysokości 2:05 kwartet uznał za stosowne pochwalić się znajomością Sonic Youth, emitując awangardowy gitarowy zgrzyt. Błagam. Thurston Moore generował lepszy chaos, trzymając rękę w majtkach Kim Gordon. Rutger Hauer, ten tego, to tyle.

Im dalej, tym gorzej. Prawdopodobnie mógłbym nie uwydatniać faktu, że Mariposa, trzeci utwór na płycie, jest najobrzydliwszy. Nie pozwala mi na to jednak ani kronikarski obowiązek, ani wrodzone okrucieństwo. Popłakujący rozwija bowiem wyjątkowo odrażającą gawędę o zalęknionym motylku, pragnącym zobaczyć wielki świat, a instrumentaliści Warstadt montują stosowną dźwiękową scenografię. Brzdąka ogniskowa gitara, bas wygrywa słodko-neurotyczne melodyjki na tle katującej tomy perkusji. W tych intymnych warunkach następuje pierwsza, cicha masturbacja pod prysznicem. Wiatr hula niemiłosiernie po całości dziurawej jak polskie drogi kompozycji, sadystycznie wręcz rozwleczonej do rozmiarów pięciu i pół minuty. W moim przekonaniu jest to pięć i pół minuty czystej złośliwości. Gitary zgodnie i bezproduktywnie obmacują się niemal w nieskończoność, aktywnie stroniąc od jakiejkolwiek progresji czy gradacji napięcia. Tortura. Równie dobrze mogła być Mariposa stworzona na wzór montypythonowskiego the funniest joke in the world, jednorazowego dowcipu, po usłyszeniu którego następuje natychmiastowa śmierć. Nikt za mnie mnie nie zbawi, pam, pa pa pam, informuje frontman. Utwór ostatecznie zostaje rozwiązany i doprowadzony do finału za pomocą siermiężnej, postpunkowej biegunki. Podobno za każdym razem, kiedy ktoś odtwarza Mariposę w całości, rozpuszcza się metr kwadratowy pokrywy lodowej Bieguna Północnego.

Drive to ewobraunowe, basowe intro oraz kompletnie niezapamiętywalne trzy i pół minuty midtempowego grółwu, obleczonego w spektakularnie nijakie partie instrumentalne, na tle których Popłakujący powtarza w kółko wdech i wydech. Ostatkiem sił staram się nie wybić pięścią dziury w meblościance. Skip track – i oto jest! Numerek piąty My Bloody Valentine, brzmiący jak przebój licealnej kapeli z końca lat osiemdziesiątych z bliżej nieokreślonej wsiury w Nebrasce. Pavementowe, durowe harmonie rozczarowują prymitywizmem. Dla przeciwwagi – refrenowy riff, przywołujący po raz kolejny kombatantów z Sonic Youth, brzmi solidnie. Na wysokości 2:16 do lotu wzbija się jednak niezawodny frontman, rozpościerając trwającą ponad minutę introwertyczno-romantyczną recytację, bezwysiłkowo osiągając egzosferę plugastwa. Podobno każde przesłuchanie tego monologu powoduje, że gdzieś na świecie malutki kotek wpada pod samochód. „[…] Staliśmy na pustej ulicy pomiędzy betonem a żywopłotem, ty byłaś w trampkach i eleganckim płaszczyku i powiedziałaś do mnie: spójrz! Jakie to piękne! Te domy, okna i te wszystkie elektryczne lampy! A ja powiedziałem: to są świetliki, które zasnęły. Ty się roześmiałaś i rzekłaś: załóżmy się, kto nałapie ich więcej! I wypełniałaś nimi kieszenie, a ja kapelusz, którego nie miałem […]”. Jakież to urokliwie infantylne! Niewinne! Śliczne i nieszkodliwe, jak kupka trzylatka. Zwracam obiad.

Wyczynowo bezpłciowe Deal i Franz Ferdinand przemijają bezkształtnie pośród dancepunkowych aranży, odróżniając się od siebie tak śladowo, że nie warto się tym aspektem w ogóle zajmować. Osobnym zagadnieniem jest natomiast wieńczący album eponimiczny utwór Warstadt, stanowiący coś na kształt gejowskiego echa kazikowego Gdybym wiedział to, co wiem. Jakkolwiek złowieszczo to brzmi, zespół stawia na formę balladową, a druzgocący efekt tego zabiegu artystycznego jest łatwy do przewidzenia. Pośród zarosiałych od chłopięcych łez akordów i neurotycznych basowych melodyjek, Popłakujący przeszywająco nawołuje utraconą bratnią duszę. „I tak dzień goni noc, ja nie umiem pływać, topi mnie sztorm zbyt spokojnych fal”. Tylko nikczemnik bez serca lub z Warszawy mógłby pozostać niewzruszony. Przejmujący wywód o bezmiarze samotności kończy pomnikowe: „świat się kręci sam, ale bez Ciebie dla mnie stoi”. Wokal urywa się, dźwięki wymownie przepadają gdzieś w pustkę, znikając w próżni trywialności.

Bez wątpienia jest w stanie Warstadt zafunkcjonować na scenie lokalnej jako pewne dziwactwo. Wiele osób, ze mną na czele, z pewnością chętnie obejrzy Popłakującego w akcji – chociażby z powodów czysto przyrodniczych. Kto wie, być może gdzieś za siedmioma Starbucksami, za siedmioma Zarami wygłodniały elektorat wychwyci ich charakterystyczną, niemowlęcą woń. Tak czy inaczej, podobno po każdym pełnym przesłuchaniu płyty Warstadt w Indiach umiera krowa. To może brzmieć zabawnie, ale tylko do momentu, w którym Hindusi zorientują się, co i jak.

[bandcamp width=100% height=120 album=4285165522 size=large bgcol=ffffff linkcol=0687f5 tracklist=false artwork=small track=178502331]

Kuba Sieńczyk

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

zapraszamy na fanpage zespołu