Od kiedy w Krakowie mieszkam, gram i jestem związany z muzyką, słyszę ten sam, sprawdzony refren śpiewany przez większość tutejszych muzyków z przynajmniej kilkuletnim stażem: „w Krakowie dzieje się źle – publiczność nie płaci, młode kapele psują rynek, a właściciele knajp to chciwe sukinsyny”.

Ciężko przychodzi mi przełykanie takich słów, a jeszcze gorzej reaguję na wszelkie próby utworzenia czegoś na kształt „związków zawodowych”, które miałyby na celu wymuszać pewne rozwiązania finansowe siłą. Dla osób z elementarną wiedzą na temat działania wolnego rynku nie ma tu żadnej dyskusji. Dziś w całej branży muzycznej, nie tyko lokalnej, podaż przerasta popyt, więc serio, są lepsze pomysły na biznes niż muzyka, a pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć: właściciele knajp NIE będą płacić jeśli nie mają z czego, a publiczność mając wybór między dwoma „równorzędnymi artystycznie” koncertami, wybierze ten tańszy.

Nie piszę tych słów jednak po to, by zaledwie po krótkim wstępie urwać temat. Nie mam zamiaru też wywoływać kolejnej jałowej dyskusji. Widziałem ich dziesiątki i o ile spełniają one być może rolę terapeutyczną – można się wykrzyczeć i poobrażać kolegów z branży – nie spełniają roli podstawowej: nie dostarczają rozwiązań. Ani dobrych, ani złych.

Funkcja „kierownika” Krakowskiej Sceny Muzycznej, która chcąc nie chcąc przypadła właśnie mi, daje jednak pewną unikalną perspektywę, którą bardzo chciałbym się podzielić. Można zaryzykować stwierdzenie, że znamy, jako KSM, bardzo proste, a skuteczne rozwiązanie problemu.

Nie są to rozważania teoretyczne lub oderwane od rzeczywistości gdybanie. Na przestrzeni ostatnich dwudziestu miesięcy zorganizowaliśmy z KSM 67 koncertów. Na palcach jednej ręki można policzyć koncerty, na których „popłynęliśmy” (rok zamknęliśmy na plusie). Drugie tyle zorganizowałem jako Cinemon czy Tourette. Średnio – prawie 7 koncertów na miesiąc. Nie jest to może wynik oszałamiający. Jestem pewien, że niejeden krakowski klub ma na koncie więcej. Jednocześnie wiem też, że mało który klub lub organizator zadał sobie tyle trudu co KSM, żeby lokalny rynek zbadać, przemyśleć i wyciągnąć wnioski idące nieco dalej niż „nie będę płacił kapelom, bo to się nie zwraca”.

Nota bene, pewna część knajp w Krakowie jednak płaci muzykom stawki*. Najczęściej to bardzo świeże knajpy próbujące dopiero rozruszać działalność na niełatwym i pełnym konkurencji rynku. Płacąc zespołom gwarantują sobie szybki start i szybką widoczność na mapie muzycznej naszego miasta – menedżerowie mogą być pewni, że chętne kapele zlecą się jak ćmy do ognia. Lokale te dzielą się najczęściej na dwie kategorie: 1) te, które przestały płacić, bo skończył się im budżet na promocję lub połapały się, że nie wyjdą na tym dobrze; 2) te, które są już zamknięte (najczęściej po roku lub półtora od rozpoczęcia działalności).

Wyłania się z tego obraz nędzy i rozpaczy: w takim układzie sił lokalna scena artystyczna NIE ma żadnych szans rozwoju. Nie spodziewajmy się profesjonalnych, a nawet półprofesjonalnych zespołów, jeśli na rynku nie ma na to środków. Truizm – każdy, żeby żyć, musi jeść. Muzyk musi dodatkowo utrzymać infrastrukturę zespołu: instrumenty, wzmacniacze, salkę prób, transport, promocję. To w skali roku ogromne pieniądze, przewyższające nieraz budżety całych rodzin. Młodzieńczy zapał i pasja do grania nie może trwać wiecznie – studia się kończą, trzeba znaleźć pracę. Praca na etat uniemożliwia muzykowanie w jakimkolwiek sensownym (nawet na skalę miasta) wymiarze, ponieważ – normalnie po ludzku – wymaga to dużego nakładu czasu i energii. Bez zysku z koncertów krakowskie zespoły czeka artystyczna zagłada. W mieście słynącym z wkładu w rozwój kultury jest to stan rzeczy co najmniej dziwny. Nie mam jednak nastroju do krytyki strategii finansowej miasta ani tu, ani gdzie indziej – zamiast na strzępienie języka, wolę poświęcić energię na robienie rzeczy konstruktywnych.

Jak więc przerwać błędne koło? Jak sprawić, żeby koncert był udany finansowo zarówno dla kapeli, knajpy, jak i dla publiczności, nawet uwzględniając obecną, niełatwą sytuację na rynku?

Po pierwsze trzeba dotrzeć do źródła niechęci płacenia za koncerty. Nie wynika ona bynajmniej z chciwości, jak niektórym wygodnie myśleć. Właściciele klubów to normalni ludzie. Rzadko kiedy zarabiają na klubie krocie (klub muzyczny to nie dyskoteka). Częściej ledwo wiążą koniec z końcem albo przynajmniej żyją w niepewności dnia następnego – duży koncert gwiazdy to ogromna inwestycja, która wszakże może się nie zwrócić i to bez wyraźnego powodu (z rozmów prywatnych znam co najmniej kilka takich przykładów, a mowa tu również o zagranicznych gwiazdach). Menedżerowie z kolei to przecież normalni pracownicy wypełniający wolę „góry” – nie od nich zależy strategia finansowa klubu i chciwość nie ma tu nic do rzeczy. Z perspektywy zespołu najczęściej wszystko wygląda czarno-biało, jednak same koszty utrzymania klubu to niejednokrotnie kilka tys. złotych dziennie. Dodatkowo to, że na koncert przyszło 50 osób i zrobiło utarg na 1000 zł, wcale nie oznacza, że klub właśnie zarobił 1000 zł (serio :-)). Są to tematy absolutnie oczywiste, które jednak bardzo często umykają młodym muzykom jakże prędko wydającym osądy.

I oto dochodzimy do meritum. Powyższe dwa akapity jasno obrazują dystans pomiędzy trybem myślenia zespołu i klubu. W relacji tej strony nie tylko dysponują znikomą wiedzą na temat kosztów swojej działalności, ale również traktują się nie jak partnerów, ale jak konkurentów walczących o zawartość portfela publiczności. Faktycznie, często okazuje się to być w jakimś sensie prawdą: publiczność siłą rzeczy stawiana jest przed wyborem: PIWO vs. BILET NA KONCERT i, niestety, rzadko wygrywa bilet. Niemniej jednak takie podejście odbiorcy jest tylko i wyłącznie długoterminowym efektem braku współdziałania na linii klub – zespół.

Każde przedsięwzięcie dzieli się na etap inwestowania oraz etap zbierania żniw. Rzadko wymaga się początkowej inwestycji od konsumenta, więc dlaczego mielibyśmy wymagać tej inwestycji w przypadku muzyki i kultury (nawet jeśli dzisiejszy system prawnoautorski bazuje w większości dokładnie na tym, niezbyt życiowym przekonaniu). Markę rzadko zaczyna się budować w oparciu o inwestycję grupy odbiorców. Inwestorem MUSI więc być spółka klub – zespół. Fani pojawią się potem i, miejmy nadzieję, przyniosą mnóstwo pieniędzy. Jednak by tak się stało, nasza hipotetyczna spółka musi stworzyć produkt adekwatny do potrzeb przyszłej widowni. Jak wynika z szerokiej, publicznej obserwacji, krakowskie koncerty bardzo rzadko spełniają to kryterium (ergo sale koncertowe świecą pustkami).

Partnerstwo wymaga jednak zaufania. I to drugi problem „naszego meritum”. Jakże bolesne jest obserwowanie wzajemnych oskarżeń bez chęci porozumienia. A jest to sytuacja w branży nagminna: „Klub nie rozwiesił nawet plakatów!”, „Nie promował należycie wydarzenia!”, ”Zespół dostał stawkę, a nikogo nie zaprosił!”, „Co to w ogóle za kapela, przecież nikt na nią nie przyjdzie, nie zapłacę!”.

Been there, done that. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy organizowałem koncerty próbując znaleźć złoty środek, ale zdarzało mi się popełniać te same błędy z obu stron – grając za stawkę przychodziłem „na gotowe”, organizując nieraz zaniedbałem promocję. Takie wyznania padają raczej rzadko i raczej w innych, mniej publicznych a bardziej alkoholowych okolicznościach. W dzisiejszym świecie raczej przerzucamy się pozytywnymi informacjami, omijając jakby od niechcenia te niepozytywne. Mówimy raczej „klub ma na FB 5 tys. fanów” a nie „wrzuciłem plakat, ale dzień przed koncertem” lub „na ostatnim koncercie było 200 osób” zamiast „tak, zaprosiłem znajomych, ale przedwczoraj grałem koncert dwa kluby obok no i…”.

Przepraszam za długą dygresję. W nagrodę konkretny wniosek: dlaczego tego typu negocjacje odbywają się w oparciu o dość ulotne wzajemne zaufanie (lub jego brak)? Dlaczego tak rzadko stosuje się banalny system wzajemnej kontroli i podziału odpowiedzialności?

Zatem wchodźmy w spółki, budujmy przedsięwzięcia razem, ponieważ tylko zrozumienie tej niezbyt zresztą skomplikowanej zależności gwarantuje jakąkolwiek możliwość przetrwania – klubu, zespołu, muzyki. Ale róbmy to w oparciu o konkretne zasady, podział obowiązków i odpowiedzialność.

Do tej pory temat publiczności potraktowałem dość pobieżnie, ale i jej przypada pewien (niemały) udział w opisywanym równaniu. Obecnie dość popularnym zagadnieniem jest pewnego rodzaju „odporność na kulturę”. Zarówno w mediach mainstreamowych, w społecznościowych, jak i w rozmowach prywatnych pojawia się kwestia małego przełożenia deklarowanego zainteresowania muzyką na faktyczną frekwencję na koncertach. Jest to zagadnienie wielowątkowe, wymagające osobnego (opasłego) opracowania. Jednak chciałbym poruszyć tu jedną tylko kwestię. Mimo że pozornie lekką ręką zrobiłem to wcześniej, nieporozumieniem byłoby sprowadzanie fana zaledwie do roli biernego odbiorcy. Mamy dwudziesty pierwszy wiek – czas interakcji zespołów ze słuchaczami. Nota bene, sama semantyka wydaje się być co najmniej nieadekwatna: „odbiorca”, „słuchacz”, „publiczność”. Wszystkie te określenia implikują bierność, podczas gdy FAN to w istocie współtwórca sukcesu zespołu, zwłaszcza w przypadku lokalnych wykonawców niepromowanych w mediach głównego nurtu. Bezsprzecznie fan jest najskuteczniejszym „nośnikiem” informacji, bez względu na to, z jakiego narzędzia korzysta do jej propagowania. Czy jest to Facebook, mail, własny blog czy rozmowa twarzą w twarz, wg naszych badań polecenie osobiste jest odpowiedzialne za ponad 50% frekwencji na wydarzeniach. Intuicja podpowiada również, że im rzadziej używany i bardziej bezpośredni kanał komunikacji, tym skuteczniejsza promocja – ergo przekaz ustny > telefon > sms > mail > Facebook. Nie można więc pominąć udziału fana w budowaniu sceny muzycznej. Fan (pojedyncza osoba) czy publiczność (grupa fanów) to tak samo istotny element w naszym równaniu.

Budując napięcie niczym Hitchcock, zanim zdradzę konkrety, pozwolę sobie wrócić jeszcze do samego początku – do genezy Krakowskiej Sceny Muzycznej. Właśnie to przekonanie o partnerstwie klubu, zespołu i publiczności leży u samych podwalin naszej działalności. Partnerstwie opartym jednak nie na ulotnych, socjalistycznych ideach wspólnoty, a na pragmatycznym podziale obowiązków, odpowiedzialności i, ostatecznie, korzyści. Funkcjonując muzycznie w Krakowie, ciężko dojść do innego wniosku niż ten – tylko tego rodzaju partnerstwo jest w stanie wyprowadzić nas z dołka w jakim znajduje się branża i kultura muzyczna w tym mieście. Co więcej, śmiem twierdzić, że zależność ta jest uniwersalna i łatwo przekładalna na inne obszary geograficzne (bo czemu nie). Ale to materiał na zupełnie inny artykuł.

Aha.

Miały być konkrety.

Oto one. Czyli banalne przykłady zbalansowanej współpracy klub – zespół – publiczność, których jednak NIGDY nie spotkałem osobiście w Krakowie. Nie licząc tych momentów, kiedy sami takie rozliczenia stosowaliśmy.

STAWKA USTALANA W ZALEŻNOŚCI OD FREKWENCJI

KLUB

  • Nie wydasz pieniędzy jeśli na koncercie nikogo nie będzie.
  • Nawet spora publiczność nie zawsze gwarantuje utarg. W gestii klubu leży przekucie frekwencji na gotówkę.
  • Zespół stanie na głowie, żeby przyprowadzić publiczność.
  • Określona stawka oznacza prawdopodobnie darmowe lub tańsze wejście, co ponownie przekłada się na frekwencję.


ZESPÓŁ

  • Jeśli jesteście pewni swojej popularności/umiejętności promocji, oznacza to pewną kasę.
  • Jeśli nie macie publiczności, to nie ma kasy. Ot, prawa rynku.
  • Dostajecie stawkę, nie musicie robić biletów lub mogą być tańsze = więcej ludzi na waszym koncercie -> większa stawka.

 

STAWKA USTALANA W ZALEŻNOŚCI OD UTARGU

KLUB

  • Nie ma utargu, nie płacisz. Najpewniejszy możliwy system, nie licząc „100% z bramki dla zespołu i nic poza tym”.
  • Taki system rozliczenia powoduje, że zespół chce przekonać fanów do najwyższych zakupów (często przy młodszych kapelach fani nie zawsze kupują za barem) = największy możliwy utarg.
  • Jeśli lubisz tajemniczość i nie chcesz, by zespół nawet domyślał się jaki masz utarg, nie jest to rozwiązanie dla Ciebie.


ZESPÓŁ

  • Taki system rozliczeń pozwala na bardzo kreatywne organizowanie konkursów mających zachęcić publiczność do zakupów. Wymaga to pewnego wysiłku, ale może przełożyć się na fajną kasę dla Ciebie oraz na dobrą zabawę dla Twoich fanów. Nasz przykład to gadżety (płyty, koszulki, przypinki) za paragony.
  • Nie liczy się frekwencja, a utarg; czyli nie ilość, a „jakość” klienta – w przypadku starszych zespołów, których fani mają bardziej zasobne portfele a jest ich mniej niż fanów młodszych kolegów, to może być lepszy system rozliczeń.
  • Wymaga poważnego klubu (różne kluby, różne systemy „wybijania” na barze, niektóre omijają kasę :-)).
  • Więcej ludzi = możliwy większy utarg = możliwa większa kasa.
  • Bilety mogą być tańsze niż normalnie lub darmowe.

 

STAWKA MINIMALNA (zwrot kosztów) + % Z BILETÓW

KLUB

  • Lekko ryzykujesz robiąc jednocześnie ukłon w kierunku zespołu. Oczekuj bardziej zadowolonych muzyków i lepszego koncertu.
  • Musisz dobrze „wycelować”, by nie rozleniwić zespołu zbyt niską lub zbyt wysoką stawką.
  • Musisz promować wydarzenie, ponieważ część z biletów idzie dla Ciebie.
  • Opcja najbardziej fair, dzieląca odpowiedzialność po równo na klub i na zespół.
  • Duży wkład Twojej pracy = duży sukces, mały wkład pracy = niepewny sukces.


ZESPÓŁ

  • Dostajesz gwarant, co oznacza dobrą wolę ze strony klubu i chęć podzielenia ryzyka. Jesteście w tym razem – klubowi zależy.
  • Jeśli klub nic nie zrobi by wypromować koncert, nie tracisz na tym wszystkiego – masz wszakże stawkę + swoją część z biletów.
  • Jak przy każdym graniu z biletów, duży wkład Twojej pracy = duży sukces, mały wkład pracy = niepewny sukces. Chyba że sukcesem nazwiesz minimalną stawkę z klubu…
  • Układ najbardziej fair dzielący odpowiedzialność po równo między klub a zespół.

 

* mówię tutaj o graniu muzyki autorskiej, nie coverów. Ale swoją drogą – jeśli coverbandom kluby płacą stawki, to chyba oznacza, że da się… tylko musi być uzasadnienie finansowe. 🙂