Zespół KraFcy działa na scenie już od ponad 15 lat, w tym czasie ukazał się ich debiutancki album eF, demo 2003, a w tym roku, 27 lutego, maxi singiel Psycho, zawierający dwa premierowe utwory, nagrane z nowym wokalistą Łukaszem Szczepanikiem. Obydwie piosenki utrzymane w stylistyce muzyki pop-rockowej, jednak nie prostej, banalnej, opartej na dwóch akordach, a raczej przywołującej na myśl twórczość spod znaku A-HA. Teksty w języku polskim, bardzo dobra produkcja, przemyślne kompozycje i budowy numerów – to tylko kilka z zalet, resztę możecie sprawdzić sami, kupując krążek. Warto też wspomnieć, że płyta została wydana dzięki wsparciu fanów na portalu megatotal. Na krążku, poza utworami Psycho i Casting, znajdują się również ich remiksy. Co zaskakujące, ten drugi zyskał brzmienie całkowicie dyskotekowe.

O tempie pracy, zmianach personalnych, możliwościach dla młodych kapel w Polsce i planach na przyszłość, porozmawialiśmy z Robertem Laską – gitarzystą zespołu.

Zanim dojdziemy do istoty naszej rozmowy – Waszego nowego singla, chciałem zapytać o początki zespołu… Trochę czasu już minęło, co?

Gdybyśmy faktycznie mieli duże ciśnienie, to mógłbym uznać, że to dużo czasu…. ale KraFcy to projekt, który ma swoje niezbyt wysokie tempo i miał też okresy, w których praktycznie zawieszał działalność. Tak naprawdę początki to było typowe coverowo-klubowe granie. Pierwsze autorskie wydawnictwo przypada oficjalnie na rok 2005, ale nie oznacza to, że od tego momentu jakoś ruszyło to pełną parą. Chyba nawet wręcz przeciwnie. Tak więc czas leci, trochę ucieka między palcami, a krafiecka maszyna pracuje w swoim tempie – niezbyt szybkim, ale jednak te trybiki cały czas się kręcą.

To wynika bardziej z Waszej perfekcyjności czy innych obowiązków osobistych?

Raczej z dostosowania się do życia. Nie jesteśmy ludźmi żyjącymi z KraFców, więc siłą rzeczy tak musi być, czy tego chcemy, czy nie. Jesteśmy w większości zespołu facetami w wieku, w którym trzeba brać odpowiedzialność za swoje życie, również to finansowe, a masz zapewne wiedzę, jak teraz wygląda pod tym względem granie autorskiego materiału. No chyba że się jest na tyle popularnym, żeby sprzedawać biletowane koncerty czy grać w sezonie kilkadziesiąt plenerów, ale tak w naszym przypadku nie jest… na razie.

Jak na przestrzeni czasu zmieniał się zespół? Muzycy, brzmienie?

Na początku było to band typowo gitarowy… w klimacie Lennego Kravitza, Jimi Hendrixa, Red Hotów, taki blues-rock z elementami funky, trochę jamiroquaiowy. My wyrośliśmy ogólnie, jak większość Bochni, w klimacie blues-rocka, tylko w tym projekcie interesowała nas bardziej taka energia funkowa. No i pierwsze kompozycje takie były, później dokoptowaliśmy do składu klawiszowca… i trochę otwarliśmy się na lżejsze rzeczy. Zaczęło pojawiać się coraz więcej elektroniki – ale też nie przesadnie. Gitary, czy to funkowe trzepaczki, czy rockowe riffy, były, są i będą elementem naszego brzmienia. Koncertowo natomiast, staramy się cały czas oddać więcej rockowego pazura, bo my czujemy się wewnętrznie rockowcami, wbrew temu, co niektórzy twierdzą, że poszliśmy w kierunku lżejszych klimatów spod znaku pop. Skład tak naprawdę, poza małymi ruchami, miał jeden przełomowy moment – końcówka 2012 – ponad rok po wydaniu debiutanckiego „eF” wykruszyło się trochę towarzystwa z wokalem i autorem tekstów włącznie – Łukaszem Liberą. Odpadł również klawiszowiec i drugi gitarman. No i z sekstetu zmniejszyliśmy skład do kwintetu. Przyszedł nowy klawiszowiec. Poszukiwania odpowiedniego wokalisty trochę trwały, ale w końcu trafiliśmy na Łukasza Szczepanika – aktora z wykształcenia i zawodu. Poleciła nam go znajoma z jednego z krakowskich studiów nagrań. Łukasz jest również autorem tekstów do nowych piosenek – takie zresztą zawsze było nasze założenie – projekt w 100% autorski.

Próbowaliście jakoś dostosować brzmienie do Łukasza czy to on idealnie się wpasował?

To są zawsze kwestie dotarcia obustronnego. Łukasz ma bardzo dobry warsztat wokalny. Nie było dla niego problemu ze śpiewaniem naszych starych piosenek, ale jego wokal ma zupełnie inny charakter… brzmi inaczej. Ze starych utworów są takie, które mu leżą i takie, które nie bardzo. My postanowiliśmy nie oglądać się zbytnio za siebie, tylko zacząć robić nowe rzeczy. Teraz mamy kilkanaście nowych piosenek, które gramy na koncertach, a tylko uzupełniamy je kilkoma starymi. Jest np. numer „Virus” z naszej debiutanckiej płyty „eF”, który mu bardzo leży – i chyba go nagramy na drugą płytę ponownie z Łukaszem, jako bonus w nieco innej formie niż oryginał.

Po tylu latach grania jest łatwiej czy trudniej?

Doświadczenie to ważna sprawa – ale najważniejsza jest frajda z grania i tworzenia; jak to stracisz, to wszystko traci sens. Ja ją wciąż mam, a czasem nie mogę spać po nocach, bo kołaczą mi się nowe pomysły muzyczne.

Przejdźmy teraz do głównej części naszej rozmowy… Wasz nowy singiel, jak się przyjął wśród Waszych fanów?

Generalnie dobrze, aczkolwiek były głosy odrębne. On nie jest taki, jak piosenki z „eF”. Z naszego punktu widzenia to jest spory krok do przodu – wydaje nam się, że to, co teraz robimy jest dużo dojrzalsze, bardziej nowoczesne… ale oczywiście też nieco inne. W Polsce, jak ktoś Ci powie, że grasz „pop”, to oznacza, że grasz tandetną komerchę, popelinę, papkę – coś bez głębszego wyrazu i wartości artystycznej. Ciekawe, że np.. o Stingu czy Claptonie, czy Coldplay’u nigdy tak nie powiedzą, a oni przecież też grają POP!

Dlatego zespół Cinemon wymyślił takie określenie, jak „raw pop”, aby przypomnieć czasy, gdy pop był naprawdę fajny i ambitny.

Cinemon nie gra popu, to czysty rock’n’roll. Swoją drogą, bardzo lubię tą ich koncertową energię. My staramy się tworzyć melodyjne piosenki. PIOSENKA to jest słowo klucz. Nie banał, nie popelina, ale jednak piosenka z melodią i tekstem (po polsku) o „czymś” – to dla mnie jest najtrudniejsze w muzyce i jest wyznacznikiem dojrzałości artystycznej; nie 12-minutowe „kompozycje” czy 45 części w utworze, tylko zwarta, przemyślana konstrukcja z sensem, z melodią, motywem zapadającym w pamięć; najlepiej poruszająca jakiś ciekawy temat tekstowo.

Wracając do Waszego singla – zaczyna się faktycznie bardzo melodyjnie, ale w refrenie dzieje się już bardzo dużo…

W utworach zwykle staramy się budować jakoś napięcie, dramaturgię. Jest to chyba standardowy zabieg „artystyczny”. „Psycho” zaczyna się delikatnie, motywem przewodnim jest chyba dość nietypowy groove perkusyjny, który z czasem jest przejęty przez całą sekcję, by w refrenie uderzyć z większą siłą całą sekcją rytmiczno-gitarową. Wszystko to jednak dzieje się niejako „pod spodem” i podpiera linię wokalu tak, aby wzmocnić jej przekaz.

To jakie teraz plany na przyszłość? Jak już premierę singla macie za sobą?

Premiera to jest data. Chcieliśmy się zmieścić z nią w lutym, gdyby nie to, pewnie odciągnęlibyśmy to jeszcze odrobinę w czasie. Teraz dopiero rozpoczynają się związane z premierą akcje promocyjne – wysyłki singli i ofert w różne miejsca. Będziemy próbowali trochę „bujnąć” ten singiel w mediach. Taki był zresztą podstawowy cel tego wydawnictwa, aby zainteresować kogoś resztą materiału.

Dostajecie jakiś feedback od stacji radiowych? Grają, nie grają? Podoba się, nie podoba, albo puszczą Was, jeśli…?

Mam zaprzyjaźnionych trochę osób z mediów i oni wyrażają się bardzo pochlebnie, ale właśnie to, co wspomniałem: wysyłka, taka masowa, do radia itp. – dopiero będzie realizowana… My praktykujemy staromodną metodę – wysyłamy fizyczną płytę CD, nie tylko maile, ale również krążek pocztą tradycyjną. Więc na ten moment nie wiem, jak to się przyjmie, ale chyba do radia się nadaje, co? (śmiech)

Przesłuchałem kilka razy i z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić: oczywiście!

To miło, dziękuję. Oprócz tego oczywiście dystrybucja elektroniczna. Ktoś mi chciał ostatnio „dojechać” i mi napisał – do RMFu się nadaje. Chyba nie poszło mi w pięty (śmiech).

A powiedzmy, że dostajesz telefon od RMFu – Panie Robercie, z chęcią puścimy Krafców, ale kroimy jeden refren i robimy troszkę inny miks – wchodzicie w to?

Oczywiście, jeśli tylko nie zaburzy to koncepcji całego utworu! Ale o RMFie nie ma co marzyć – tam nie puszcza się ludzi z ulicy, chociażby przynieśli najlepszą piosenkę świata, ba!, tam nawet nie puszcza się znajomych; to działa inaczej – trzeba być związanym z Universalem albo Warnerem lub mieć jakieś inne, nieznane mi układy.

Z drugiej strony dla wielu pojawienie się w RMFie to obciach – trochę to też chyba wyolbrzymione.

No to jest dokładnie to, o czym mówiłem. Dla niektórych pop równia się syf, ale też RMF czy Zetka sobie na to zapracowali, bo faktycznie tam jest sporo gówna. Myślę, że każdy obiektywnie, bez przyklejania łatek, słuchając konkretnych utworów, może stwierdzić, czy coś ma jakąś wartość, czy też nie. Muzyka dla mnie dzieli się wyłącznie na dobrą i złą. Style to rzecz wtórna, ja słucham wszystkiego – od ciężkiego metalu, po elektroniczne granie klubowe. No i mam nadzieję, że „Psycho” jest wyczuwalnie po tej dobrej stronie.

Myślę, że to też chodzi o świadomość słuchaczy – skoro wiedza, że artyści robią piosenki pod określoną długość według schematu: zwrotka, refren, zwrotka,refren, bridge, refren to to już nie jest piosenka, o której mówisz, tylko umowa zlecenie.

Masz jakieś nieaktualne informacje – prawdziwy hit musi zaczynać się od refrenu! Ostatnio spotkałem się w jednym radio, w którym mam znajomego redaktora, z hasłem: „My bazujemy na sondażowych wynikach i nie puszczamy niczego poza tym” – cóż, widać robi się jakieś badania i ludzie decydują o tym, co się gra w radio. Trzeba sobie powiedzieć też wprost – świat jest coraz szybszy, muzykę z radia łapie się niejako podświadomie, jako element otaczającej nas przestrzeni. „Standardowy słuchacz” coraz mniej poszukuje – przyjmuje bezrefleksyjnie to, co mu się podaje… no i ci „zleceniobiorcy”, o których wspominasz, żyjący z tego, zapewne się dostosowują. Z drugiej strony radio żyje z reklam – też muszą zapewnić odpowiedni poziom „słuchalności” – a tu jak wiadomo, Polacy lubią te piosenki, które już raz słyszeli i koło się zamyka. Dlatego marzeniem byłoby mieć swoją grupę docelową – odbiorców świadomych, którzy poszukują dobrej muzyki i wybrali właśnie Ciebie. Tylko jak do nich dotrzeć? Tutaj wracamy do punktu wyjścia: przez media.

O to miedzy innymi ja mam żal do obecnych stacji radiowych.

Jest pewna baza – numer do radia nie może mieć więcej niż cztery minuty. To musisz wiedzieć i albo robisz piosenkę na sześć minut, a następnie, jeśli uważasz, że ma potencjał radiowy, tniesz do czterech, albo jak wychodzi cztery od razu, to jest git. To nie jest chyba najtrudniej zrobić. W naszym przypadku samo się tak robi. Gramy jakiś nowy numer, wymyślamy zwrotkę refren, bridge, łącznik, solo etc., na końcu odgrywamy to w ustalonej formie – mierzymy czas i… wychodzi około czterech minut. Co innego koncerty – na koncertach można, a nawet trzeba się trochę pobawić dźwiękiem. No i podstawa – nie odgrywać wersji płytowyc; słuchacz przychodzi zobaczyć jakąś nową wartość – płyty to sobie może w domu posłuchać!

Skoro już o tym: jakieś plany koncertowe?

W sezonie są ambitne plany. Teraz jeśli chodzi o klubowe granie, to jest cienko. Nie ma Lizarda – nie ma gdzie grać. Mamy przygotowany materiał koncertowy, nie podejmiemy się natomiast grania klubowego w formule, jaką uskuteczniał wspomniany wcześniej Cinemon – objazdu po Polsce. Być może dwa, trzy kluby gdzieś blisko, chyba żeby faktycznie medialnie „Psycho” się jakoś nadzwyczajnie rozhulało – wtedy pewnie pojawią się jakieś ciekawe propozycje.

Aż tak słabo z tym krakowskim graniem?

A znasz miejsca w Krakowie, w których mógłby zagrać taki zespół jak my, żeby jeszcze ktoś chciał za to przyzwoicie zapłacić? Jest masa klubów, gdzie trzeba grać covery, a reszta ma publiczność raczej mocno alternatywną i do tego albo nie płacą, albo płacą masakrycznie, a tak jak mówiłem – marka KraFcy raczej nie ściągnie „na razie” tłumów na biletowany koncert… i koło się zamyka.

Z drugiej strony trzeba zrozumieć właścicieli klubów. Nie mogą płacić tysiącami, skoro ludzie nie chcą dzisiaj chodzić na koncerty.

Zgoda, a kluby w centrum nastawione są na klienta „rozrywkowego” – więc trzeba grać covery, żeby się dobrze „wybawili” i wydali kasę w barze – takie „chałturzenie”. Nie tędy droga. Zagrać można po kosztach raz na czas – dla przyjemności, dla znajomych w klubie, a walczyć o popularność w tv, radio, mediach.

To chyba zbyt smutna puenta na koniec? Jaki jest Wasz największy sukces do tej pory?

Nie chciałem wyjść na malkontenta, bo nim nie jestem. Sukcesem jest nieustająca przez tyle lat radocha z grania. No i jakiś tam dorobek – 1 LP oficjalnie wydane, do kupienia wszędzie, w Empikach i innych. Singielek, który, mamy nadzieję, będzie udanym powrotem, po jednak dłuższej przerwie, umożliwi nam wydanie drugiego LP i międzynarodową sławę (śmiech).

rozmawiał: Bartosz Szlapa
zapraszamy na fanpage zespołu

Płyta do zakupienia w iTunes Store oraz do odsłuchania w serwisie Spotify.