Trzy zespoły na jednej scenie. Wszystkie spod znaku cięższych odmian rocka, różni ich natomiast muzyczny staż. Dwudziestego czwartego stycznia na deskach Rotundy zaprezentował się legendarny zespół Turbo, poprzedzony przez dwie krakowskie kapele – Crowd i Nonamen. Wykorzystując to wyjątkowe nagromadzenie hardrockowców w jednym miejscu, przeprowadziliśmy z nimi długie rozmowy o życiu, pieniądzach i muzyce.

CROWD

Zaskoczę was pierwszym pytaniem – powiedzcie, jak się wam grało?

Koza: Po tak długiej przerwie to w ogóle był sukces, że udało się zagrać.

Jak długą mieliście przerwę?

Koza: Myślę, że około pół roku.

Łortek: Ale to nie taka zwykła przerwa. Spowodowana była o tym (Łortek pokazuje EP-kę – przyp. red.)

IMG_0627.JPG

Łortek, nie mamy wizji… Tak tylko Ci zwracam uwagę, jakbyś nie zauważył.

Łortek: Aha, faktycznie (śmiech). No to chodzi o takiego coś białego, z dziurką w środku… Płytkę po prostu.

Powiedzcie więc coś o tej płycie. Gdzie ją nagrywaliście?

Tomek: U Piotra Lekkiego w Kwart Studio w Bochni, którego pozdrawiamy, bo wykonał kawał dobrej roboty!

Czy to była świadoma decyzja, że jedziecie rejestrować materiał, więc koncerty i próby schodzą na drugi plan? Czy po prostu tak was to nagrywanie pochłonęło, że nie było czasu na nic innego?

Tomek: Nie, nie. To wyniknęło całkiem z innych sytuacji.

Koza: Sytuacji, powiedzmy… personalnych. Generalnie chcieliśmy skupić się na nagrywaniu. Oczywiście mamy jeszcze trochę materiału, którego nie zarejestrowaliśmy, nad którym ciągle pracujemy, aby mieć w pełni koncertowy set. Teraz jednak wróciliśmy do prób i nie zamykamy się na tworzenie nowych numerów.

Zamykając temat EP-ki, powiedzcie jeszcze, jak można ją dostać?

Łortek: Na Facebooku, na Allegro pod wszystko mówiącym hasłem Crowd, ale oczywiście najłatwiej, najszybciej i najprzyjemniej – na koncertach.

Wracacie do koncertowania na dobre czy będziecie rejestrować resztę materiału, o której wspomnieliście?

Tomek: Wracamy w stu procentach.

Koza: A w międzyczasie będziemy dopieszczać te kawałki, które jeszcze zostały nam do zrobienia.

Zagraliście dzisiaj support – jak oceniacie granie takich koncertów? Ma to sens promocyjny, czy ludzie i tak przychodzą tylko na gwiazdę?

Koza: Każdy koncert ma sens, a tym bardziej ma sens granie przed gwiazdami – a Turbo jest niezaprzeczalnie gwiazdą polskiego heavy metalu. Występ przed kimś takim to naprawdę duży sukces i wiele kapel by się pozabijało, żeby móc się znaleźć tutaj, na tej scenie. Mniej optymistycznie podchodzimy do konkursów. Teraz musieliśmy stoczyć rywalizację, żeby tutaj zagrać. Niemniej jednak staramy się nie brać udziału w tego typu wydarzeniach.

Macie już jakieś doświadczenie, jeśli chodzi o krakowskie kluby i koncerty. Powiedzcie, gdzie wam się najlepiej grało, a gdzie najgorzej.

Tomek: Mi się najlepiej grało plener przed Kultem.

Łukasz: Z klubów najlepszy chyba był Kwadrat. Zagraliśmy tam koncert konkursowy o występ na Rajdzie Politechniki. Było bardzo dobrze, zarówno jeśli chodzi o nagłośnienie, jak i frekwencję.

Łortek: Tam moglibyśmy grać co tydzień.

Wspomnieliście, że najlepiej wam się grało przed Kultem. Co miało na to wpływ? Łortek: Profesjonalne podejście organizacyjne – mieliśmy prawie godzinę na soundcheck. Chyba 40 minut się stroiliśmy, co później przełożyło się na efekt końcowy, bo wszystko było zapięte na ostatni guzik. My się idealnie słyszeliśmy, z drugiej strony też podobno było fajnie słychać. Warto poświęcić trochę czasu, żeby potem czerpać przyjemność. Koza: Z drugiej strony sama reakcja publiczności nas też zdziwiła, bo byliśmy młodym, dopiero zaczynającym zespółem, a spotkaliśmy się z takim odbiorem. Niejeden zespół mógłby sobie takiego życzyć.

A jak w ogóle oceniacie poziom krakowskich zespołów? Myślicie, że ktoś z tego środowiska ma szansę się wybić?

IMG_0665.JPGKoza: Oczywiście. Ja to powtarzam od dawna – w Krakowie jest bardzo dużo zespołów, które reprezentują poziom ogólnopolski, albo nawet światowy. W Polsce mamy ten problem, że młodym kapelom strasznie trudno się wybić. Wytwórnie nie chcą inwestować w takie zespoły, bo to duże ryzyko. Inaczej jest np. w Stanach, gdzie każda wytwórnia ma łowców talentów, którzy zajmują się tylko tym, że jeżdżą i wyszukują obiecujące zespoły. U nas każda kapela musi na siebie sama zapracować i przebijać się łokciami do tego wielkiego świata. Jest naprawdę dużo kapel, które reprezentują bardzo wysoki poziom.

Łortek: Trzeba mieć dużo  samozaparcia, żeby tutaj cokolwiek zrobić.

Tomek: No i oczywiście trzeba się znaleźć w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.

Łortek: Nie można się zrażać do grania, bo niestety tak to jest. Stawiasz pierwsze kroki, chcesz zarobić mega dużo hajsu, a to tak nie jest, bo trzeba dużo zainwestować, żeby potem to się zwróciło.

Jak już tak rozmawiamy o perspektywie młodych zespołów, to powiedzcie, jak  według was taka organizacja jak nasza mogłaby jeszcze pomóc młodym zespołom?

Koza: Ja mam jedno zastrzeżenie do KSM – działa tylko na terenie Krakowa. Byłem w Warszawie i innych miastach i dużo osób mówiło, że działa to tylko na swoim terenie. Nie rozprzestrzenia się na całą Polskę. To naprawdę dobra inicjatywa, tylko mogłaby trochęposzerzyć swój zasięg.

Łortek: My zapisaliśmy się do KSM chyba w dobrym momencie. Byliście w ciągu koncertowym, zagraliśmy na Urodzinach. Co nie zmienia faktu, ze dalej jest bardzo dobrze.

Urodziny były waszym pierwszym spotkaniem z KSM?

IMG_0642.JPGŁortek: Tak, wbiliśmy się do was z buciorami.

Koza: Wtedy działaliśmy dopiero rok. Startowaliśmy z koncertami, nikt o nas jeszcze nie słyszał.

Łortek: Pamiętam, że pojawił się ten konkurs, postanowiliśmy się zgłosić i… Michale Wójciku! Wtedy się bardzo zdziwiłeś, że zagramy!

Przejdźmy do zmian personalnych. Ostatnio, gdy widzieliśmy się na Urodzinach, graliście w innym składzie.

Koza: Tak, był inny skład. Była Baśka na wokalu i Mieszko na perkusji. Kto chce grać, będzie grał i dlatego Anka jest dzisiaj z nami i rozpierdala całą scenę.

Anka, jak chłopaki cię przyjęli?

Anka: Wyśmienicie! Byłam zaskoczona, że przyjęli mnie z takim entuzjazmem. Wcześniej gdzieś tam próbowałam śpiewać, ale nikt mi nawet wtedy nie mówił, czy ma to sens. A oni przyjęli mnie od razu z deklaracją Tomka: „Ale teraz, jak już jesteś przyjęta, to musisz grać”.

Tomek: Byłem pewny, że łatwiej znajdziemy wokalistkę niż perkusistę, a tego znaleźliśmy praktycznie od kopa… No i wtedy przyszła też Anka. Byłem jej pewny od pierwszych zaśpiewanych nutek.

Łortek: Chodzi o to, że teraz każdemu się chce coś robić i to się przekłada na działalność całego zespołu. Każdemu się lepiej i milej pracuje.

Koza: Nie jesteśmy wirtuozami, ale cieszy nas to, co robimy. A to potem przekłada się też na  jakość koncertów.

Co było powodem odejścia Baśki i Mieszka? Wyglądało na to, że wszystko się u was zgadzało.

Koza: Dziś już nikt tego nie pamięta. Baśka wyjechała do Warszawy…

Łukasz: …A Mieszko zaliczył do tej pory już dziewięć zespołów.

Koza: Mieszko robi doktorat. Baśka chciała pograć coś lżejszego. Przeniosła się do Warszawy, wiem, że szuka tam też jakiegoś składu i życzę jej jak najlepiej. Wiem, że to jej się uda, bo jest bardzo dobrą wokalistką.

Tomek: Ale trzeba uczciwie powiedzieć, że płyta to też zasługa Baśki.

Koza: Oczywiście. Teksty są Baśki, to ona zaprojektowała okładkę.

Łortek: To jest dowód na to, że mamy dobry kontakt i serdecznie ją pozdrawiamy!

Anka, to twój pierwszy krakowski projekt czy wcześniej już gdzieś śpiewałaś?

Anka: Śpiewam nadal w innym zespole, cięższe klimaty. To jest zupełnie inna muzyka, bardziej posępna, to są doomy, gotyki, muzyka, można powiedzieć, inspirowana północnymi krainami. Na razie jesteśmy zupełnie nieznani i undergroundowi.

Jak się ten zespół nazywa?

IMG_0632.JPGAnka: Ageless. Mam nadzieję, że w tym roku uda nam się wypłynąć. Różnica jest taka, że tu są ludzie, którzy chcą grać i przedkładają to nad cokolwiek innego. Oczywiście każdy tez pracuje, ale mam wrażenie, że ta praca służy temu, by grać. Błogosławię dzień, kiedy weszłam na Facebooka i z nudów zajrzałam do grupy Szukam muzyka i zobaczyłam, że jakiś zespół poszukuje wokalistki. Przesłuchałam demo i stwierdziłam: o kurde, to jest to! Ja tam muszę być, ja tam będę. Napisałam ze dwie wiadomości, żebym była pewna, że wszystko dojdzie. Przyszłam na koncert  do KotaKarola posłuchać ich na żywo i, szczerze powiedziawszy, miałam mieszane uczucia, ale już po pierwszej próbie było ok.

Długo szukaliście, zanim Anka się do was zgłosiła?

Koza: Zrobiliśmy casting. Była jedna dziewczynka i wydawało mi się, że da sobie radę, uznałem, że trzeba dawać szansę młodym ludziom. Ale stwierdziła, że wirtualnie złamie sobie nogę i nie przyszła na Party Rurę. Sam wtedy zaśpiewałem, wychu*ała mnie.

Nie chcieliście pozostać przy jednym wokalu?

Łortek: Myśleliśmy o tym, ale to trwało jakieś piętnaście minut. Koza powiedział, że nie będzie śpiewał sam, bo za dużo jest tych partii wokalnych.

Koza: No i jednak to jest jakieś urozmaicenie, bo w Krakowie nie ma wiele takich zespołów z damsko-męskim wokalem, gdzie ma to kopyto.

Jakie macie plany na najbliższe miesiące?

Łortek: Kielce, Sonisphere, Woodstock…

Koza: Chcemy w końcu nagrać długogrającą płytę.

Tomek: Moim największym marzeniem jest zagranie na Woodstocku, już kij z Antyfestem. Chcę dużo grać i robić nową muzę.

 

rozmawiał: Bartek Szlapa

 

NONAMEN

Na sam początek może parę słów wstępu o Nonamen? By potencjalny słuchacz zainteresował się zespołem.

Maciej Dunin-Borkowski: Jesteśmy zespołem metalowym z Krakowa, mamy dwie super-dziewczyny, jedna śpiewa, jedna gra na skrzypcach. Gramy nieszablonowo, jest w tym coś nowego, więc zapraszamy!

A właśnie, dlaczego skrzypce? Skąd taki pomysł? I dlaczego kobieta na wokalu w metalowym zespole?

IMG_0821.JPGMaciej: Dlaczego kobieta na wokalu? Po prostu zawsze lubiłem takie granie i gdy szukaliśmy z perkusistą składu, to od razu szukaliśmy dziewczyny. Tak wyszło, że Edyta spasowała od razu, bezkonkurencyjnie. Co do skrzypiec… Szukaliśmy nieszablonowego instrumentu, jakiś smyków. Skrzypce pasowały najlepiej.

Budujecie swoją markę, grając dużo supportów. Blaze, dzisiaj Turbo. Jak się na to załapujecie? To przecież bardzo fajna okazja, by się wypromować. Poza znajomościami oczywiście (śmiech).

Maciej: No nie wiem, czy mogę powiedzieć, bo wszyscy by tak robili… Pomaga nam nasz menadżer, czyli menedżment Iron Realm Productions. Próbujemy się wkręcać gdzie się da.

A jak udało wam się znaleźć menadżera? To nie jest prosta sprawa, nie tylko w Krakowie, ale w ogóle w Polsce.

Maciej: No tak, to jest wymierający gatunek. Po prostu po którymś koncercie przyszedł do nas pewien uśmiechnięty człowiek i powiedział, że bardzo mu się podoba to, co robimy. Zapytał, czy może nam jakoś pomóc i potem jak zaczął dzwonić, załatwiać, to okazało się, że ma do tego smykałkę. I tak zostało…

Pracujecie nad nową płytą, ObsessionBędzie wydania na CD? Winylu?

Maciej: Tylko na CD.

Czy jest sens wydawać jeszcze płyty na CD? Poza tym, że fajnie mieć swoją płytę na półce.

IMG_0912.JPGMaciej: Wiesz co, myślę że jest sens o tyle, że potem jest z tego jakiś zarobek na koncertach. A ludzie lubią mieć płyty, myślę , że do tego się wraca. Nawet jeśli ktoś ściąga mp3 na potęgę, to i tak potem kupi taką płytę, będzie chciał mieć podpis… Zreszta świadczy o tym właśnie powrót winyli i bardziej hipsterskich kaset.

Autografy, mówisz. A czy jest w was coś z stylu życia pt. Sex, Drugs & Rock’n’Roll?

Maciej: Jak widać…

Czyli zwykle siedzicie znudzeni przy pepsi (śmiech).

Maciej: Dokładnie, wszyscy przyjechali samochodem po pracy, jest ciężko, ale walczymy (śmiech).

Mówiłeś o promocji swoich płyt… Czy programy typu Must Be The Music mogą w tym pomóc? Byliście, wybieracie się?

Maciej: Nie, nie startowaliśmy jeszcze. Stwierdziliśmy, że poczekamy jeszcze aż będziemy mieć bardziej ustabilizowany materiał. Mamy EPkę z zamierzchłych czasów, ze starszymi, przearanżowanymi dość szybko numerami… Gdy będziemy mieć wydaną płytę, wtedy może spróbujemy. Na pewno jest to bardzo duża szansa, by się pokazać, a to jest najważniejsze na początku… Zresztą tak jak te supporty – ważne, żeby dotrzeć do większej publiczności, która normalnie nie przyjdzie na nasz koncert, bo nas nie zna.

Macie ponad tysiąc lajków na facebooku. Jak twoim zdaniem jest najlepiej zaistnieć, rozkręcić zespół, dotrzeć do szerszego grona osób, poza wsponianymi już supportami?

Maciej: Najlepszą drogą aktualnie są fajne teledyski, multimedia, jakaś działalność w necie, koncerty… Staramy się jeździć po różnych mniejszych miejscowościach, tam jeśli coś się dzieje, to ludzie zawsze przychodzą, po koncertach jest fajny odzew. Co do tysiąca lajków – wiesz, to dosłownie tydzień temu nam skończyło (śmiech).

Co do teledysków – jaki jest twój wzorzec idealnego teledysku?

Maciej: Wiesz co, chyba nie mam takiego wzorca. Jak coś jest dobre, to mi się po prostu podoba. Fajne teledyski, jakie pamiętam z młodości, to Metallica – Unforgiven i te klimaty. Jakaś lekka psychodela.  Bardzo lubię, gdy cały zespół gra w teledysku, gdy występują też jako aktorzy. Żeby bya to jednak jakaś opowieść, a nie tylko granie.

Macie jakiś teledysk na koncie?

Maciej: Tak jeden, do numeru z EPki – Black MountainsTo właśnie teledysk z pewną opowieścią, według scenariusza naszej wokalistki. Odnosi się do tekstu piosenki, oczywiście.

Czy zdarzyło wam się kiedyś grać dla pustej sali?

Maciej: Mieliśmy taki fajny koncert, gdzie zdarzyło nam się pojechać troszkę dalej. Zrobiliśmy soundcheck… no i wróciliśmy, bo nikt nie przyszedł (śmiech).

Najtrudniej jest zacząć… Co cię motywuje, aby robić to dalej? Czy wpływa na to jeszcze coś poza pasją?

Maciej: Poza pasją chyba nic… Trzeba w to sporo zainwestować czasu, pieniędzy, bardzo dużo ćwiczeń, załatwiania. Granie to ciężki kawałek chleba, ale trzyma nas tylko pasja, obsesja wręcz.

Boisz się stwierdzenia, że muzyka to biznes?

IMG_0959.JPGMaciej: Na etapie, na jakim jesteśmy, jednak dokładamy do wszystkiego, więc to raczej biznes w stylu wydawania pieniędzy. Ale może kiedyś wyjdziemy na zero i może uda się coś na tym zarobić. Nie ma biznesu w tym stylu muzyki, może prędzej w jakichś cover bandach, bardziej rozrywkowych stylach…

Co sądzisz o takich organizacjach jak Krakowska Scena Muzyczna? Czy takie wsparcie dla muzyków ma sens, czy jest to z góry przegrane?

Maciej: Jasne, że ma sens. To jest pomaganie sobie nawzajem, wspólne organizowanie koncertów,  promocja. Fajnie że dzieje się muzycznie i że są szanse dla każdego, bo nie każdy potrafi tak od zera zorganizować sobie koncert.

Co twoim zdaniem powinna robić taka organizacja? W czym najlepiej pomagać?

Maciej: Jeżeli chodzi o młode zespoły, to moim zdaniem najlepsze są konkursy, takie jak właśnie konkurs na support. Wtedy młode zespoły, w tym takie, które jeszcze nawet normalnie nie grają i nie miałyby do tego za szybko okazji, zgłaszają się i w taki sposób mogą właśnie wyjść do ludzi. Dzięki temu można odkrywać jakieś gwiazdeczki.

A wy? Jak się tutaj dostaliście?

Maciej: O to by trzeba było pytać naszego menadżera (śmiech).

 

rozmawiał: Mike Młynarczyk

 

TURBO

Nowy album Turbo Piąty Żywioł ukazał się całkiem niedawno. Patrząc od strony biznesowej – czy w dzisiejszych czasach jest sens wydawać płyty na CD?

Wojtek Hoffman: No pewnie! To jest dokładnie taka sytuacja, jak kiedyś przejście z analogów na CD. Wiesz, zawsze będą ludzie, którzy będą chcieli mieć płytę w domu. I nie jest ich wcale tak mało. My też należymy do takich, którzy gromadzą nagrania w formacie mp3, tylko jeśli coś się nam podoba, to idziemy i kupujemy płytę. Wiesz, taka płyta ma pudełko, książeczkę, można ją postawić na półce, ma swój zapach, jest w tym taka jakaś magia. Otwierasz tę płytę i to jest tak, jakbyś teatr otwierał, wchodzisz do środka… A bezduszne mp3 nic takiego nie ma..

IMG_1358.JPG

Ostatnio wiele zespołów pojawia się w serwisach typu Spotify, Deezer. Jest Perfect, Lady Pank…

Wojtek: Tak, tak, my też tam będziemy, bo nasz wydawca Metal Mind przymierza się do tego. Zresztą sami mówiliśmy, że nie mozna od tego uciekać, tylko zacząć też tak robić.

Z tego nie ma żadnego zysku…

Wojtek: Z tego jest wyzysk! (śmiech)

No właśnie! Myślisz, że to raczej działa na takiej zasadzie, że osoba, która posłucha muzyki na Spotify, przyjdzie na koncert, zapłaci za bilet, może kupi płytę i wtedy będzie dochód?

Wojtek: Wiesz co, nie trzeba być na Spotify, żeby ktoś posłuchał. Do tego wystarczy YouTube, profil na Facebooku albo strona internetowa… W tej chwili możliwości dotarcia do słuchacza są ogromne. Wystarczy, że wejdziesz w internet i już możesz znaleźć dziesiątki różnych sposobów, by zaprezentować siebie.

Wasza nowa płyta Piąty Żywioł przypomina stare, najlepsze klimaty typu Iron Maiden za czasów Powerslave czy Piece of Mind. W szczególności dwa utwory: Amalgamat, moje pierwsze skojarzenie to Transylvania z legendarnej jedynki…

Wojtek: No pewnie, jak się słucha przez pół życia jakiegoś tam zespołu, to to zostaje. Iron Maiden też nie odkrył Ameryki, bo opierało się to na muzyce hardrockowej granej przed nimi. Może nie tak szybko i nie z tymi konikowatymi podkładami, ale przecież był Wishbone Ash na dwie gitary, Thin Lizzy grali te melodyjki na dwie gitary, a potem stało się to domeną Iron Maiden. Oni to przyspieszyli, dali troszkę nowocześniejsze bity, po prostu nastąpiło odświeżenie tamtej muzyki. Dlatego myślę, że oni robili dokładnie tak samo jak my i w zasadzie wszyscy. Wszystko zostało już praktycznie wymyślone. Można zrobić jakąś kosmiczną muzykę, ale nie sądzę, by ludzi tozainteresowało…

Drugi kawałek to This War Machine. Dla mnie to jest Painkiller Judas Priest. Jak przekonaliście wokalistę, by tak zaśpiewał?

Bogusz Rutkiewicz: Nie musieliśmy, on to sam zrobił. Przeraziliśmy się, gdy to usłyszeliśmy!

IMG_1542.JPGWojtek: To było tak, że ten kawałek siedział już ze dwa lata w komputerze, ponieważ mój wokal jest jak zarzynany kojot (śmiech). Do tego riffu po prostu zacząłem układać linię melodyczną i wysłałem Tomkowi taką właśnie wersję (tu Wojtek imituje śpiew Halforda z wyżej wspomnianego Painkillera – przyp. red.). A on tak słucha tego, słucha i mówi… „Hetman, jak ty wyjesz…”. Więc zaczął sobie podstawiać swój głos do tego numeru i mówi: „Jak będzie za nisko, to to nie wyjdzie, więc spróbuję falsetem”. I zaśpiewał, a moja kobita słucha tego i mówi: „To jakiś żart jest?”. A ja na to: „Nie, tak ma być”. I jest zajebiście dobrze. Nie było żadnej innej propozycji. Na początku trochę sceptycznie do tego podchodziliśmy, ale potem okazało się, że jest w tym moc. Zresztą Tomek od razu powiedział, że to taki Painkiller jest.

No właśnie, Painkiller, ale z odwróconym wstępem. Judas zaczyna się mocną perkusją, a u was jest na odwrót. To taki zabieg, żeby nie było całkowitej zżynki?

Wojtek: No wiesz, nie można zżynać całkowicie.

Bogusz: Gdy ten numer powstawał, to nie myśleliśmy w ogóle o Judasach…

Wojtek: (ironicznie) Nie, nie…

Bogusz: To miał być normalny numer, on po prostu taki wyszedł…

Turbo wybiera się do Skandynawii, jak wyczytałem na profilu Wojtka. Jak udało się to załatwić? Kwestia menedżmentu czy znajomości?

Wojtek: Mamy faceta, który jest naszym totalnym fanem, jest młodszy od naszego zespołu o rok, czyli ma 33 lata. Jeździ po świecie, współpracuje z agencjami koncertowymi na zachodzie i pomaga przy dużych imprezach. Dzięki temu złapał doświadczenie i sporo kontaktów. A wiadomo, że biznes na tym polega, układy, znajomości przede wszystkim. Niekoniecznie w tym złym znaczeniu, tutaj wręcz w tym dobrym. I tak dzięki Krystianowi jedziemy do Szwecji na festiwal, a potem latem, pod koniec lipca, do Niemiec na Headbangers Ball.

To kiedy zobaczymy was na Wacken? Na True Metal Stage?

Wojtek: Wiesz co, nie wiem kiedy będzie Wacken (śmiech). W przyszłym roku niewykluczone, że zagramy w Szwecji na największym festiwalu…

Sweden Rock?

Wojtek: Tak. Były przymiarki już w tym roku, organizator powiedział, że bardzo by chciał, ale teraz już wszystko jest zapięte i nie ma sensu. Ale może w przyszłym roku się uda.

To jest klasyka wśród festiwali… Tyle gwiazd – przede wszystkim starej gwardii – na jednej scenie!

Wojtek: Dokładnie, nie dalej jak przedwczoraj rozmawiałem z Krystianem dokładnie o tym: na jednej scenie Aerosmith, wszystkie bandy świata, no i zespoły startujące czy mniej znane…

Zdarza wam się grać jeszcze dla pustych sal?

Wojtek: Nieee, dla pustych sal nie (śmiech), chyba że na próbach.

A dla półpełnych?

Bogusz: Wiesz co, z tym jest różnie, nieprzewidywalnie.

Wojtek: Czasy są ciężkie to prawda.

Bogusz: Jednego dnia grasz dla 300 osób, drugiego dla 100…

IMG_1260.JPGWojtek: To jest spowodowane przede wszystkim tym, że nie ma zespołów w mediach, nie ma nas w mediach i wszyscy totalnie nas olewają. W Antyradiu na początku jeszcze byliśmy, nie wiem jak jest teraz, czy puszczają, czy nie, ale podobno nie. Trójka na dzień dobry natychmiast nas odrzuciła. Ostatnio się właśnie zastanawiałem, czy jak Luxtorpeda wyda w lutym nową płytę, to będą wszyscy klęczeć przed nimi i od razu pakować ich na listy przebojów. Przeciwna sytuacja była przy Strażniku (poprzednia płyta Turbo – przyp. red.), na których mieliśmy przepiękne dwie ballady, a Trójka przecież takie lubi – co widać chociażby po tych katowanych bez przerwy Dorosłych Dzieciach. Ale żadna z tych ballad nie była nawet w poczekalni. Zadałem więc pytanie głównemu redaktorowi: co zrobić, żebyśmy się dostali chociaż do poczekalni, bo wszystkie układowe zespoły warszawskie tam przecież są. Jest tam AC/DC, Black Sabbath, Deep Purple, oczywiście Luxtorpeda bez przerwy… Nie dostałem odpowiedzi na to pytanie, bo myślę że nie chcieli zdradzić tej tajemnicy – którą i tak wszyscy znają – jak trafić na top czy chociaż do poczekalni… Gdy zespół nie jest obecny w mediach, to jest jak jest. My się i tak bardzo cieszymy, że ludzie na nas przychodzą i to jest całkiem niezły wynik. Natomiast gdybyśmy byli tak lansowani jak wspomniana już Luxtorpeda, to tutaj dzisiaj nie byłoby gdzie palca włożyć.

Albo gralibyście w Studio jak Luxtorpeda.

Wojtek: I tam przychodziłoby 1000 czy 1200 osób, bez wątpienia.

Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden przykład – Black Star Riders, czyli dzisiejsze wcielenie Thin Lizzy (Marco Mendoza, Ricky Warwick, Scott), na których koncert do Studia przyszło 200 osób…

Wojtek: Tak tak, mieliśmy grać przed nimi, ale zadzwonił do nas facet, który powiedział, że impreza się nie za bardzo sprzedaje, że przeprasza i że możemy zagrać za darmo. Ale odpowiedziałem mu, że za darmo to my nie gramy. Z całym szacunkiem dla wszystkich, ale nie.

Nie wiem z czego wynika tak niska frekwencja na koncercie tak znanej kapeli…

Wojtek: Odpowiedzi idę szukać w ciemny las – jak to jest na naszej płycie…

Co sądzisz o programach typu X Factor, bo zdania są podzielone. Młodzież uważa że to jest super, telefony potem nie przestają dzwonić. Marek Piekarczyk wziął w tym udział, co o tym sądzicie?

IMG_1920.JPGWojtek: Wiesz co, gdyby mi ktoś zaproponował, to natychmiast bym poszedł. To są dobre pieniądze do wyrwania, a to tak naprawdę należy do naszego zawodu. Marek nie poszedł do koparki czy reklamować podpasek, tylko poszedł po prostu oceniać młodzież. Kto ma to robić, jak nie Piekarczyk lub inni muzycy? Tu nie ma absolutnie żadnego zgrzytu. Natomiast mechanizm, który tym kieruje, nie jest nasz. To wszystko przyszło z zachodu, gdzie ludzie są tacy sami jak my, czyli żądni pieniędzy. Co zatem można zrobić, żeby zarobić pieniądze? Trzeba się skrzyknąć, zrobić takie show, znaleźć sponsorów. I teraz ta młodzież, która się do tego zgłasza, jest narzędziem do wyrywania ciężkich pieniędzy przez jurorów. Potem ktoś to wygrywa, robią mu mętlik z głowy, a następnie znajduje się grupa stałych ludzi, tekściarzy, muzyków, aranżerów, którzy robią i piszą tym ludziom teksty, komponują piosenki czy aranżują i wyciągają od nich pieniądze. Ta młodzież jest zupełnie nieświadoma tego, że jest po prostu mięsem armatnim. Zresztą zwróć uwagę, ile jest w międzyczasie genialnych, znakomitych rzeczy i wykonawców, którzy nieraz przepadają. Nie wiem tego na 100%, ale nie wierzę w żadne smsy. To wszystko jest ustalone od samego początku. No chyba że rzeczywiście trafi im się jakaś naprawdę wielka gwiazda czy osobowość, którą trudno zignorować, bo to by już śmierdziało oszustwem – wtedy rzeczywiście są odstępstwa. Poza tym ci młodzi ludzie są później sfrustrowani, bo są blokowani masakrycznymi umowami na następne 10 lat. Gdy Grzegorz nas opuścił, zadzwoniłem do Zalefa, a Krzysiek mówi: „No wiesz, ja nie mogę, mam jeszcze kontrakt na 5 płyt, a teraz wydałem dopiero drugą…”. On będzie tam uziemiony na kilka lat, nie może odetchnąć. Oglądałem też dziś rano wywiad ze Szpakiem, który mówił, że zrobił materiał, a wytwórnia powiedziała, że ma spierdalać, bo to nie ten materiał, ma to zmienić, nie tego chcą.

Odejdźmy trochę od tego tematu. Jak żyje legenda muzyki, czyli Wojciech Hoffman?

Wojtek: Opowieść na tydzień przy whiskey…

To tak w trzech słowach (śmiech).

Wojtek: Powiem ci tak. Przyzwyczaiłem się no i żyję sobie (śmiech).

A gdy telefony dzwonią, proszą o udział w projektach, to akceptujesz jak najwięcej, czy raczej ograniczasz się do „naaah, dziękuję, raczej nie…”?

IMG_1556.JPGWojtek: Słuchaj, u nas, w tym kraju, się nic nie zgadza. Zwłaszcza jeśli chodzi o muzykę rockową. Nie zgadzają się pieniądze, nie zgadzają się koncerty, nie zgadzają się płyty, nie zgadzają się wytwórnie. Wszystko jest wyrwane jakby z gardła ciężką pracą, wieloma wyrzeczeniami. Na szczęście u nas jest tak, że kochamy to, co robimy. I to jest nasze szczęście. Bo gdybyśmy mieli jakieś zwątpienia i byśmy tego nie lubili, to już pewnie dawno by nie było zespołu. A my mamy jeszcze to, że jest w nas ochota, pomimo tych całych niesprzyjających warunków w naszym kraju. Nie mam zielonego pojęcia, jak to jest możliwe, bo wiadomo, że w latach 80. był jeszcze głód muzyki i to w zasadzie każdej. Dlaczego teraz niszczy się muzykę rockową, dlaczego zlikwidowano Eskę Rock? Chociaż to była gówniana stacja, to jednak coś tam było! Zlikwidowali Eskę Rock, Romka Kubowskiego wywalili z Jedynki, a miał tam Klasyków Rocka – genialną audycję. Minimax skrócili do dwóch godzin w niedzielę, a kiedyś były dwie audycje w tygodniu…

Płyty już nie wychodzą…

Wojtek: To jest jakaś paranoja.

A nawiązując do wydawania płyt – Metal Mind wydają płyty młodych zespołów, a dalej nic już w tym kierunku nie robią. Takie są plotki. Turbo z innej perspektywy na to patrzy, bo to znany i dobry zespół. Ale czy Metal Mind to dobra wytwórnia dla młodych zespołów?

Wojtek: Powiem tak. Dobra bo jest jedna jedyna. Nikt nie wyda ludziom żadnej płyty rockowej, metalowej – no może z wyjątkiem Mystica, ale to jest taka mistyczna wytwórnia. Z nimi też próbowaliśmy. Metal Mind jest jedyną wytwórnią która może nie zawsze, ale jednak wyciąga rękę do młodych ludzi. A ponieważ jest jedyną taką instytucją, to być może różnie postępują.

To teraz bardziej o lokalnych zespołach. Czy istnieje poznańska scena muzyczna? Interesujesz się tym?

Wojtek: Przyznam się szczerze, że nie mam czasu z racji ilości własnych zajęć… Interesuję się wtedy, kiedy są jakieś przeglądy, bo z reguły jeździmy na nie z Boguszem. Wiem, że w Poznaniu jest parę bardzo dobrych zespołów, jest Rust, Termit, są moje dzieciaki, Gomor i nie wiem kto jeszcze… Wiem, że jest jakaś kapela z Poznania, która jeździ sobie po całym świecie i gra, a ja dowiedziałem się o tym z MySpace’a. Bo taka jest informacja u nas w Polsce. Wszyscy to mają w dupie i nikogo nie interesuje, że mamy zespoły, które sobie świetnie poczynają na świecie. Na przykład o Behemocie nikt by nie usłyszał…

…gdyby nie spalił Biblii (śmiech).

Wojtek: TAK! I gdyby Nergal nie przysiadł się do Dody (śmiech). Kto wie o Decapitated? Naprawdę mało ludzi.

Teraz jest o nich trochę głośniej, bo był wypadek, trasa Covan Wake the Fuck Up…

Wojtek: No widzisz, trzeba różnych takich zdarzeń, jakby nie można było po prostu się nimi szczycić… Kto wie, że Vader sprzedał pół miliona czy więcej płyt na świecie? Nikt nie wie! Nikt się tym nie chwali.

To jest ta nadzieja na metal w XXI wieku?

Wojtek: W Polsce?

Tak, tak.

Bogusz: To my się nie załapiemy.

IMG_1706.JPGWojtek: Jak my i TSA poumieramy, to już go nie będzie. Bo młodym jest o tyle ciężko, że każdy musi z czegoś żyć. To jest do pewnego momentu oczywiście zabawa, ale w pewnym momencie, jeżeli zaczynasz to traktować poważnie, to chcesz, żeby to była grupa zawodowa, żeby zarabiała pieniądze. Przestajesz pracować i chcesz się zająć graniem, bo tak do końca nie da się ciągnąć pracy i porządnie prowadzić zespół, żeby on miał poziom. A jak nie ma pieniędzy, to zaczynają się konflikty między członkami w zespole, w rodzinach.

Wiele muzyków teraz tak modnie mówi, że gra dla idei, pasji, nie zarobku… Czy wy baliście się stwierdzenia, że muzyka to biznes? To też praca…

Wojtek: Tak, zgadza się, tak jest. Ale my dobrze rozumiemy tych młodych ludzi, ponieważ też byliśmy młodzi… Wiemy, co oni czują i co oni mówią, bo kiedy my zaczęliśmy grać, to ta wizja domniemanych pieniędzy – bo niestety one są cały czas domniemane, przynajmniej w naszym kraju – była odległa. Naprawdę chcieliśmy po prostu grać. Gdy jeszcze nie było Turbo, kiedy ja zaczynałem grać w zespołach amatorskich, to chciałem po prostu grać na gitarze, żeby się dziewczynom podobać (śmiech).

Teraz też się podobasz dziewczynom?

Wojtek: Oj, powiem ci, że teraz mamy większe branie niż w latach 80-tych!

Bogusz: Starzejemy się interesująco (śmiech).

Jak dostać się na support przed Turbo? Bierzecie zespoły na całą trasę?

Wojtek: Nie zawsze jest to możliwe…

To się nie opłaca?

Wojtek: Nie, to nie o to chodzi, bo te zespoły i tak grają za darmo…

Albo są technicznymi gwiazd.

Wojtek: Niestety nie da się inaczej. Wyobraź sobie, że jedziesz na koncert z supportem i przychodzi 100 ludzi. Bilet kosztuje 20-30 zł, czasami 40 zł. My jedziemy, dostajemy pieniądze z tych 100 osób, mamy wpływ, załóżmy, 3000 zł do kasy – bo czasami tak niestety jest – no i z tych pieniędzy musimy opłacić transport, technikę, hotel…

To nie jest kwestia organizatora – hotele, transport? Żyję w błędzie?(śmiech)

Wojtek: Wiesz co, bardzo różnie to wygląda. W każdym razie, jeśli w takiej sytuacji masz jeszcze zapłacić tym ludziom…

Ale nawet nie o to chodzi. Przecież zespół czasami nawet chce jechać na swój koszt, bo dla nich to jest inwestycja, promocja.

Wojtek: I tak jeżdżą, ale nie zawsze. Na przykład warunki techniczne czasami na to nie pozwalają, dlatego na całą trasę nigdy nikogo nie bierzemy. Za to zawsze w każdym mieście są kapele, które grają te supporty. My to zostawiamy Krystianowi, on załatwia te sprawy. I czasami jest naprawdę fajnie.

Słuchacie prób, koncertów?

IMG_1251.JPGWojtek: Jeśli jesteśmy akurat przy scenie, to słuchamy. Jeżeli tak jak dzisiaj są dwa supporty, to jedziemy do hotelu. Ja wiem, że te zespoły czekają na to, żebyśmy posłuchali… Ale wiesz, jak mamy siedzieć i słuchać dwóch zespołów, potem wyjść na scenę i zagrać dwugodzinny koncert, to jest to ciężka sprawa. Wiem, jak to wygląda z drugiej strony, bo pamiętam, jak kiedyś w latach 70-tych grałem ze swoim amatorskim zespołem przed Budką Suflera. Mówię: „Łaaał, zobaczą nas, będzie super” i w ogóle… A oni przyjechali prosto z hotelu na swój koncert (śmiech). Ale tak jest zawsze, na całym świecie.

Ale to chyba jest trochę złudne myślenie, prawda? Że gwiazdy nie mają nic lepszego do roboty, tylko szukać młodych, wybitnych zespołów…

Wojtek: Tylko wiesz, to tak nie wygląda dlatego, że my mamy ich w dupie. Po prostu słuchając tych dwóch supportów będziemy tak wypieprzeni, że potem byłoby ciężko wejść na scenę i zagrać swoje (śmiech).

Podobno udzielasz lekcji gitarzystom. Co mówisz tym młodym adeptom, którzy próbują grać?

Wojtek: Im wolniej, tym szybciej – to po pierwsze. Po drugie – podstawy, to jest absolutnie najważniejsze. Wiesz, oni przychodzą do mnie z różnym poziomiem wiedzy, ale przeważnie mielą i mielą od razu sto tysięcy dźwięków

Albo Metallikę (śmiech).

Wojtek: Haha, dokładnie tak jest! Ja mówię: halt, halt, pokazuję im te najbardziej dziadowskie, trywialne skale i gamy. Mówię: zagraj najpierw to porządnie tak jak trzeba, jeśli zagrasz to dobrze, to łatwiej ci będzie później grać to, o czym myślisz. Różnie to bywa. Kiedyś przyszedł do mnie 13-letni chłopak z ojcem. Zapytałem go: „Co byś chciał robić?” A on: „No, chciałbym grać tak jak Satriani”. A ja mówię: „Bardzo proszę, siadaj, będziesz grał jak Satriani. Co tam umiesz?” Posłuchałem, popatrzyłem, pokazuję mu to do-re-mi-fa-sol-la. Nie pojawił się już więcej (śmiech). On od razu chciał grać jak Satriani i pewnie myślał, że jestem debilem, bo zaczynam mu pokazywać jakieś pierdoły i bzdury. A tymczasem naprawdę trzeba mieć duże samozaparcie, zaczynać od bluesa, bo na bluesie człowiek uczy się pewnej wrażliwości. Ja też robiłem trochę na odwrót. Nie znosiłem bluesa. Dopiero teraz lubię i słucham i dopiero teraz zaczynam uczyć się zagrywek bluesowych. I teraz takie coś mogę wmontować w muzykę rockową i metalową, dodaję te wszystkie nowe sprawy i jest fajnie. Szatańskie zagrywki lubią tylko gitarzyści i ich najbliżsi  przyjaciele. Natomiast reszta ma w dupie. Ludzie chcą prostych, ładnych, melodyjnych rzeczy. I to jest dla nich najważniejsze. Natomiast fajnie jest umieć dobrze grać. Na koncercie grasz ładnie, nagle robisz sobie trzyminutowe solo i po prostu pokazujesz, że jesteś mistrzem świata, po czym dalej grasz ładnie. Dziękuję bardzo, wszyscy są szczęśliwi.

Czyli Turbo będzie zwalniać z płyty na płytę, tak? Skoro uczysz się grać bluesa? 

Wojtek: Nie, nie, nie, absolutnie, nie będzie żadnego zwalniania. To, że ja tam sobie grzebię przy bluesie, to jest zupełnie co innego. Po prostu chcę lepiej grać, żeby moje solówki były lepsze i bogatsze pod względem melodii i harmonii.

Czyli jest szansa na drugą solową płytkę Wojtka Hoffmana?

Wojtek: Ona właściwie już jest skończona, ale były problemy… Bębny nagrał mi Atma Anur.

Oo, krakowski muzyk, bardzo dobry i znany.

IMG_1736.JPGWojtek: Tak, ale wiesz co? Te bębny zostały źle nagrane w jakimś studiu, a my dopiero po roku to zauważyliśmy. Podczas zgrywania materiału okazało się, że bębny zaczęły znikać, nie ma stopy, przejść, werbla, okazało się, że wszystko zostało zbramkowane… I teraz to wszystko cięliśmy – każde uderzenie z każdego bębna, blachę. Wszystko zostało pocięte jest teraz samplowane, bo są takie przesłuchy… Teraz jak pojadę do domu, muszę jeszcze nagrać gitary, basy i myślę, że do końca marca materiał będzie zgrany. W okolicach maja płytka będzie gotowa.

Ostatnie pytanie, znów wrócę do tematu młodych zespołów… Teraz, nie wiem czy tak było 20 lat temu, mentalność kapel jest taka, że uważają się za najlepszych, wszystkowiedzących. Tak jak gitarzyści, o których mówiłeś. Nawet gdy doradza im Wojtek Hoffman, człowiek, który wiele osiągnął, reagują słowami: „Człowieku, co ty do mnie mówisz?” Co takim zespołom trzeba powiedzieć? Kiedyś też tak było? Czy było więcej pokory?

Wojtek: Co można im powiedzieć?… Jak ktoś już ma we łbie tak natrzaskane, to nic nie można zrobić.

Tylko że oni grają koncerty w małych klubikach, przychodzi 50 znajomych, muzycy dostają po 4 piwa na barze i się cieszą z tego. I to ich utwierdza w przekonaniu, że oni rzeczywiście świetnie grają…

Wojtek: Wiesz co, fajne jest to, że się cieszą. Niech się cieszą. Potem zderzenie z rzeczywistością jest dosyć bolesne, ale z pewnymi złudzeniami czasami nic się już nie da zrobić. Przyszedł do mnie kiedyś 14-letni chłopak, gitarzysta, którzy na początku nawet kostki nie potrafił dobrze trzymać. Po roku grał moją płytę Drzewa. Miałem ze trzech takich uczniów i po prostu nie mogłem uwierzyć. Ale ja od razu, od samego początku, delikatnie mówiłem, że jeżeli ci się wydaje, że nauczenie się tego oznacza bycie najlepszym na świecie, to się grubo mylisz. Nie jesteś. Żeby być najlepszym na świecie, trzeba wykonywać katorżniczą pracę, tu nie można udawać. Trzeba ćwiczyć po osiem godzin dziennie ćwiczyć, a to i tak wciąż mało. Nie tylko ćwiczyć techniki, ale układać sobie melodie, solówki, słuchać współbrzmień i zależności dźwięków. Jeśli ktoś już ma wysokie mniemanie o sobie, to już nic tego nie zmieni… Mieliśmy kiedyś takiego bębniarza w zespole, dawno temu, on już niestety nie żyje. Ale był rzeczywiście geniuszem. Tyle że on stwierdził, że jest najlepszy, że nie może z nikim grać, bo nie ma muzyków na jego poziomie. Potem się zapił i przejechał go samochód. Niestety, wielu jest takich ludzi. Ale myślę, że tym nie należy się za bardzo przejmować. Trzeba mieć dystans, tak jak powiedziałeś, mieć pokorę. Kiedyś było rzeczywiście inaczej… My, jako młodzi ludzie, gdy graliśmy ze starszymi zespołami typu Exodus – nie ten thrashowy, tylko polski – to przychodziliśmy i mówiliśmy: „dzień dobry, przepraszam, proszę pana, czy można?”. A ostatnio graliśmy… Bogusz, z kim to graliśmy, co to basista do ciebie startował? (śmiech) To nie był Enej…

Bogusz: Od tego, Carpe Diem, czy jakoś tak…

Wojtek: Nie, nie, ten taki z trąbkami, taki wylansowany przez TVN…

Bogusz: I co z nimi?

Wojtek: Wszedłeś im na scenę…

Bogusz: Aaa! Afromental!

Wojtek: Grali jako support.

Bogusz: Mieli próbę i bezceremonialnie nic sobie nie robili z rozpiski czasowej, więc wszedłem i zacząłem ściągać te ich graty, przesuwać je, żeby zrobić miejsce. Oni zaczęli mi fikać i mało brakowało, żeby doszło do rękoczynów.

Podsumujmy. Turbo wspiera młode zespoły, biorąc je na support, lekcje u Wojtka…

Wojtek: Ja jeszcze mam audycję w internecie, Radio RockTime wspomnianego Romka Jakubowskiego, i gdy dostaję płyty od dzieciaków, to czasem staram się je promować, puszczając w tym właśnie radiu. Nawet myślałem o tym, żeby zrobić takie okienko z samymi młodymi kapelami z polskiej sceny muzycznej.

Ale mówimy pewnie tylko o rocku, prawda? Bez hipsterstwa i alternatywy?

Wojtek: Przede wszystkim muzyka rockowa, to prawda. Jak się pojawi coś innego, ale faktycznie bardzo dobrego, to też przejdzie, ale na pewno nie jestem zainteresowany hip-hopem. Oczywiście to mi nie przeszkadza, niech sobie grają.

Dzięki za wywiad.

rozmawiał: Mike Młynarczyk

Więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj.