Deux Boules Vanille

3 grudnia 2013 20:00
  • Deux Boules Vanille
„Dwóch facetów, dwa bębny. A jednak pełny zespół. Parafrazując słowa bandu Le Prince Harry o ich perkusiście- Deux Boules Vanille to ludzka ośmiornica. Ci faceci z Lyon grali w wielu różnych zespołach, zanim się zeszli, aby stworzyć własne instrumenty; analogowe syntezatory DIY dźwięków generowanych przez bębny. Dwaj przyjaciele kładą kres starej debacie: maszyny kontra instrumenty akustyczne, demonstrując przez A + B wiedzę muzyczną, surową i przepoconą(…)”

„Możemy powiedzieć, że to niemal- jedyny- unikalny zespół festiwalu, Deux Boules Vanille było wielkim odkryciem tego lata. To taka ciekawość, który sprawia, że chcesz znowu nurkować głową do przodu, a uderzanie głową to nie tylko prosty taniec, ale również wyraz znacznie wzmocnionego i zwiększonego zrozumienia.”

recenzja z  Gonzai ,  dla festiwalu „Freakshow” w Gigors (Francja), sierpień 2013

„Tak więc w ciągu zaledwie tygodnia widziałem trzy koncerty, które zdecydowanie i bez wątpienia będą na szczycie mojej listy 2013 r.

Pierwszym z nich był Deux Boules Vanille w Bei Ruth (Berlin). Słuchałem ich wcześniej i w zasadzie od razu wiedziałem, że byliby dobrzy na żywo. Oglądnąłem kilka filmów na youtube, przesłuchałem kilka piosenek i przeczytałem to i owo on-line, i nawet jeśli od razu polubiłem to wszystko, to doświadczanie ich na żywo było milion razy lepsze. Big Eater był zespołem supportującym tego wieczoru i kiedy skończyli, dwóch facetów z Deux Boules Vanille zaczęło wynosić masę sprzętu z zaplecza Bei Ruth. Zmontowali wszystko na przodzie sceny: dwa zestawy perkusji naprzeciw siebie podłączone do ściany wzmacniaczy oraz gabloty ustawione za nimi. Obaj mieli dodatkowo kilka urządzeń elektronicznych zgromadzonych przy perkusjach, syntezatory analogowe własnej konstrukcji i efekty (pedały), wszystko wyglądało fascynująco i jednocześnie dziwne.

Zaczęli grać bez porządnej próby dźwięku, a ja momentalnie byłem pod wrażeniem. Uruchomili  syntezatory dźwiękami bębnów, tworząc melodie i harmonie w towarzystwie mocnych  perkusyjnych brzmień. Stylistycznie była to szalona jazda przez tak wiele gatunków, że na które nie byłem pewien, czy właśnie wziął udział w electro-party, czy w show Lightning Bolt. Na pewno nawiązali do elektroniki z wczesnych lat 70., w stylu Silver Apples, następnie przeszli do szaleńczych grindcore’owych sekwencji, żeby zakończyć czymś, co było tak rytmiczne i pulsujące, że brzmiało raczej jak technoid. Ich cały set był bardzo energicznym i bardzo interesującym wybuchem radości, a publiczność, niestety raczej niewielka, zwariowała. Mam szczerą nadzieję, że ci faceci znów się wkrótce objawią. To był niezły fun.”

Recenzja z „Berlin Craze”, o berlińskim koncercie w Bei Ruth, w maju 2013

Komentarze

Powered by Facebook Comments