Już dziś o 20:00 w klubie Alchemia koncert ekipy Składamy Koncerty, która jest owocem współpracy KSM z Instytutem Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tego wieczoru będziecie mogli usłyszeć trzy różne muzyczne światy. Funkowy groove, nieco elektroniki, a do tego coś, co sami zainteresowani określają jako „marzycielsko-kowbojska retro Americana”. Mowa o The Silver Owls, którzy na scenie Alchemii spotkają się dziś z dżindżer projekt i By Proxy. Z tej okazji nasza wysłanniczka spotkała się ze Scotią Gilroy, założycielką Srebrnych Sów.

A więcej informacji o koncercie znajdziecie tu: THE SILVER OWLS + DŻINDŻER PROJEKT + BY PROXY


Gracie w czwartek, 27 lutego koncert, który zorgalizowali studenci z Uniwersytetu Jagiellońskiego razem z Krakowską Sceną Muzyczną. Jak oceniasz tę współpracę?

Scotia Gilroy: Do tej pory jest ona na poziomie najbardziej doświadczonych organizatorów. Zwykle podpisujemy umowy tylko przy okazji wielkich wydarzeń. Pierwszy raz zdarzyło się, że mamy umowę na klubowy koncert. Studenci bardzo starają się robić wszystko porządnie. Do tej pory wszystko bardzo dobrze wygląda. Jest świetna promocja – już ponad 200 osób potwierdziło na Facebooku, że przyjdzie na ten koncert, a jeszcze my nie zaprosiliśmy naszych fanów! Widać, że organizatorzy promują ten koncert.

Wolicie grać na koncertach klubowych czy może bardziej ciągnie Was do otwartych przestrzeni?

Scotia: Lubimy grać w każdym miejscu. Graliśmy już kilka razy w Alchemii. Bardzo lubimy ten klub, ponieważ organizatorzy traktują muzyków bardzo poważnie i szanują ich. Widać to często w klubach, które dobrze organizują koncerty. Właśnie w takich klubach bardzo lubimy grać, ale poza tym występujemy wszędzie. Nasz zespół może zagrać akustycznie nawet bez nagłośnienia. Pierwszy raz jestem w zespole, który może grać plenerowy koncert bez mikrofonów. Jesteśmy dzięki temu bardzo elastyczni.

A oprócz Alchemii, w której nieraz graliście, macie jakieś „klimatyczne”, krakowskie miejsca, które darzycie sympatią?

IMG_2182Scotia: Och, w Krakowie jest dużo takich miejsc z duchem! Chcielibyśmy częściej grać w małych kawiarniach gdzie jest fajny klimat, ale nie możemy, ponieważ bardzo dużo ludzi przychodzi na nasze koncerty. W Sylwestra na przykład graliśmy w klubie „Nie lubię poniedziałków” i bardzo chcielibyśmy tam wracać, aczkolwiek jest tam za mało miejsca. Ciężko było nam grać na scenie, ponieważ publiczność uderzała nas tańcząc i kilka razy spadł nam mikrofon.

To taki namacalny kontakt z publicznością!

Scotia: Dosłownie [śmiech].  Tak naprawdę w Krakowie jest dużo klimatycznych klubów, ale trochę brakuje tych większych. Nasz koncert w Żaczku był super – duża scena, dużo miejsca dla publiczności.

Kraków od dawna uznawany jest za stolicę kultury i bardzo artystyczne miasto. Z Twojego punktu widzenia – jako muzyka – naprawdę taki jest? Jest nastawiony na muzyków, na artystów, na sztukę? Można spełniać się w nim artystycznie?

Scotia: Tak, wydaje się, że to miasto jest pełne muzyków i bardzo łatwo założyć tu zespół ze świetnymi muzykami, trzeba tylko chcieć. Kiedy wpadłam na pomysł, żeby założyć zespół, to wystarczyło napisać jedną linijkę na Facebooku i muzycy się znaleźli. Jest taka grupa „Szukam muzyka, szukam zespołu”. Po napisaniu na niej tej właśnie linijki dostałam tyle wiadomości, że musiałam tylko spotkać się z kilkoma osobami i sprawdzić jak grają, jacy są… i od razu znalazłam właściwe osoby..

IMG_2249

Wcześniej tworzyłaś duet tylko z Teddym?

Scotia: Nie graliśmy razem, tylko jako duet tworzyliśmy ten projekt. Znaliśmy się wcześniej jako przyjaciele i zadzwoniłam do niego, żebyśmy do The Silver Owls znaleźli gitarzystę oraz harmonijkarza. Zgłosili się Kuba, Łukasz i kilka innych osób, ale wybrałam ich.

Dlaczego wybrałaś właśnie ich?

Scotia: Obaj chyba sprzedali duszę diabłu, żeby tak świetnie grać. Mają po dwadzieścia lat, a już grają fantastycznie i mają takie wyluzowane podejście do ludzi. Trzeba bawić się poza sceną jako przyjaciele, a wiedziałam, że i Łukasza, i Kubę mogę poznać i powoli zaprzyjaźnić się. Po każdym koncercie jesteśmy coraz bliższymi przyjaciółmi, bawimy się razem cały czas i lubimy się. Ważne, żeby mieć dobrą energię i nie patrzeć na zespół pod kątem tego, że to jest tylko granie.

Jesteście z różnych krajów, wiele was różni, a jak to jest z Waszymi charakterami? Wasze osobowości też są bardzo różnorodne, czy przeciwnie – jesteście do siebie dość podobni?

Scotia: Bardzo podobni [śmiech]. Jesteśmy jak rodzina, to jest w ogóle jakiś cud. Wróciliśmy wczoraj z małej trasy – spędzaliśmy razem cały czas, było fajnie. Jedyna chyba różnica między nami jest taka, że niektórzy z nas mogą pić bez granic, a inni nie – czyli ja [śmiech].

Dlaczego nazywacie swoją muzykę „marzycielskokowbojska retroAmericana„?

Scotia: Ponieważ miałam wrażenie, że w Polsce jest taka negatywna konotacja z muzyką country. Jest taki rodzaj country, może z lat 70., 80., 90., które stało się bardziej komercyjne, miało brzmienie takie bardzo gładkie, sentymentalne. Teksty z głupimi słowami, granie na wielkich scenach – dzięki temu country straciło to „coś”, co było w prawdziwej muzyce kowbojskiej. Dwieście lat temu kowboje grali po pracy, żeby się rozluźnić i zamiast perkusji używali obiektów kuchennych. Podobnie jest u nas – w naszym zespole perkusista Łukasz gra też na harmonijce ustnej, a czasem na takim czymś do prania ubrań.

Zastanawiałam się właśnie co to jest!

IMG_2077Scotia: Taka stara rzecz przeznaczona do ręcznego prania ubrań… Do grania takiego stylu trzeba mieć jeszcze takie coś metalowe do szycia… Nie wiem, jak to się nazywa. Jak szyjesz igłą, to właśnie to zakładasz na palec. To jest właśnie tradycyjny zestaw perkusyjny: ta tarka – washboard i naparstek. Chociaż Łukasz zamiast tego korzysta z kostki. Te rzeczy perkusyjne można rozszerzyć o obiekty kuchenne, bo nie chodzi tu o wygląd, ale o brzmienie. To jest właśnie taka kowbojska perkusja. Moim zdaniem ta muzyka – ta przed „country”, ta stara, kowbojska muzyka, miała w sobie duszę i surowe, prawdziwe emocje. Była to bardzo potężna muzyka.

Opis na Waszej stronie i na Facebooku jest taki trochę baśniowy, jakby istniały dwa odmienne światy – zły oraz ten muzyczny. Kiedy gracie, przenosicie się do innego świata?

Scotia: Może tak właśnie jest, że chcemy tworzyć – i tworzymy – inny świat, gdzie ludzie mogą poczuć atmosferę dzikiego zachodu.

Widziałam też Wasze filmiki z nagrywania płyty. Praca nad nią jest już skończona?

Scotia: Prawie, prawie, może za tydzień. Już wszystkie instrumenty są nagrane, musimy tylko dodać wokal, zmiksować i będzie skończona. Premiera planowana jest na 5-go kwietnia.

To już za miesiąc!

Scotia: Ojejku, faktycznie! 5-go kwietnia, ponieważ nasz pierwszy koncert odbył się 6-go kwietnia w Cafe Szafe, będzie nasz taki rocznicowy koncert. Wtedy będzie też premiera płyty.

Na płycie znajdują się Wasze autorskie utwory?

Scotia: Jeden cover to taka tradycyjna kowbojska melodia, a drugi to St. James Infirmary, który nie jest może kowbojską melodią, bo to raczej blues, ale to też bardzo tradycyjna, stara piosenka, którą moja mama śpiewała w domu. To bardzo znana melodia, która była wykonywana przez wielu artystów, na przykład przez Louisa Armstronga. Są też dwie piosenki, które ja skomponowałam.

Będą do tego jakieś teledyski?

Scotia: Tak, będą. Już mamy kilka możliwości, nawet za dużo. Ludzi, którzy po prostu chcą nam w tym pomóc. Ale to będą proste klipy.

Myślicie już o płycie longplay?

Scotia: Tak, tylko chodzi głównie o kasę. Tym razem zdecydowaliśmy się robić to bardzo tanio. Po prostu płacimy akustykowi – inżynierowi dźwięku, żeby nagrał nas w moim domu zamiast w studiu. A longplay… nasz plan jest taki, żeby tę EPkę używać jako demo i wysyłać to do wytwórni. Marzymy o tym, że ktoś będzie chciał wydać jakąś naszą dłuższą płytę i w takim przypadku czasem wytwórnia płaci za nagranie.

Będę mocno za to trzymać kciuki. A kiedy – poza czwartkiem – będzie można Was posłuchać na koncertach? Jakie są najbliższe zaplanowane wydarzenia?

Scotia: Zagramy 21 marca w Nowej Hucie, w trakcie dnia otwartego w ARTzona.  Zapraszamy na godz. 20:00!

Wasz zespół istnieje już rok. Chyba dużo się przez ten czas wydarzyło?

Scotia: Kiedy zaczęliśmy grać koncerty, to jakoIMG_2117ś tak nagle wszystko poszło – zaproszenia za zaproszeniami. Jak patrzę na ten ostatni rok, to faktycznie dużo graliśmy. Nawet nie był to taki dobry rok dla innych zespołów, w których każdy z nas gra, bo każdy poza tym jest w jakimś projekcie. Dlatego też wszyscy trochę mniej graliśmy w tych różnych zespołach, bo byliśmy zajęci The Silver Owls. Dużo koncertów, dużo możliwości, dużo zaproszeń – na przykład na Bluesroads Festival, który był wiosną zeszłego roku i wygraliśmy na nim nagrodę publiczności.

A to chyba najważniejsza nagroda dla muzyka – bycie docenionym przede wszystkim przez publiczność.

Scotia: Tak, to prawda. Było jury – sześć starszych panów, zawodowi muzycy, ale oni nas nie wybrali. Zrobiła to publiczność, która liczyła może dwieście osób. To był dla nas bardzo duży zaszczyt. Było tam dużo niesamowitych zespołów. Słuchając ich myślałam, że nie mamy z nimi szans. Graliśmy wtedy ze sobą jeden miesiąc, może dwa, ale poszliśmy tam z nastawieniem, że będziemy się bawić i najważniejsze, żeby była energia. Mamy nadzieję, że ta energia pozostanie w nas cały czas.

Jak ważny jest dla Ciebie zespół? Chodzi mi o prywatną i zawodową stronę…

Scotia: Przede wszystkim to jest dla zabawy, ponieważ ja i Teddy wcześniej zrobiliśmy poważniejsze projekty i założyliśmy The Silver Owls, żeby teraz móc wyluzować się muzyką. Ale jak mówiłam, ten zespół bardzo szybko się rozwija i zmierzamy coraz dalej – coraz poważniejsze się to nasze granie robi. Zagramy na Festivalu Country, a tam zaczyna być już zawodowo. Dobrze czujemy się razem, więc myślimy, że możemy pójść do przodu i patrzeć na to bardziej poważnie. Zależy nam na tym, żeby inni też poczuli ten klimat, po prostu chcemy rozszerzać muzykę country. Ale też nie gramy starych rzeczy, nie tylko odtwarzamy, ale chcemy stworzyć nowe, swoiste brzmienie, które byłoby tak bardzo nasze. Przede wszystkim zależy nam, żeby był w tym ten duch kowbojski.

Myślę, że trafi to do ludzi, że Polacy potrzebują takiego luzu i radości w muzyce.

Scotia: Oby. A mogę powiedzieć coś miłego o KSM?

Jasne!

Scotia: Cieszymy się bardzo, że jesteśmy zaproszeni na to wydarzenie i uważam, że Krakowska Scena Muzyczna robi dużo  pozytywnych rzeczy przez to, że zapraszają bardzo różnorodne zespoły. Łączy to zespoły i muzyków, jest bardzo pożyteczne, efektywne i przydatne. To nie pierwszy raz,  kiedy nas zaprosili – chyba już trzeci – i cieszymy się bardzo z tego powodu.

Rozmawiała: Paulina Hołobowska, studentka Zarządzania kulturą na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wywiad powstał w ramach współpracy KSM z Instytutem Kultury UJ.