fot. Dominika Filipowicz

Zwycięzcy PKS-u: Jesteśmy jednym organizmem

2013/04/04

Wydawałoby się, że sludge metalem nie można zawojować takiego konkursu jak Przegląd Kapel Studenckich. Tymczasem oni weszli na scenę, zagrali, po czym zgarnęli I nagrodę. Oto Inverted Mind, zwycięzcy tegorocznego PKS-u.

 

KSM: Na początek wielkie gratulacje za wygranie PKS.

Janek Słomski: Dziękujemy bardzo.

KSM: Pewnie już ochłonęliście. Jak oceniacie przegląd po tych kilku dniach?

Darek Darasz: Organizacja była naprawdę na bardzo wysokim poziomie.

Janek: Przede wszystkim kontakt na linii organizator – kapele był bardzo dobry. Ludzie, którzy z nami rozmawiali i przekazywali wszystkie informacje naprawdę się spisali.

KSM: Tak szczerze – spodziewaliście się wygranej?

fot. Dominika FilipowiczMichał ‚Misiek’ Tomaszek: Nie (śmiech).
Janek: Absolutnie nie! Gdy porównaliśmy się z innymi uczestnikami nie wydawało nam się to możliwe.

KSM: No tak, taki Duch czy Dżindżer Projekt to już uznane marki na scenie krakowskiej, a Wy wchodzicie z mocną, hardcorową muzyką i zgarniacie wszystko.

Janek: Sludge metalową (śmiech). No cóż, jednak nazwa to nie wszystko.

KSM: Z ciekawości – kogo typowaliście na zwycięzcę?

Janek: Ja osobiście Michała Wendekera i Ducha. Nie wiem jak chłopaki.
Misiek: Dodałbym jeszcze Dżindżer Projekt, bo naprawdę świetnie zagrali.
Darek: Ja byłem za Black Jackiem. Wcześniej słyszałem kilka nagrywek – to bardzo dobra rzecz.

KSM: Wygrana poskutkowała jakimiś nowymi propozycjami? Nagrania, koncerty?

Janek: Dostaliśmy propozycję jeszcze przed zagraniem – będziemy na pewno grać w Krakowie 9 maja. Po przeglądzie póki co cieszą nas nagrody – koncert juwenaliowy oraz nagroda specjalna przydzielona przez szefową komisji, czyli koncert w Stodole przed Jelonkiem.

KSM: Na Juwenalia jeszcze trochę musimy poczekać. W najbliższym czasie planujecie jakieś koncerty?

Janek: 12 kwietnia gramy w Kawiarni Naukowej, a następny koncert to właśnie ten 9 maja. 29 maja gramy we Wrocławiu, 29 czerwca to Rotunda na imprezie Sadistic Festival, a dzień później Warszawa i klub Progresja.

fot. Dominika Filipowicz

KSM: Gracie w trójkę, ale wcześniej było Was więcej w zespole. Nie myślicie o tym, by ponownie poszerzyć skład?

Misiek: Ostatnio nawet poruszaliśmy w zespole tę kwestię, czy nie zatrudnić dodatkowego gitarzysty, ale ja osobiście uważam, że trio się najlepiej sprawdza.
Janek: Trio jest najlepsze z tego względu, że jest nas mniej, więc jest lepsza i łatwiejsza organizacja. Jeśli chodzi o jakąś taką zażyłość, przyjaźń, kontakt między nami, to chyba też jest lepiej. Na początku była nas czwórka, skład się zmieniał. W obecnym gramy od roku. Początkowo byłem tylko gitarzystą…
Misiek: Ale udało się Janka przekonać, żeby śpiewał.
Janek: Jakoś tak wyszło.

KSM: Nie ciągnęło Was czasem do innych instrumentów niż te, które obsługujecie w zespole?

Janek: Na gitarze chciałem grać od zawsze. Później zaczęła mi się podobać perkusja, ale to było kiedy miałem jakieś 19 lat, więc stwierdziłem, że to trochę za późno. Były inne priorytety.
Darek: Ja zaczynałem od gitary, co moim zdaniem było nieporozumieniem. Pół roku przesiedziałem w zespole nie umiejąc nic. To, że siadłem za perkusją było trochę przypadkiem – mieliśmy zabukowany koncert za dwa tygodnie, siadłem za garami… i tak siedzę do dzisiaj.
Misiek: Ja od zawsze chciałem grać na basie. Oczywiście wiele instrumentów kiedyś tam wpadło mi w ręce…

KSM: Co jest dla Was ważniejsze w Waszej muzyce – kompozycja czy brzmienie?

Darek: Kompozycję głównie tworzymy od riffu, od jakiegoś szkicu przyniesionego przez Janka. Później dochodzą bębny i linia basowa. Siadamy i wymyślamy czy ma to być szybki numer, czy wolniejszy. Zależy to od tego jak się czujemy, jaki mamy nastrój i co chcemy przekazać. Jeśli całość jakoś siedzi, to szlifujemy, sprawdzamy inne warianty i dochodzimy do ostatecznego kształtu kawałka.

KSM: Dużo te przyniesione szkice różnią się od finalnego brzmienia kawałka? Czy raczej wyznajecie zasadę, że jeśli coś siedzi, to wystarczy tylko dopracować detale i niech numer idzie w świat?

Misiek: To różnie bywa. Czasami numery zmieniają się diametralnie, ale zdarza się, że kawałek od razu jest praktycznie zrobiony, bo jest ta chemia i wszystko nam gra.
Janek: Ale czasami jest też tak, że gdy jamujemy, to nagle Darek stworzy jakąś świetną linię na bębnach a my na to: „O kurwa, człowieku, graj to, graj”.

KSM: Czyli to nie jest żelazna zasada, że kawałek wychodzi od riffu gitarowego?

Misiek: Nawet od basu się zdarzało.
Janek: Wszystkie numery… no, może oprócz jednego, są inspirowane moimi negatywnymi przeżyciami. Jeden numer jest tylko w miarę pozytywny, a reszta to mój sposób przekazywania tych najcięższych, najsmutniejszych emocji oraz ich przyczyn i skutków.

KSM: Mówisz o warstwie muzycznej czy lirycznej?

Janek: Zarówno muzycznej, jak i lirycznej. Zazwyczaj jest tak, że gdy zachodzi jakaś sytuacja inspirująca do stworzenia utworu, to staram się w domu skomponować jakiś szkic. Potem przychodzę na próbę, pokazuję to chłopakom i robimy muzykę już w trójkę. A teksty, które piszę, inspirowane są tym, co obecnie siedzi mi w głowie, co zatruwa moją duszę.

KSM: Dużą wagę przykładasz do tekstów, czy jest to tylko dodatek do muzyki?

Janek: Przykładam bardzo dużą wagę do tekstów. Są równie ważne jak muzyka.

KSM: Dlaczego śpiewasz po angielsku? Wiele zespołów, z którymi rozmawiałem przyznało się, oczywiście nieoficjalnie, że po polsku ciężko napisać dobry tekst. Po angielsku wszystko brzmi dobrze.

Janek: Pisanie tekstów jest bardzo mocno angażujące emocjonalnie. Zawsze wymaga dużego skupienia. Tak jak wspomniałem, ja piszę o rzeczach ciężkich w moim życiu, więc dla mnie napisanie numeru nie wygląda tak, że siadam do stołu i w 3 minuty piszę kawałek. On jest pisany przez parę tygodni. Mam taki swój notatnik. Idę ulicą, nagle się poczuję beznadziejnie i zapisuję dlaczego.

fot. Dominika Filipowicz

KSM: Wszystkie kawałki są po angielsku? Nie wyłamałeś się ani razu?

Janek: Wszystkie. Jest jeden numer, który zrobiłem po polsku, ale to jest bardzo prywatny kawałek, intymny, dedykowany komuś bardzo bliskiemu mojemu sercu. Na pewno nigdy z zespołem go nie zagramy. Wracając do pytania – nie widzę potrzeby pisania po polsku. Tak jak wspomniałeś, to może nie jest kwestia tego czy się umie pisać po polsku czy nie, ale to po prostu lepiej brzmi.

KSM: Jako wokalista dbasz jakoś szczególnie o głos? Diety, ćwiczenia?

Janek: Staram się nie przeziębiać – w zimie ciągle zasuwam w szaliku. Jeśli chodzi o ćwiczenia, to robię takie typowe na przeponę – kładę się na podłodze i oddycham z encyklopediami na brzuchu. No i niestety jem siemię lniane (śmiech). Jest ohydne, ale bardzo dobrze robi na gardło i krtań. A przed koncertem oczywiście rozgrzewka.

KSM: Co dalej? Planujecie jakieś nagrania, czy raczej skupiacie się póki co na koncertowaniu?

Misiek: Na pewno zamierzamy w pełni wykorzystać te dwa tygodnie w studio, które wygraliśmy, tym bardziej, że pierwsza wizyta w studio była dla nas szokiem. Każdy z nas był tam pierwszy raz. Teraz będziemy na pewno lepiej przygotowani i mamy zamiar dać z siebie wszystko.

KSM: Za pierwszym razem realizator pewnie sobie poużywał…

Misiek: Troszkę (śmiech). Pierwszego dnia był sceptycznie nastawiony, ale dał nam też wiele cennych rad. Nie było to takie suche nagrywanie, sporo się nauczyliśmy.
Janek: Nie wyglądało to w ten sposób: “Wy sobie grajcie, a ja wam wcisnę guzik”. Podsuwał nam wiele pomysłów, również w kwestii samej muzyki, tzn. jak powinniśmy coś zagrać.
Darek: No i przypomnieliśmy sobie o istnieniu metronomu (śmiech).

KSM: Macie za sobą wygrany przegląd. Czego jeszcze możemy Wam życzyć?

fot. Dominika FilipowiczJanek: Ja osobiście bardzo chciałbym nagrać tę płytę. To jest chyba takie moje najbliższe marzenie, najbardziej możliwe do spełnienia. Po nagraniu płyty marzę o tym, by zagrać na Brutal Assault w Czechach, Wacken w Niemczech… albo chociaż na Metafeście (śmiech).
Misiek: Albo zagrać przed Crowbarem…
Janek: O, dokładnie! To jest to marzenie! Zagrać przed Crowbarem. To zespół, który uwielbiam i którym się mocno inspiruję. Tyle jeśli chodzi o mnie…
Misiek: U mnie podobnie – zagrać na fajnych, dużych festiwalach przed rzeszą ludzi, pokazanie im potencjału naszej muzyki.
Darek: Cóż mogę dodać, jesteśmy jednym organizmem jako zespół, mamy podobne cele…
Janek: Właśnie – to jest fajne, że nawet jak przynoszę jakiś riff gitarowy, zaczynamy grać, to to wszystko nam siedzi. Powiedzmy, że ja ciągnę może w stronę bardziej depresyjną, Michał w stronę jazzu, a Darek…
Misiek: W stronę metalcoru (śmiech).
Janek: Ale minimum 90% zgrywa nam się w jedną całość.

KSM: Czerpiecie inspirację z polskiej muzyki, czy szukacie głównie za oceanem?

Misiek: Myślę, że każdy ma własne inspiracje.
Janek: Ja zdecydowanie tak. Jeśli chodzi o polskie kapele to przede wszystkim kapela mojego serdecznego przyjaciela Maćka Kowalskiego – PurpleHaze Ensemble, Blindead oraz Fleshworld – krakowska kapela, która już ma sporo na koncie. Wiadomo, że jeszcze lubię np. BelzebonGa, ale tamte trzy są dla mnie najważniejsze.
Misiek: Z polskich kapel słucham naszego krakowskiego Drown My Day, a moją ukochaną kapelą z zagranicy jest Black Dahlia Murder, która jest moim zdaniem jedną z najlepszych kapel na świecie.
Darek: Ja troszkę inaczej…
Misiek: Justin Bieber! (śmiech)
Darek: …słucham dużo black metalu, death metalu. Zależy na co mam ochotę. Dużo zagrywek czerpię właśnie z takiej muzyki i staram się jak najwięcej wyłapać dla siebie. Jeśli chodzi o polskie zespoły, to słucham szczególnie dużo krakowskiego death metalu. Jest dużo fajnych, niszowych kapel – jak np. Cień – które mają sporo do przekazania, ale nie są tak rozpoznawalne.

KSM: Jak oceniacie w ogóle krakowską scenę muzyczną? Nie chodzi mi tylko o tą metalową, ale w ogóle? Śledzicie to, co się dzieje w krakowskiej muzyce?

Misiek: Jak najbardziej. Staramy się chodzić na koncerty, słuchać regionalnych kapel. Ja uważam, że scena metalowa, bo jednak głównie w takim środowisku się obracamy, jest dość mocna. Mimo to, że w skali krajowej może nie są to kapele rozpoznawalne, to tutaj cieszą się wielką popularnością. Mówię tu np. o Jenna Eight, Terrordome…

KSM: No tak, oni już grają trasy zagraniczne… A słuchacie jeszcze czegoś oprócz metalu?

Darek: Oczywiście. Gdybyśmy słuchali tylko jednego gatunku, to przekładałoby się to na naszą muzykę. Byłaby przewidywalna i pewnie w pewnym momencie nudna. Ja osobiście lubię sobie posłuchać hip hopu, czasem elektroniki. Dużo się skupiam na trip hopie – z tego też można bardzo dużo dla siebie wyciągnąć.
Janek: Ja słucham absolutnie wszystkiego oprócz disco polo, reggae razem z pochodnymi czyli np. ska czy raga. Nie wiem czemu, po prostu nie potrafię tego znieść… tak jak ambientu. A z pozostałych gatunków – wszystko. Gdybyś włączył płytę w moim samochodzie to usłyszałbyś soundtrack do „Lord of the Rings”, Goorala…
Misiek: Kolumbijski rap! (śmiech) Nie możemy się zamykać na jeden rodzaj muzyki. Ja bardzo dużo inspiracji czerpię z jazzu, bluesa. Jednym z moich ulubionych wykonawców jest Wojtek Pilichowski, Jarek Śmietana, Marcus Miller.
Janek: Konkluzja jest taka, że słuchamy wszystkiego, a tworzymy sludge metal.
Misiek: Dokładnie tak. Wszystko to wchodzi w to, co gramy.

KSM: Co sądzicie o kulturze chodzenia na koncerty w Krakowie?

Misiek: Niestety zanika. Dlatego zapraszamy na koncerty i apelujemy do ludzi, by na nie chodzili.
Janek: Jeśli chodzi o scenę metalową, to jeszcze nie jest tak źle…
Misiek: Chodzi o to, żeby ludzie zaczęli często chodzić na koncerty, płacili za nie.
Janek: Problem w tym, ze największy boom jest teraz na „jajościski i tunele”, czyli metalcory, gdzie na takim koncercie jest 200-300 osób w klubie typu KotKarola, natomiast średnia wieku tych ludzi to 17 lat. Natomiast jeżeli ktoś gra poważniejszą muzykę to trafia na starszych, poważniejszych odbiorców, którzy rzadziej chodzą na koncerty, niestety.

KSM: Nie uważacie, że kluby też powinny włożyć troszkę więcej wysiłku w promowanie swoich koncertów?

Misiek: Promocja w klubach jest bardzo słaba. Rozwiesić plakaty czy nawet zrobić wydarzenie na facebooku to nie wszystko. Trzeba po prostu robić coś więcej. Wiadomo, że nie każdy będzie chciał wykładać pieniądze na kapelę, które grają dwa tygodnie, ale tym starszym, doświadczonym powinno się bardziej pomagać w promocji.
Janek: Ja osobiście znam dwóch ludzi, którzy poważnie podchodzą do organizacji koncertów, tj. Świnia z Fleshworld i Daro z Mind Affliction, który robi m.in. Sadistic Festival. Ich mogę szczerze polecić. Bardzo poważnie podchodzą do sprawy i mają kontakty z największymi zespołami.

fot. Dominika Filipowicz

KSM: Uważacie, że granie za darmo psuje rynek?

Misiek: Najgorsze jest podejście typu: ja wejdę bo cię znam, jesteś moim kolegą. To bardzo irytujące. Wiadomo, że trzeba dowieźć sprzęt, opłacić akustyka… To wszystko są koszty. My zagraliśmy do tej pory 10 koncertów. Za dwa się zwróciło. Do reszty niestety dokładaliśmy.

KSM: Smutna puenta. Dzięki za rozmowę.

 

Rozmawiał: Bartek Szlapa

 

 

Komentarze

Powered by Facebook Comments