Directions in Music Nights

…Żeby ich sztuka ugryzła w tyłek

2013/04/02

4 koncerty na 16. urodziny. Tak w liczbach wygląda początek kwietnia, kiedy to w Harris Piano Jazz Barze, w ramach jubileuszu klubu, odbędzie się cykl koncertów pt. Directions in Music Nights. Za projekt ten odpowiedzialny jest Paweł Kaczmarczyk, młody krakowski pianista, który już został okrzyknięty „nadzieją polskiego jazzu”. Opowiedział nam o tym, co tak naprawdę znaczy dla niego ten tytuł, o graniu na Woodstocku, o „weekendzie od sztuki” i, oczywiście, o Directions in Music Night.

Więcej o koncertach z cyklu Directions in Music:

4.04 – ELVIN JONES: PAWEŁ KACZMARCZYK + KAZIMIERZ JONKISZ
5.04 – RAY CHARLES: PAWEŁ KACZMARCZYK + JORGOS SKOLIAS
6.04 – STAN GETZ: PAWEŁ KACZMARCZYK + JANUSZ MUNIAK
13.04 – THE HEADHUNTERS: PAWEŁ KACZMARCZYK

 

KSM: W najbliższym czasie czeka nas cykl ciekawych koncertów jazzowych w klubie Harris Piano Jazz Bar. Możesz nam przybliżyć to wydarzenie?

Paweł Kaczmarczyk: Directions in Music Nights to cykl koncertów, w których zagrają jedni z najlepszych muzyków jazzowych nie tylko w Polsce, ale i Europie. We wrześniu 2010 roku rozpocząłem cykl Directions in Music i od tego czasu zaprezentowałem 18 legendarnych artystów nurtu okołojazzowego. Sporo się tego nazbierało, dlatego postanowiliśmy zorganizować taki cykl koncertowy łącząc go z urodzinami klubu Harris.

KSM: Z tego co wiem, jesteś związany z tym klubem.

Paweł: W dzisiejszych czasach słowo “klub” jest nadużywane. Każdy, kto ma knajpę, gdzie grają muzycy na żywo, nazywa to klubem. A Harris to akurat jest takie prawdziwe muzyczne miejsce. Zawsze można tam było posłuchać fajnej muzyki i porozmawiać z ciekawymi ludźmi.

KSM: Co zaprezentujecie podczas koncertów z cyklu Directions in Music Nights? Standardy, utwory z Twoich płyt?

Paweł: Będą to utwory z repertuaru wielkich mistrzów jak Elvin Jones, Stan Getz, Headhunters, Herbie Hancock czy Ray Charles, często znane, ale przeze mnie przearanżowane.

KSM: Co takiego odnalazłeś w jazzie, czego nie ma w bluesie czy rock’n’rollu?

Paweł: Miałem przyjemność obracać się we wszystkich tych gatunkach. Grałem rzeczy rockowe i dobrze się w nich w czułem. Rzecz w tym, że w pewnym momencie przestałem się w tych gatunkach w pełni realizować jako muzyk, chciałem czegoś więcej. Muzyka improwizowana daje mi właśnie to coś… i to jest inspirujące.

KSM: Czujesz się młodą nadzieją polskiego jazzu?

Paweł: Osobiście wolę określenie „muzyka improwizowana” niż jazz. Nigdy się nie zastanawiałem nad tym tytułem. Nie przywiązuję wagi do rankingów i plebiscytów, bo są niedoskonałym wyróżnikiem jakości. Ktoś jest nazywany nadzieją … no dobrze, tylko na co? Co z tego? Co to zmienia? Owszem, czuję się wyróżniony, ale wydaje mi się, że na ten tytuł zasługuje również wielu młodych kreatywnych muzyków w Polsce.

KSM: Wielu młodych ludzi marzy o tym, aby grać koncerty na całym świecie. Jak to jest, gdy już złapie się króliczka? Euforia nie opada?

Paweł: I tak i nie, dlatego że jest przyjemnie, ale coraz ciężej. Wiesz, ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak tak naprawdę wygląda praca muzyka. Ostatnio widziałem na facebooku pewne zdjęcie, które przedstawiało górę lodową. Lwia część tej góry była pod wodą, tylko jej czubek wystawał ponad powierzchnię. Ludzie widzą właśnie ten czubek. A w rzeczywistości jest tak, że zawodowy kierowca po przejechaniu 500 km i dotarciu na miejsce otwiera piwko i spokojnie idzie spać, aby następnego dnia ruszyć dalej. My po przejechaniu 500 km zaczynamy pracę. Poświęcamy wiele godzin na przygotowanie materiału, próby, komponowanie i produkcję koncertu lub płyty. To wielokrotnie czas spędzony w samotności w ćwiczeniówce. Wiele godzin mozolnych przygotowań tylko po to żeby zagrać godzinny koncert. To nie tylko praca na cały etat. To osobliwy styl życia.

KSM: Jesteś też organizatorem festiwalu Jazz Juniors. Trudniej jest być muzykiem czy organizatorem?

Paweł: Organizatorem. Miałem styczność z różnymi organizatorami jako muzyk. Wiem doskonale, kiedy ktoś próbuje oszukiwać, a często się to zdarza. Obiecują złote góry, a potem jest jak jest. Poza tym zmaganie się z przeciwnościami, które towarzyszą organizatorom podczas tworzenia dużych przedsięwzięć kulturalnych jest dość wyczerpujące. Trzeba być bardzo charyzmatyczną postacią, żeby się w tym świecie odnajdywać, jednocześnie zachowując uczciwość wobec siebie, publiczności i samych twórców.

Żyjemy w czasach, w których przemysł muzyczny – że tak to brzydko nazwę – nie wygląda już tak, jak kiedyś. Dochodzi do tego, że tak naprawdę za dużymi zespołami, które osiągają sukcesy, stoją potężne agencje PR-owe, których zadaniem jest pchać tę muzykę dalej. Raz jest ona lepsza, raz gorsza, ale ostatecznie nie wiadomo, kto o tym decyduje. Z pewnością nie słuchacz. Teraz nastały czasy „weekendu od sztuki”. Mamy w tym przypadku do czynienia bardziej z produktem rozrywkowym, z show. Trudno, żebym nazywał artystą kogoś, kto ma elementarne braki w zakresie współczesnego rzemiosła w danej dziedzinie. Przykładowo dla mnie tekst piosenki powinien reprezentować wypracowany przez wieki poziom wypowiedzi literackiej. Niestety język ubożeje – porozumiewamy się na poziomie facebooka, używamy skrótów, emotikon. Dlatego teksty piosenek też są coraz płytsze.

KSM: Ale czy z drugiej strony nie masz takiego wrażenia, że jazz robi się trochę… mainstreamowy? W radiu słychać Mazolewskiego, Stańko nagrywa czołówkę do programu rozrywkowego…

Paweł: Wiesz dlaczego tak się dzieje? Bo jest już takie stężenie „miernoty” muzycznej, że zaczyna się robić moda na niesłuchanie radia. Kolejne zabawne zdjęcie z facebooka, jakie ostatnio widziałem, przedstawiało kasetę. Kiedyś szukałbyś miejsca, żeby zmieścić kolejny utwór na tej kasecie. Teraz szukasz utworu, który by się nadawał, żeby go nagrać. Włączasz radio i, powiedzmy, raz na dziesięć minut słyszysz coś, co prezentuje jakikolwiek poziom. Reszta to typowo rozrywka, która absolutnie nie reprezentuje sztuki. Jest to, co tu dużo mówić, cios w plecy. Dzisiaj muzykiem może być ktoś, kto sobie kupi komputer. Producentem jest ktoś, kto nie zna nut, ale umie układać „klocki” w abletonie… i tak dalej. Powoli rodzi się na świecie trend, by znów wrócić do nagrywania płyt w taki sposób, aby to nie były produkcje nagrywane w odseparowanych pomieszczeniach. Obecnie często wychodzi to tak, że zaprasza się muzyków do studia, oni przyjeżdżają na tydzień, robią 20-30 podejść; albo nawet nagrywają wszystko w domu. Potem przychodzi do zagrania koncertu i okazuje się, że ci muzycy grają, jak grają. Producenci i ludzie siedzący w biznesie zaczynają się buntować, ponieważ zespół, który przyjechał na koncert robi niezły show ale brak mu dobrego brzmienia i feelingu. Wiesz, z demówkami jest jak z Photoshopem – wszystko można zrobić. Dlatego teraz producenci wolą nagrywać wszystko „na setkę”.

KSM: A czy faktycznie jest tak, że środowisko – nie chcę używać słowa „jazzowe”, skoro od tego terminu uciekasz; ale związane z muzyką improwizowaną – jest hermetyczne, zamknięte na inne wpływy?

Paweł: Nie sądzę. To jest indywidualna kwestia każdego muzyka, kwestia otwartości. Ja dlatego staram się trochę uciekać od jazzu i robić inne rzeczy, bo po prostu lubię pracować z różnymi ludźmi. Nie zastanawiam się, czy ktoś jest muzykiem jazzowym, czy nie. Nie chcę kogoś zmieniać na siłę, raczej staram się wyłapywać to, co dobre. Szukam kogoś takiego, kto wejdzie ze mną na scenę i zrobi rozpierdziel, kogo będzie to cieszyć. Nie chodzi mi absolutnie o butę i zmanierowanie, ale o pozytywne nastawienie, żebyśmy my mieli z tego frajdę, a ludzie dobrze się bawili. Bo ludzie to czują. Wiedzą, kiedy grasz, bo czujesz z tego radość, tak jak wyczuwają, kiedy wychodzisz na scenę i traktujesz ich z wrogą nonszalancją.

KSM: Mówiłeś o “produktach rozrywkowych zwanych piosenkami”. Czy Ty lubisz wprowadzać do swojej gry elementy rozrywki, na przykład przeróbki piosenek? Albo robić coś takiego, jak Leszek Możdżer na Sacrum Profanum, gdy zagrał Piano Phase na dwóch fortepianach jednocześnie?

Paweł: Muzyka popularna może być bardzo inspirująca. Na mojej płycie „Complexity In Simplicity” znalazła się aranżacja utworu „Blue Eyes” Eltona Johna. Grywam również w trio bardzo „powykręcane” przeze mnie utwory Raya Charlesa, Stevie Wondera i innych. Traktuję to jako okazję do zmierzenia się z oryginałem, który zazwyczaj jest już dziełem perfekcyjnie skończonym. Okazuje się, że zawsze coś ciekawego z tą muzyką można jeszcze zrobić i zinterpretować to w nowatorski sposób. Jeśli chodzi o Leszka to doskonale pamiętam ten koncert.

KSM: Co sądzisz na temat tego występu? Po zejściu ze sceny Leszek powiedział w wywiadzie, że nie było to dobre wykonanie. A ja słuchałem jak zahipnotyzowany.

Paweł: To jest kwestia jego geniuszu. Bez dwóch zdań Leszek jest muzykiem genialnym, totalnym i wie dokładnie czego chce. Jego produkt artystyczny jest najwyższej próby. Jest wzorem do naśladowania także pod względem sposobu, w jaki to wszystko podaje. Myślę, że zrobił bardzo dużo dla muzyki improwizowanej w Polsce, a jeśli ktoś to krytykuje, a zwłaszcza jeśli robią to muzycy, to są to muzycy, którzy na tym niestety nic nie ugrali. To po prostu zazdrość. Leszek jest wielkim muzykiem rozpoznawalnym na całym świecie, ma swoją charyzmę i jest to „produkt eksportowy”, który trzeba światu pokazywać i się z tego cieszyć, a nie mu zazdrościć. Ja mu tylko życzę, żeby znalazł trochę czasu dla siebie, bo wszyscy widzą ile osiągnął, ale nikt się nie zastanawia jakim kosztem. A Leszek oprócz tego, że jest geniuszem, jest przede wszystkim człowiekiem.

KSM: Ja cenię w nim to, że muzykę bardzo ambitną stara się pokazać w ciekawy sposób i nie boi się wyzwań, jakim na przykład było zagranie na Woodstocku. Ty zdecydowałbyś się na taki krok?

Paweł: Pewnie! Wyzwania są najlepsze. Granie bez podejmowania wyzwań jest bez sensu, jest stratą czasu. Występ na Woodstocku, na tak dużym festiwalu to wyróżnienie. Pozwala szybko trafić do bardzo dużej ilości głów i to nie w sposób typu “Ona tańczy dla mnie”.  To też przełamywanie ludzkiego myślenia, które zakłada, że taka muzyka się w danym miejscu nie przyjmie… Ale za to jeśli jednak się przyjmie, to jest się z tego dumnym. Tak samo jak ty, jako wykonawca, jesteś dumny z tego, że mogłeś im to dać. Mogłeś sprawić, że przez przypadek ich sztuka ugryzła w tyłek.

KSM: Jak w takim razie zareklamujesz nadchodzący cykl koncertów, aby zachęcić nawet tych, których to nie kręci? Tak, by przyszli i spróbowali jak to smakuje?

Paweł: Myślę, że najważniejsze jest to, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Pojawi się trochę funku, prawdopodobnie nie będzie stolików. To jest pierwszy powód – osoby lubiące tańczyć, a nie do końca odnajdujące się w jazzie naprawdę powinny pojawić się 13 kwietnia w Harrisie.

Drugim może być fakt, że usłyszenie w atrakcyjnym repertuarze tak wielkich gwiazd, które już wiele lat funkcjonują na scenie, może być nie lada gratką. Warto być na koncercie Kazimierza Jonkisza, bo to pierwszy w Polsce perkusista, który pod swoim szyldem założył zespół i wydał płytę. Współpracował ze wszystkimi liczącymi się muzykami w Polsce oraz z większością w Europie. Warto usłyszeć Jorgosa Skoliasa, w którego repertuarze jest przekrój muzyki od rocka przez etno do bluesa. Będzie też sporo piosenek Raya Charlesa, czyli takich, które znamy i lubimy. Słuchacze na pewno kiedyś się o nie otarli. I wreszcie warto zobaczyć Janusza Muniaka, który pokazuje, jak można być we wspaniałej formie mając 73 lata, wciąż być na scenie doskonale się przy tym bawiąc.

Mogę powiedzieć tak – wszyscy ci, którzy przyjdą na te koncerty, będą mieli okazją obcować ze wspaniałymi muzykami w unikalnych projektach. W 4 dni można odrobić zadania z dużego kawałka historii muzyki improwizowanej. Nie wiem, kiedy ponownie nadarzy się okazja, by uczestniczyć w takim wydarzeniu.

 

Rozmawiał: Bartek Szlapa

 

 

Komentarze

Powered by Facebook Comments