18595420_798090457031679_2642273262566637150_o

Zaściankowe gotowanie

2017/06/15

Mocno, psychodelicznie i głośno. Tak było na koncercie w Zaścianku za sprawą występu Blindead. Przybyli do Krakowa ze swoją znaną już płytą Ascension i dwoma supportami: warszawskim ROSK i krakowskim The Gentle Art of Cooking People. Fani mocnych brzmień i ciężkich riffów nie mogli przejść obok tego zestawu obojętnie, czego dowodem była wypełniona po brzegi sala klubu. Praktycznie już od pierwszych chwil, na własnej skórze odczułam pozytywne emocje zanurzając się w morzu dźwięków.

Pierwszy ogień rozniecili tubylcy – The Gentle Art of Cooking People. Panowie okazali się fantastycznymi “kucharzami”. Lejące się z głośników podane danie doprawione psychodelią smakowało już od pierwszego kęsa. Temperatura zaściankowego pieca powoli wzrastała i w powietrzu było czuć, że zapowiada się naprawdę dobry koncert. Jak można było się spodziewać, to nie były przeciętne garkotłuki. Mistrzowie sztuki kulinarnej, promując swój debiutancki album “o”, zagarnęli moją sympatię w całości tym wyjątkowym, muzycznym rytuałem. Na ich koncercie byłam po raz pierwszy i na pewno nie ostatni. Bijąca autentyczność i pełne zaangażowanie pozostawia ślad na długo. Intrygujący kwartet, przyozdobiony kapeluszami i doczepianymi brodami stwarzał atmosferę tajemniczości, która wymagała zbadania w najmniejszych zakamarkach. Moim faworytem stał się Dead Horse. Z każdym dźwiękowym kęsem można było zatracić się coraz bardziej w coś pięknego, niezdefiniowanego, co urzekło mnie w każdym calu. A wisienkę na torcie stanowił saksofonista – idealne połączenie. Bezapelacyjnie. Nawet jakbym chciała, złego słowa napisać nie mogę. O lepsze rozpoczęcie wieczoru byłoby trudno. Panowie postawili wysoko poprzeczkę.

Po muzycznej przygodzie z krakowskimi szaleńcami nastąpił czas na warszawiaków. ROSK do Krakowa przybył ze swym mocarnym, debiutanckim albumem Miasma. Publiczność ugotowana przez poprzedników nie straciła energii ani zapału na kolejne, muzyczne poczynania. Całość stanowiły tylko cztery i aż cztery, powolnie rozkręcające się kawałki. Było chłodno, ciemno i mrocznie, a chyba to było w zamiarze młodych muzyków. Stonowane dźwięki płynnie łączyły się z mocnym wokalem i nagłym uderzeniem muzycznego chłodu. Całkiem przydatne okazały się te chłodne klimaty biorąc pod uwagę wysoką temperaturę jaka panowała wewnątrz klubu. Ostatni kawałek z płyty, Beneath the Light trwający ponad 20 minut nie znużył swą długością. Wręcz przeciwnie, to chyba najciekawsza kompozycja z całej potężnej czwórki, spinająca całość solidną klamrą mrocznego, atmosferycznego metalu.

Na koniec, przybyły z nad morza, dobrze rozpoznawalny na polskiej scenie post-metalowej zespół Blindead ze swoim zeszłorocznym albumem Ascention. Ależ jakie to było godne zakończenie! Od razu widać, że trójmiejska grupa jest w bardzo dobrej formie. Było głośno, ale też miejscami spokojnie i melancholijnie. Te momenty zapadły mi w pamięci najlepiej. Mimo duszności jakie panowały w klubie można było poszybować w głąb własnej wyobraźni. Długo trzeba było czekać, ale cierpliwość została nagrodzona – Hearts poszedł na końcu. Z reakcji publiczności wnioskuję, że nie tylko uwielbiany przeze mnie. Chyba najbardziej rozpoznawalny. Razem z Gone to moje dwa faworyty z ostatniej płyty, wpadające nawet niekiedy w klimaty space-rockowe, hipnotyzujące i nadające coś nowego, czego na wcześniejszych krążkach nie było.

Zdecydowanie to był jeden z najlepszych koncertów na jakich byłam w ostatnim czasie. Począwszy od znakomitej rozgrzewki publiki przez mistrzów sztuki gotowania, niewątpliwie wzbijających się na wyżyny, poprzez zgłębianie mroków dzięki ROSK, aby na koniec dotrzeć na górę z hipnotyzującymi widokami malowanymi przez będących w znakomitej formie Blindead. Nic dodać, nic ująć. To po prostu trzeba usłyszeć na żywo. Jeśli będziecie mieć taką okazję, nie zmarnujcie tego!

Sandra Rogozińska

 

Komentarze

Powered by Facebook Comments