bass

Wycięte z Gazety: Bass Astral x Igo

2017/01/30

Dwóch rockmanów bawi się w elektro. Wokalista Igor Walaszek i basista Kuba Tracz, obaj na co dzień grający w Clock Machine, po zmroku zakładają kaptur, glany i z buta wyważają drzwi do waszego ulubionego klubu. Oni mają własną wizję muzyki elektronicznej. Debiutancki krążek otwierają numerem Lipstick, czyli coverem Red Lipstick Clock Machine, przerobionym na gładko brzmiący przebój. Tu jeszcze rewolucji nie słychać, ale za chwilę… Walaszek ma chrypę jak Daniel Olbrychski w filmowym klasyku sprzed lat. Ale potem słuchasz więcej i dochodzisz do wniosku, że w rockowej odsłonie nie zawsze można wszystko z głosu wydobyć, a tu, dzięki mnogości rozwiązań, jakie proponuje w swoich produkcjach Tracz, Igor może pocieniować, wydobyć sens niebanalnych tekstów i rewolucja gotowa. Są tu przeboje? Człowieku! Co najmniej kilka. Mój numer jeden to Desire, który ma coś z Simply Red i starych, zdartych płyt Jamiroquai. Porównanie celowe, bo i pop w tym jest, flirt i charakteru też nie brak. Nie bez szans na listach jest też daftpunkowe Tecno, z pulsującym basem Astrala. Różowe lata 80. dają z kolei po uszach w It’s only emotion – w gładkich gitarach i synthpopowych aranżacjach. Kulminacyjnym punktem albumu jest Fire the night, gdzie gitara i bit łączą się w jednym kawałku (ba, pocisku!), który burzy standardowe myślenie o muzyce. Oto i oni. Niby od niechcenia, tak prosto, a z jakim pomysłem. Świeżość – to najważniejsza cecha ich pierwszej płyty. Oby nie ostatniej. Bass Astral x Igo to muzyka dla rockmanów zmęczonych noszeniem skór i glanów, ale i dla producentów elektroniki, którym skończyły się pomysły na bity. Idźcie na ich live act, posłuchajcie na mieście. Discobolus to sztos!

Przemysław Bollin

Recenzja pochodzi z 4 numeru Gazety Magnetofonowej. Przedruk za zgodą redakcji.

Komentarze

Powered by Facebook Comments