maxresdefault

To dla ciebie gra, twoje radio (UFO)

2018/07/16

Dark Days to, po Demo 2009Radio Ufo, trzeci solowy (a drugi pod szyldem Radio UFO) album Jacka Bilińskiego – na co dzień gitarzysty Wicked Heads, niegdyś nieodżałowanego Dr Zoydbergh i choć sam autor twierdzi, że traktuje działalność solową na równi z macierzystym zespołem, to da się wyczuć, że jest to granie na boku. Precyzując należy dodać, że nie jest to żadna wada, bo płyta jest niewymuszona, zagrana i zaśpiewana bez oglądania się na mody i słuchając jej nie mam wrażenia, że są to jakiekolwiek odrzuty.

Z drugiej strony, gdyby Fog został zaśpiewany przez Kasię Miernik to mógłby być umieszczony na albumie firmowanym Wicked Heads. Zresztą, w nagraniu Dark Days gościnny udział wzięli zarówno Wojtek Siatkiewicz, jak i Mariusz Wróblewski, czyli sekcja rytmiczna Wicked Heads, ciężko więc uciec od porównań. Ale zostawmy na chwilę skład personalny, bo porównań, skojarzeń i mniej lub bardziej świadomych odniesień muzycznych jest na tej płycie na pęczki. Już otwierający album utwór Rebel sprawia, że sprawdzasz czy czasem nie wrzuciłeś do odtwarzacza jakiegoś albumu Becka, Apocalypse mocno kojarzy się z klimatami eksplorowanymi przez Me and That Man albo, w końcu jesteśmy w Krakowie, Them Pulp Criminals. Z kolei słuchając instrumentalnej Dziczy zastanawiałem się kiedy usłyszę wokal Wiśni, bo to przecież na pewno numer Hard Times. Najbardziej wyrazistymi i zapadającymi w pamięć numerami wydają się być 69 i I Want To (te klawisze to z Faith No More przecież, świetne), choć przy takiej rozpiętości stylistycznej ciężko wybrać jednego faworyta, w każdym jest bowiem coś interesującego. W części jest również coś jakby niedopracowanego, co trochę wstrzymuje entuzjazm. Weźmy na przykład Do it – z takim riffem to przecież murowany przebój, ale brak żywych bębnów ściąga tę przebojowość w dół. Trzeba jednak pamiętać, że jest to album nagrany w sypialni, w zdecydowanej większości przez jednego zawodnika, który umiejętność komponowania i posługiwania się gitarą opanował w takim stopniu, że nie wiem gdzie miałby mu się jeszcze zmieścić talent do bębnienia. Z drugiej strony, według wkładki w I want to mamy do czynienia z perkusyjnymi samplami a numer prze do przodu jak szalony. Wracając do skojarzeń, jak się słyszy solo w Hope to się ciśnie na usta: Drogi Jacku, ty z Dr. Zoydberghem może i skończyłeś, ale on z tobą na pewno nie. I oby, bo takie zagrywki to ja lubię bardzo. Grzechem byłoby nie wspomnieć o fantastycznej oprawie graficznej płyty. Jej autor, Łukasz Lenda, nie pierwszy raz współpracujący z  Bilińskim (solo i w zespole), w rozpoznawalny na pierwszy rzut oka sposób potrafił uchwycić ducha tego albumu przedstawiając muzyka grającego przy ognisku dla istot pozaziemskich. W punkt, bo na tej płycie jest i nieco ogniskowych motywów, sporo niespodziewanych zwrotów akcji, smaczków i wygibasów, które można odkrywać za każdy odsłuchem albumu. To krótka płyta, za krótka. Ale może to i dobrze, bo gdy się skończy reagujesz zdziwieniem, że to już koniec – i odpalasz od nowa.

 

 

 

Komentarze

Powered by Facebook Comments