10695081_818712621483876_1574167627_n

Soulstone Gathering czyli stoner na Kazimierzu

2014/09/30

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nigdy wcześniej nie pisałem relacji z niczego, więc nie wiem czy zrobię to po bożemu. Zapewne nie. Trudno. Pomyślałem sobie, że jedyny sens pisania takich rzeczy odnajduję w tym, że takie sprawozdanko będzie napisane z jajami, krytycznie i bardzo, ale to bardzo subiektywnie, a przede wszystkim szczerze. Tak też będzie.

18 września wybrałem się jako reporter-prawiczek na pierwszą edycje cyklicznego (jak mniemam) spędu pod wdzięczną nazwą Soulstone Gathering. Nie będę ukrywał, że z całego składu na plakacie rajcowało mnie głównie Purplehaze Ensemble. Pomyślałem sobie: wejściówkę dadzą za frajer, koledzy będą, wódeczki się napijemy smakowitej, papieroska zapalimy śmiesznego – czemu nie. No i w dzień imprezy mą twarz wykrzywił grymas, ponieważ piosenkarz Maciek się rozchorował i PHE wypadło ze składu. Wkurzony zacząłem rzucać kurwami i wygrażać Bogu pięścią, że będę zmuszony oglądać kapele, których nie znam i które niespecjalnie mnie obchodzą. Jeszcze pewnie nie spotkam nikogo znajomego, więc nie będzie do kogo gęby otworzyć – jednym słowem: sromota.

DSC09706.jpgWszedłem do klubu i… myliłem się. Na szczęście zobaczyłem kilka znajomych mordek. Przywitałem się z kim trzeba i poszedłem na dół zobaczyć co tam się ciekawego wyrabia. Gig odbywał się w nowym KocieKarola. Knajpa w nowej odsłonie prezentuje się bardzo sympatycznie. Szczególnie latem, kiedy w ogromnym ogródku można się wyczilować z piwkiem w łapie.

Na stronce wydarzenia organizator (z tego co zrozumiałem to panowie z Sun Dance) piał wielokrotnie, że impreza startuje punkt 18:00 i nie ma przebacz. Yeah, right – pomyślałem i nie myliłem się, obsuwa była około godzinki, ale na szczęście wszyscy zdążyli zagrać i nie było żadnej lipy (sąsiedzi kota nie kochają nocnych imprez).

DSC09730.jpgJako pierwszy na scenę wszedł zespół Black Smoke z Wrocka. Panowie na swoim facebooku reklamują się jako sludge metal/punk  i tak, z grubsza, można by określić ich muzykę. Dużo przesteru, dużo gruzu, tempa raczej wolne i średnie, chociaż zdarza im się rozpędzić, jak np. w coverze Siekiery Idzie wojna. Całość prezentowała się jeszcze nieco niedojrzale. Kompozycjom i aranżom brakowało ogłady, ale miało to nawet swój urok. Na uwagę zasługuje niezły wokal, przeszkadzało mi natomiast to, że Black Smoke prezentowali się na scenie dość… grzecznie. Jakby chcieli przeprosić za to, że tam stoją. Myślę, że band jest jeszcze młody i świeży, ma czas i szanse na to żeby się „wyrobić”.

Przerwa. Jak przerwa, to kolejne piwa, trochę gadaniny ze znajomymi i idziemy na drugi koncert. Tym razem grać miała kapela Death Swingers, o której (przyznaje się bez bicia) nie słyszałem wcześniej ani słowa. Nie wiedziałem nawet co grają. W sumie nie jest to znowu takie zaskakujące, ponieważ był to ich pierwszy gig ever z tym składem. Patrzę a na scenie montuje się… sumo z krakowskiego Dealera. „Oho…będzie grubo” – pomyślałem i… nie pomyliłem się ani trochę. Death Swingers było dla mnie zdecydowanie koncertem tego wieczoru. Tłuste, sążne rockandrollowe riffy mieszały się w totalnie zajebisty, przebojowy sposób z nastrojowymi partiami, a całość brzmiała jak bękart spłodzony podczas gangbangu, w którym udział brali członkowie Black Label Society, Deftones, Mastodona i Hatebreed. DSC09629.jpgRewelacja i totalny ogień z dupy na scenie. W przeciwieństwie do pierwszej kapeli, muzycy sprawiali wrażenie jakby byli ogrami, którzy mówią dużo „kurwa”, odgryzają od butelek piwa szyjki razem z kapslem, a w domu biją swoje żony kablem od prodiża. Dokładnie tego oczekuję po kapeli grającej mieszankę stonera i hc. Mam nadzieje, że to nie był ostatni raz kiedy usłyszałem o DS, bo chłopaki mają naprawdę wielki potencjał i szkoda by go było spaprać.

Następnie na scenę wkroczyła ekipa organizatorów, czyli Sun Dance, a razem z nimi południowy rock’n’roll. Pierwsze co rzuca się w oczy, a raczej w uszy, to naprawdę kapitalny wokal. Głos ma potężny i świetnie, z dużym luzem, umie nim operować. Niestety cała reszta wypada na jego tle nieco blado. Mimo, że ekipa prezentuje się całkiem nieźle i autentycznie, to niestety numery są po prostu trochę mało ciekawe. Mam nadzieje, że to z czasem się wyrobi.

DSC09683.jpgPo organizatorach nastąpiła nieco dłuższa przerwa i przyszedł czas na dwie gwiazdy wieczoru, czyli przybyszy z Ukrainy. Ile znacie rockowych, czy stonerowych bandów z Ukrainy? No właśnie, ja też. Zawsze wydawało mi się, że Ukraina to taka biedniejsza, brzydsza Polska, gdzieś tam na wschodzie, gdzie dopiero odkrywają Slipknot,  Britney Spears i Coca Colę. Pierwsza kapela, czyli Somali Yacht Club, szybko wyprowadziła mnie z błędu. Trio na scenie zaczęło wylewać z głośników nieco senną, bardzo przyjemną i nastrojową mieszankę stonera/shoegaze i retro psychodelii. Całość kojarzyła mi się nieco z naszym krajowym Ampacity. Kawałki napisane z wielkim smakiem i ten nastrój sprawiły, że słuchając Ukraińców zacząłem się rozglądać za jakimś leżakiem, na którym mógłbym się rozpłaszczyć z blantem i piwem. Muszę też przyznać, że moment, w którym wokalista zapowiadając numer Up in the sky powiedział, że dedykują go swoim przyjaciołom, którzy zginęli w wojnie, która teraz tam przecież szaleje, był naprawdę poruszający. Z całą pewnością Somali Yacht Club byli drugim najlepszym tego wieczoru występem.

DSC09747.jpgNastępnie na scenę wyszedł Etheral Riffian i w tym przypadku mamy już do czynienia z nieco bardziej bezczelną próbą rżnięcia z Electric Wizard czy Belzebong. Panowie z ER starali się mnie przekonać, że pośród ukraińskich stepów, paląc magiczne zioła, oddają cześć diabłu. Niestety, nie uwierzyłem im. Wyglądali trochę jak jakaś przypadkowa zbieranina, której wokalista dwa tygodnie przed trasą puścił pierwszy raz Master of realityDopethrone, po czym zaczął tłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Numery były nudne jak flaki z olejem, wokalista fałszował i muczał jak krowa przy porodzie, a jakby tego było mało, całość była okraszona krzywo wyświetlanymi „wizualiazacjami”, które przypominały bardziej te kolorki z Winampa puszczone na pełny ekran. Tutaj niestety muszę być na nie, Eternal Riffian sprawił na mnie wrażenie zespołu cieniutkiego jak dupa węża.

Za całą imprezę należą się oczywiście propsy. Zawsze z przyjemnością patrzę na to, jak komuś chce się coś takiego robić. Szczególnie, że rola organizatora bywa niewdzięczna. Możecie mi wierzyć  – coś o tym wiem. Ale to naprawdę fajnie, że komuś jeszcze się chce robić resuscytację tak zwanej niezależnej kulturze w mieście artystów, w którym na środku Rynku stawia się burdel Cocomo, a najlepszy klub koncertowy w mieście zamienia na knajpę disco polo. Organizatorom życzę wytrwałości i wszystkiego dobrego, chętnie wpadnę na kolejne edycje.

Andrzej J. Nowak

korekta: Igor Goran Kadir

więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj

Komentarze

Powered by Facebook Comments