Sayes, '2012'

Sayes – EP2012

2013/01/20

Sayes – EP2012
Do słuchania i oceniania trójki młodzieńców z Tarnowa podszedłem bez cienia uprzedzeń. Zespół SAYES nie był mi znany a i wiek ludzi, których zdjęcia zobaczyłem na zdjęciu w internecie zdradza, że są raczej na początku swojej działalności. No, może dane mi było jedno uprzedzenie – wynikające z wyglądu okładki. Dbałość o szczegóły widoczna w projekcie zwiastowała zespół profesjonalny. To oczywiście dobrze. Z drugiej jednak strony – gitara na okładce? No proszę… Nie dało się bardziej stereotypowo? Można pomyśleć, że zespołowi brakuje fantazji.
Pierwsze dźwięki wzbudziły we mnie wielką sympatię. Szczególnie brzmienie  – brzmienie nie tyle nowatorskie, co mało obecne na polskiej scenie. Można się domyślić, że dźwiękowiec i cały zespół włożył w jego osiągnięcie wiele pracy. Chłopakom udało się odtworzyć klimat, jakiego możemy posłuchać na stoner rockowych płytach Queens of the stone Age czy Eagles of death metal. Nie pozostali jednak wierną kopią pustynnych wielbicieli tequli i Marii Juany – charakterystyczne szybkie riffy, którymi przeplatają utwory wskazują, że muzykom nieobce są też dokonania amerykańskich zespołów  takich jak Foo Fighters czy Mars Volta. To naprawdę dobry wzorzec – w tym gatunku można grać transowo, energetycznie ale i w dobrym guście. Na dodatek w tym przypadku dobre wzorce idą w parze z dobrym wykonaniem. Autor kompozycji zdobył się na niebanalne riffy i sporo smaczków, które składają się w kawał dobrej roboty. Wokal, choć nie skupia zbytnio na sobie uwagi, pozostaje jednak czysty i mocny, co w Polsce niestety nie jest standardem.
Wszystko to skłoniło mnie do konstatacji, że mamy do czynienia z zespołem, który – mówiąc z przekąsem – jest za dobry i zbyt ambitny na sukces na naszym rynku. Z kolei jednak przy trzecim utworze okazało się, że zespół potrafi również obniżyć loty i zagrać coś dla ludu. Utwór „Ludzkie przypadki” to znakomity przykład piosenki przyjaznej radiu, o której śpiewa Jon Lajoie. Czyżby tarnowianom zachciało się zagrozić Rotary, Feelowi, RH+ i innym królom gminnych dożynek? Dość tych szyderstw… Ale cóż, bardzo mi nie podszedł i oni byli chyba świadomi tego co czynią. Kolejne utwory starają się zatrzeć to wrażenie. W utworze „Salem” powracamy jedną nogą na meksykańską pustynię, druga nogą stajemy już jednak na Wyspach Brytyjskich, gdzie zamieszkują takie zespoły jak Placebo, The Strokes czy Muse. Ostatni utwór o deklaratywnej do bólu nazwie „Uczucia” to dość konfudująca hybryda – ckliwa zwrotka z kręgu myslovitzowej garażowej przeciętności i zakończenie, któremu dzięki testosteronowym zastrzykom z przesterów wyrastają nagle muzyczne „włosy na klacie” i staje się dojrzałym, mocnym rockiem.
Po przesłuchaniu całości odniosłem wrażenie, że zespół kalkulował następująco: coś dla krytyka, coś dla miejscowego klubu i coś na ofiarę nadziei na komercyjny sukces. Może jednak być w tej metodzie szaleństwo – czy raczej – niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo polegające na – mówiąc językiem ekonomii – niesprecyzowanym targecie. Innymi słowy brak spójnej koncepcji co do tego co i dla kogo chcemy grać. To pragmatyczne podejście jakie prezentuje, jest zresztą typowe dla większości polskich garażowych kapel.
Ja sam chętnie bym się wybrał na koncert SAYESA, pod warunkiem, że obiecają pozostać w klimacie pierwszych utworów ze swojej epki, czyli w klimacie rasowego, bezkompromisowego rocka alternatywnego. Tak czy inaczej mogę spokojnie stwierdzić, że mamy do czynienia z zespołem o bardzo dużym potencjale i umiejętnościach. Oby wykorzystał swoje warunki do maksimum.

Komentarze

Powered by Facebook Comments