remember kind

Remember time when you were inside…

2014/07/31

W przypływie poczucia obowiązku kronikarskiego (również po to, by pokazać młodocianym czytelnikom jak wyglądała scena sprzed ery portali społecznościowych) jakiś czas temu uruchomiliśmy serię artykułów Zaginieni w Akcji. W pierwszym z nich (i na razie jedynym – tu mnie macie) ZbuK pisał o Nervach – jednym z legendarnych zespołów krakowskiego podziemia, który swoją muzyką inspirował nadchodzące pokolenia alternatywnych rockmanów (tak wtedy brzmiała alternatywa!). Kolejnym zaginionym na celowniku był ZOOiD, ale zespół zrobił nam psikus i… się odnalazł! Po dziewięciu latach od ostatniego koncertu 25 lipca 2014 roku zagrał ponownie. A ja – roztrzęsionymi z emocji dłońmi – spróbuję opowiedzieć Wam jak.

ZOOiD poznałem pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy to z pomocą starszego brata kształtował się mój niewinny jeszcze gust muzyczny. Z braterskiej dyskografii wyselekcjonowałem Pearl Jam i bohaterów dzisiejszej relacji. Obydwa zespoły, mimo że zapomniane i zakopane w podświadomości, do dziś pozostają dla mnie tymi najważniejszymi (z wielu, również pozamuzycznych, powodów). Sprawia to, że comeback ZOOiD to sytuacja z jednej strony wyjątkowa, z drugiej na swój sposób kłopotliwa. Bo czy jeśli wszystkie, bez wyjątku, koncerty grupy pamięta się jako niemal magiczne, to czy po nastu latach muzycy – nie dość, że żywi, z krwi i kości, to jeszcze starsi – będą w stanie zbliżyć się do “oryginału”? Zwłaszcza, że czas od ostatniego koncertu w 2005 poświęcili raczej na swoje prywatne sprawy niekoniecznie związane z muzyką.

Rozpoczyna rytmiczny puls basu i gitary, zdradzając nadchodzące Laura Song. W powietrzu czuć, że elektryzujące napięcie sprzed lat pozostało. Intro długie, cierpliwe, wyczekane. Do czającej się w ciemności kapeli dołącza wokal i rusza burza bębnów Maćka Ołowni – jeden z najbardziej charakterystycznych elementów muzyki zespołu. Po kulminacyjnej zwrotce, rytmiczny lynchowski fire walk with me odprowadza numer aż po aplauz wygłodniałej publiczności.

Michał Ołownia zaczyna intro do Smoke, jednego z najbardziej “moich” numerów ZOOiD. Na tym etapie już chyba wszyscy mają pewność, że będzie dobrze. Bardzo dobrze. Nie stracili nic ze swego blasku sprzed lat. Remember time when you were inside – pamiętają jeszcze i dają temu wyraz.

Kolejny utwór młodsza (lub niezapoznana) część widowni może kojarzyć z YouTube’a za sprawą zrealizowanego przez wokalistę zespołu, Mateusza Zarębę, klipu. Music zapowiedziany jest jako numer, dzięki któremu zespół istnieje, więc to ważna pozycja w koncertowej setliście.

Clockwork Orange Faza w całej swej rozciągłości pokazuje, że jeśli istnieje gitarzysta nieumiejący grać skomplikowanych solówek jeszcze bardziej niż Kurt Cobain, to jest to właśnie on. Dwoi się i troi, a wychodzi to bardzo nierówno i bardzo niedobrze – czyli dokładnie tak jak dziesięć lat temu. Jest to bodaj jedyny numer, gdzie Faza wychyla się poza swoje zwyczajowe ascetyczne, rytmiczne granie z charakterystycznym Gretschowskim phaserem (nomen omen), które jest zresztą, obok bębnów młodego Ołowni, podwaliną zespołu. ZOOiD bez Fazy i jego świdrującego pulsu nie istnieje. Pomińmy więc (i tak zbędne) solówki.

Mimo że zespół, jak sam wspomniany Faza twierdzi, grywał “chyba całą pierwszą płytę Pearl Jamu”, wersji studyjnej oraz oczywiście wykonania w piątkowy wieczór doczekał się inny cover – Siamese Twins The Cure. Głos Zaręby, kolejnego niezbędnego ogniwa krakowskiego zespołu, idealnie wpasowuje się w emanującą smutkiem Smithowską konwencję. Co ciekawe, sprawdza się on również w zupełnie odstających od The Cure, bardziej energetycznych numerach Led Zeppelin, czy wspomnianego Pearl Jamu, które zespół grywał za młodu. Z pozoru połączenie niewykonalne, a jednak działa znakomicie, co udowodnią już za chwilę za pomocą Tak Nie.

Tak Nie to jedyny tekst po polsku, bardzo dobry zresztą. Muzycznie jest utwór wyraźnym romansem z Toolem i – o dziwo – romansem absolutnie udanym, co na myśl o stylistyce popularnej wśród zespołów końcówki lat dziewięćdziesiątych z pewnością może zaskoczyć.

Na koniec, jak sam zespół twierdzi, “numer dzięki któremu naprawdę istnieją” czyli przez jednych uwielbiane, przez innych znienawidzone Hello Yellow. Ta jedna z wcześniejszych kompozycji zespołu ma wszystko, co definiuje ZOOiD: osadzony riff basowy, plemienne bębny, pojedyncze, wibrujące dźwięki gitary, melodyjny i melancholijny wokal. Składa się to w energetyczną, hipnotyczną, choć może lekko przydługawą całość.

Publiczność nie daje za wygraną. Nucąc ostatnie frazy z Hello Yellow domaga się bisu i bis dostaje. Ponownie zagrana Laura Song spina klamrą cały wieczór. Koda utworu to maksimum intensywności, przy której wcześniejsza część koncertu mogła by się wydawać zaledwie rozgrzewką. Kosmiczny trans. Długa, wyczerpująca improwizacja. Kulminacja.

I koniec.

Po kilku minutach nieustannych braw i skandowania, oświadczenie zespołu: “Miejcież kurwa litość”.

To Wy miejcie, przyjaciele – nie dajcie czekać dziewięć lat na kolejny koncert.

PS. Piątkowy koncert otwierał młodziutki Kind Of Venus, projekt stanowiący de facto połączenie nieistniejących już Sztucznych Kwiatów (bracia Igor i Krzysiek Herzykowie) oraz ZOOiD (Mateo i Młody). Stosunek objętości niniejszego akapitu do relacji z koncertu “gwiazdy” nie odzwierciedla w żadnym wypadku jakości koncertu “supportu”, który to był bardzo smakowity. Z pewnością ciekawym (czy nawet odważnym) posunięciem było zestawienie świeżej twórczości z tym, co połowa składu zrobiła ponad dekadę temu, a co zdążyło obrosnąć już pewną legendą. Czuję jednak, że nie na miejscu jest zbyt obszerna analiza, bo jest KOV wręcz zupełnie dziewiczy. Wije się jeszcze pomiędzy pozostałościami swej pierwotnej postaci (słyszymy VooVoo, które słyszeliśmy w Sztucznych Kwiatach), a riffowymi ciężkościami (słyszymy Dead Weather, które obiecano nam w KOV). Jako fanowi tego drugiego, numery wyraźnie oparte na basowym drivie znacznie bardziej przypadły mi do gustu. Jednak z niecierpliwością obserwuję rozwój i ewentualne połączenie obu tendencji. Na dłuższą metę obie potrafią znużyć, a zręczna mikstura może być kluczem do sukcesu (choć szukanie tegoż pozostawmy samym zainteresowanym). Poczekamy, posłuchamy, popiszemy.

Michał Wójcik

zapraszamy na fanpage zespołu

korekta: Igor Goran Kadir

Komentarze

Powered by Facebook Comments