5929915551_2b8ce56603_z

Pięć największych obciachów: Folk

2013/10/15

Drodzy czytelnicy,

W dzisiejszym odcinku pozwolę sobie spenetrować rejony koronkowych barchanów i wzorzystych gorsetów – innymi słowy, delikatnie dotknę kwestii folku… Nie, nie! Rockmani, jeśli na hasło „folk” macie ochotę wyłączyć stronę, skasować historię przeglądarki, a na koniec przejechać laptopa walcem, to wstrzymajcie się choć przez chwilę. Będę się bowiem koncentrował na tym, co w muzyce folkowej jest złe i komiczne, bezlitośnie nadużywane i manierycznie. Jestem pewien, że świetnie się dogadamy.

1. Skowyczenie z długim pierdem

Trudno mi ustalić, gdzie i kiedy usłyszałem ten patent po raz pierwszy. Sztandarowy przykład jego zastosowania, jakim jest pierwsza zwrotka Edelrezi Gorana Bregovića, usłyszałem, mając lat kilkanaście. A przecież jestem pewien, że katowany byłem tym złym dźwiękiem któż wie ile razy jako niewinne, nieświadome dziecko.

Patent na “Skowyczenie z długim pierdem” jest prosty jak przepis na zupkę chińską: bierzesz instrument – trąbę, trombitę, w wersji “światowej” didgeridoo, w wersji nowoczesnej klawisz – cokolwiek, co wydaje możliwie najdłuższy i najbardziej smętny pierd. Pierd ten dostojnie przeciągasz i przeciągasz – dosłownie ad infinitum. Robi on za tzw. tonikę, określając tonację utworu. Innych instrumentów w zasadzie być już nie musi, ale jeżeli już się uprzesz, to muszą być grane legato i nie częściej niż po jednym dźwięku na minutę. Następnie zapraszasz dziewczynę, która łka banalną melodię. Nie ma większego znaczenia jaką, ponieważ wszystkie łącznie z Ona tańczy dla mnie grane w ten sposób zabrzmią identycznie. Na koniec z jakiegoś powodu w polskich wariantach SzDP musi koniecznie paść słowo “Jasieniek” oraz “Matulu”.

I co więcej? No właśnie nic. Koniec. Kompozytor lub aranżer zainkasował honorarium. Zespół idzie na piwo. Jedynie klawiszowiec trzyma palec na jednym klawiszu, zadowolony, że nie musi szukać innych dźwięków. Wszyscy się cieszą.


(Ta pani tak pięknie śpiewa. Gdyby tylko ktoś jej skomponował w końcu utwór muzyczny…)

“Jakież to to mistyczne, jakież estetyczne’” – myślałem sobie, słysząc ten patent po raz pierwszy. Po setnym jednak razie do wyżej wymienionych epitetów doszedł jeszcze jeden: “Jakież to kurewsko nudne”. Bo cóż, praktyka wskazuje, że nawet filmy z Daną Vespoli mogą się w końcu znudzić, gdy ogląda się je zbyt często. A SzDP pojawia się bardzo często – musi się znaleźć na każdej płycie folkowej. Ba! – znalazłem się kiedyś na godzinnym koncercie, na którym wszystkie utwory zagrane były w ten sposób. Gdyby tego feralnego dnia nie działało mi wi-fi w komórce, pewno straciłbym zmysły. Częstotliwość, z jaką musimy się mierzyć z SzDP to jedno. Drugim problemem jest jego banalność. Stosowanie go jest po prostu pójściem na łatwiznę. Sama melodia nie jest kompozycją, a jeden basowy dźwięk nie jest aranżacją.

Wariant SzDP stosują modne ostatnio zespoły łączące folk z elektroniką. W takich przypadkach instalacja zespołu na scenie polega na wystawieniu laptopa tak, żeby srebrzące się jabłko było jak najlepiej widoczne w ostatnich rzędach. Skowyczącej wokalistce akompaniuje pierd generowany cyfrowo, okraszony czasem ściągniętym z internetu bitem. W wersji hiperobciachowej gość obsługujący laptopa kręci jakimiś gałkami, udając, że artystycznie moduluje brzmienie pierdu, dzięki czemu pierd z playbacku przechodzi do kategorii pierdu “na żywo”.

Problem zawarty w temacie pojawia się również w hollywoodzkich filmach. Zauważyliście, że w każdym filmie historycznym albo dziejącym się w egzotycznych krainach słychać tę samą muzykę? Szczególnie:
1. we wstępie, kiedy widzimy zbliżenie na mapę lub jakiś zamek z lotu ptaka;
2. kiedy w zwolnionym tempie odbywa się bitwa, w której przegrywają “dobrzy”;
3. kiedy bohater trzyma w ramionach umierającą kobietę albo przyjaciela.
Wszędzie tam usłyszycie dokładnie ten sam “Skowyt z Długim Pierdem”.

2. Kozie wibrata

W tym punkcie przejdziemy do kwestii białego głosu. Cóż to w ogóle jest? Wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie chodzi tu o jakiś wymysł pogrobowców Ku Klux Klanu. Nie można bowiem zaprzeczyć, że białe głosy mają również Czarni, choć trzeba zauważyć, że białe głosy Czarnych mają barwę ciemną… Nie wikłajmy się zatem niepotrzebnie w kwestię chromatyki. Ideę białego głosu sprowadzić można do zasady: “śpiewaj tak nieumiejętnie, jak tylko potrafisz”. Masz głos głęboki? Spłaszcz go i śpiewaj nosem tak, żeby się posmarkać. A po cóż? – zapytałby nieokrzesany racjonalista. – Bo tak drzewiej robiono.

Ta patologia występuje w paru odmianach, spośród których najbardziej przerażającą jest opcja “vibrato”. Takie śpiewanie nie brzmi już nawet jak śpiew, tylko jak skrzyżowanie skrzeku piekielnej żaby oraz odgłosu wymiotów demonicznego karła.

Setki lat rozwoju wokalistyki, tysiące lat badania anatomii kobiecych gardeł i rezonatorów piersiowych – wszystko po to, aby teraz położyć na to lagę i niszczyć gardła białym głosem. A może się mylę? Może w tym śpiewie jest jakiś charakter, którego po prostu nie dostrzegam? Hmm… Jeżeli śpiewanie niewłaściwym otworem w twarzy was fascynuje, to może rozpływacie się również nad pięknem fałszów i gubienia rytmu? W ten sposób dojdziemy do tego, że folkową wokalistką stulecia zostaje Mandaryna.

3. Pobrzdękiwania na gumie od majt

To samo tyczy się instrumentarium. Ktoś wpadł na pomysł, a ktoś inny podchwycił, że dobrze by było, gdyby skrzypce również zabrzmiały cholernie źle. Chowamy zatem do szafy Stradivariusa i zamawiamy u meblarza gęśle, brzmiące jak metalowa poręcz, po której jeździ pazur Freddy’ego Kruegera. Jakież to autentyczne. Pytanie tylko, czy ta tradycja jest w ogóle tradycją? Bo coś mi się zdaje, że ludowe Janki Muzykanty chętnie przerobiłyby swoje hipsterskie skrzypidła na podpałkę do grilla, gdyby tylko dysponowały keyboardem Casio. Czymże innym jest gala disco polo, jak nie autentyczną kontynuacją muzyki ludowej – w odróżnieniu od wszystkich festiwali folklorystycznych? No OK – to może przesada, ale na pewno zamieniłyby je na dobre, strojące skrzypce i miałyby w dupie całe rzekomo urzekające brzmienie gęśli.

Grajkowie, jeżeli uważacie, że źle brzmiące instrumenty są fajne, to idźcie do Tesco i kupcie gitarę za 99.99, która stroi do trzeciego progu. Jeżeli już macie – niestety – dobre skrzypce, to puśćcie na nie pawia, jeżeli macie bęben, to zróbcie w nim dziurę, jeżeli macie flet to napchajcie do środka krowiego gnoju. Będziecie tacy stylowi.

4. Jazzowe samogwałty

Zgodzicie się zapewne, że poza głodem, uciskiem i wojnami, jednym z najbardziej palących problemów, z którymi boryka się współczesny świat, jest ciągłe, uparte istnienie jazzu. Szczególnie odrażające oblicze problem ten ukazuje, kiedy jazzmanów wpuszcza się na festiwale folkowe. A niestety zdarza się dość często. Należałoby tu jednak wcześniej uściślić – chodzi o jazz nowoczesny, a nie jazz tradycyjny, z którym łączy go jedynie instrumentarium i rytmiczny groove. Jazz nowoczesny to po prostu awangarda czyli brak gatunku. Jak można połączyć muzykę ludową, która z definicji jest nastawiona na tradycję, powtarzalność, formę, z czymś, co istnieje tylko po to, żeby to wszystko dekonstruować? Nie chce mi się wdawać w wielkie dywagacje, po prostu wbijcie sobie do głowy, że to po prostu z definicji NIEMOŻLIWE. Co zatem robią jazzowe zespoły, które chcą wystąpić przed normalnymi ludźmi? Mianowicie urządzają losowanie tego, “kto będzie grał na lirze korbowej”. Bo ktoś musi zawsze grać na tej cholernej, wszechobecnej lirze korbowej, która dla jazzowych zespołów jest jedyną przepustką na festiwale folkowe. No właśnie – “folkowe”, bo przecież kryptojazzmani stają się przez chwilę “zespołem folkowym”. Wolne żarty. Kiedy znajdą się na scenie, kiedy tylko poczują się pewnie, nie próbują już nawet udawać, że chodzi im o coś innego niż o zagranie godzinnej dodekafonicznej solówki.

(niestety nie mam filmowej ilustracji, ponieważ nikt nigdy nie filmuje zespołów jazzowych)

5. Jestem chłopę ze wsi

Nie masz perkusisty? Nie chciało ci się nauczyć grać na normalnej gitarze? Po szóstym browarze jesteś w stanie przy ognisku zagrać Hej Sokoły, a po ósmym wznosisz się na poziom My Cyganie? Uważaj – to może znaczyć, że grasz w zespole folkowym. Wiem, że to może być dla ciebie bolesna wiadomość, ale nie martw się. Możesz tę ułomność obrócić na swoją korzyść – w Polsce rokrocznie odbywa się kilkadziesiąt dużych folkowych festiwali, na którym czasami nieźle płacą wykonawcom. Nie próbuj się nawet ubiegać o fundusze na festiwal rocka progresywnego – znacznie większe szanse masz na wygraną w Totolotka. Za to kiedy wspomnisz o folku, syta i nalana twarz urzędnika rozpromienieje niczym słońce o poranku, a z sakiewek poczną się sączyć strumieniami brzęczące jurki. Ale chęć zarobienia to pół biedy. Najgorsze, że niektórzy nawet wydają się być przekonani, że grają folk. W takich chwilach mam ochotę powołać komisję w rodzaju tej, która uznaje, co można, a czego nie można nazwać oscypkiem.

Druga sprawa jest taka, że rozmaici spece od folku, którzy najwyraźniej zażywają nadmierne ilości sporyszu i bieluniu, zaliczają do tego nurtu absolutnie wszystko, co im się nawinie. Weźmy na przykład taką Brodkę. Czy jest mi ktoś w stanie powiedzieć, z jakiego rejonu Podhala pochodzi przyśpiewka „Myśli moje samoistnie dążą do ejakulacji”? Kolberg nie słyszał, Krzyżanowski nie słyszał, ale bodaj wszystkie portale folkowe uznały Grandę za folkową płytę roku, ponieważ w jednym numerze przez dziesięć sekund słychać ponoć w tle jakiś ludowy brzęczoł.

6. Eneizacja kultury

Ten problem jest bardziej złożony i dotyczy kultury jako takiej. Obiegowa opinia głosi, że zjawisko przenikania kultur daje szanse na stworzenie nowej jakości i wzbogaca tych, którzy w nim uczestniczą. Oczywiście nie jest to pierwszy nonsens, który zyskał naukową otoczkę. W praktyce równie dobrze można by sformułować prawo socjologiczne głoszące, że częste mycie skraca życie, i przytaczać przykłady przedwczesnych zgonów wśród ludzi biorących codziennie kąpiel – „każda teoria znajdzie swego amatora”. W rzeczywistości pod wpływem masowej komunikacji i przenikania kultur muzyka folkowa prymitywnieje. Zjawisko to ma różne naukowe określenia – potworkowatość, bymcykacja albo eneizacja.

Jakże to – powiecie – a Chopin i jego mazurki? A Dead Can Dance i ich orientalne peregrynacje? A David Brubeck i jego Take Five inspirowane muzyką turecką?

Serio? Najchętniej słuchany mazurek Chopina osiągnął na youtubie imponujące tysiąc obejrzeń, kiedy tylko jeden efekt mieszania kultury europejskiej i azjatyckiej dobija właśnie do dwóch miliardów (tym razem nie mam na myśli Dany Vespoli). I nie jest to kwestia teledysku z wypiętymi tyłkami. Chopin po prostu nie jest lubiany, bo ośmielił się stworzyć coś nowego, a ludzie nowego nie rozumieją i nie starają się nawet zrozumieć. Stykając się z inną kulturą natychmiast szukają elementów wspólnych, dlatego żeby nie robić sobie obciachu, eliminują z własnej kultury to, co mogłoby być potencjalnie niezrozumiałe dla obcego, i oczekują, że obcy zrobi to samo. Ci wszyscy, którzy się nie dostosują, wyginą w procesie mieszania niczym neandertalczycy. W przypadku muzyki tradycyjnej dodatkowo winny jest nie oportunizm, ale to, że grając Góralu, czy ci nie żal, Góral zarobi po prostu więcej dudków.

W efekcie otrzymujemy kulturę uniwersalną, która dociąga do poziomu najniższej ze składowych i smakuje jak zgnieciony pomidor szklarniowy. Już dziś w całym świecie orientu, od Casablanki po Mumbaj, zamiast odgłosów lokalnych instrumentów przywita nas ta sama łupanka. To, że można to również zaobserwować od dawna w Europie, nie jest niczym zaskakującym. Absurd polega jednak na tym, że zjawisko to dotyczy również folku, który z założenia miał być dla niego przeciwwagą. Bałkańskie zespoły rezygnują z rytmu nieparzystego, Górale rezygnują ze swojej unikatowej skali, Cyganie z najlepszych ludowych muzykantów przedzierzgnęli się w disco-polowe potworki.

Efekt jest taki, że zespoły folkowe z różnych stron świata odróżnić można jedynie po językach, w jakich śpiewają. Pojęcie „folk” przestało opisywać zbiór tradycji muzycznych. Dziś oznacza jeden gatunek muzyczny, w dodatku schlebiający najniższym gustom. Po prostu jedyny wspólny mianownik muzycznych kultur świata sprowadza się do umpa-umpa. Zresztą zamiast nadużywać słów, wystarczy wrzucić taki na przykład link:

Innymi słowy – strasznym obciachem jest grać gatunek muzyczny, jakim jest folk. Granie prawdziwej muzyki tradycyjnej, zwanej też ludową, wcale być nim nie musi, pod warunkiem, że po pierwsze mamy pojęcie o lokalnej tradycji muzycznej, a po drugie, że jeśli już do niej sięgamy, to staramy się ją wzbogacić, a nie zeszmacić.

PS Wszystkich znajomych, których udało mi się obrazić, obrażałem już wielokrotnie wcześniej, więc zapewne są przyzwyczajeni.

Komentarze

Powered by Facebook Comments