clock-machine-b-iext6208774

PAPIEROWY CZOŁG

2012/10/15

Clock Machine 

Muzyczne media, szczególnie brytyjskie, żyją w strachu. Dziennikarze podskakują w trwodze na dźwięk dzwonka do drzwi, telefonu, faksu, klaksonu, tostera. Boją się, że to dziś, teraz, zaraz – ponury posłaniec, cokolwiek zachmurzony i schludnie odziany, przyniesie wieść ostateczną, wieść nienegocjowalną; wieść o śmierci rock’n’rolla. Wyleją wtedy morza, whisky podrożeje, oni wylecą z roboty a nad światem zapanuje bezdenna, dubstepowa noc.

Rock uśmierca się bowiem od lat, od dekad. Miał nie przetrwać rewolucji punkowej (która prawdopodobnie go uratowała), parę lat później złamać się pod naciskiem new age i new romantic a pod koniec lat osiemdziesiątych ponieść bohatersko-męczeńską śmierć z brudnych łap rapu. Wydarzenia, jak wiadomo, przybrały cokolwiek inny obrót. Rock nie dość, że przetrwał, dodatkowo wypączkowując z siebie po drodze grunge, to zamiast ścierać się z hip hopową pożogą – przybił jej pionę, który to fakt przywołał na światło dzienne tak jurne fakty historyczne, jak Beastie Boys, Rage Against The Machine czy Cypress Hill.

Nie przeszkadza to jednak panikarzom w regularnym podnoszeniu lamentu nad rzekomą agonią gitarowego nakurwiania. Konsekwencją tego trzęsidupstwa jest namiętne poszukiwanie zbawców rocka. Kim jest zbawca rocka? Cóż, prawdopodobnie chodzi o młodziaków (jak wiadomo, najstarszy zbawca w historii kuli ziemskiej nie przekroczył trzydziestego trzeciego roku życia), którzy wtargną z siłą wodospadu, wszystko rozpierdolą, poukładają puzzle na nowo, porwą tłumy, zapłodnią dziewice oraz wypowiedzą konkordat. Dzięki nim MTV znów będzie nadawać muzykę, skórzane pory przestaną być obciachem, flanelowe koszule wrócą do łask a na Prokocimiu znów będą rządzić metale. Ala kazaam.

Było parę mocnych wejść w rockowej historii współczesnej. Guns N’Roses, Nirvana, Stone Roses, Sex Pistols, The Stooges. Clock Machine nie jest jednym z nich. Clock Machine to tylko Clock Machine. Mimo, iż spore grono osób chciałoby, aby było inaczej.

Hype na skądinąd sympatycznych chłopców z Miasta Królów (i prezydenta) rozkręcił się do rozmiarów niebotycznych. W takich sytuacjach zwykle, zupełnie nieproszony, materializuje mi się na ramionach cały skład Public Enemy, szepcząc konspiracyjnie do uszka: don’t believe the hype, dude. Don’t believe the hype. Nie muszą. Nie wierzę w hype. Jednakowoż, wcale nie przez kontrast faktycznego stanu rzeczy do stopnia medialnego nabzdyczenia, Clock Machine nie porywa. Clock Machine nie porywa, bo zwyczajnie nie bardzo jeszcze ma czym. Gentlemen, I’m afraid I have decided to cancel the war.

Uprzedzając stęki oburzenia i tłumiąc gromadzącą się powoli pod moim oknem wrogą demonstrację – nie, nie jest to zespół zły. Broń Boże. No hate intended. Chłopcy grają. Jest to jednak a band, a nie the band. Panowie są, jak już wspomniałem, sympatyczni; Clock Machine słucha się bezboleśnie, a fragmentami – dobrze. Niemniej – larwa nie sięgnęła jeszcze gwiazd, toteż proponuję, drodzy Państwo, tymczasowo zdyscyplinować swój pękaty zachwyt. Spokojnie. Tylko spokój może nas uratować. Ja wiem, że nagrody, że telewizje, że festiwale, że Comy (choć akurat występy z tym zespołem nie jawią mi się bynajmniej jako przesadne wyróżnienie). Ja to wszystko wiem. Nie zmienia to faktu, że album Clock Machine uwiecznił materiał mocno przeciętny, w niewielkim stopniu stanowiący o sobie i – wreszcie – słabo wyprodukowany. Nie jest to bez wątpienia szczytowe osiągnięcie studia Psychosound. Talerze giną bezpowrotnie pod przesterowanymi gitarami, które z kolei prawdopodobnie wyczyszczono szczoteczką do zębów z całego rock’n’rollowego brudu, jaki miały szansę ze sobą nieść. Album groźnie trzęsie się, puszy, podskakuje, grozi i szczeka, ale nie gryzie. Możesz spokojnie zostawić z nim dziecko w jednym pokoju, nie zacznie się dziarać i ćpać. Zadzwoń teraz, a otrzymasz specjalną, limitowaną wersję Clock Machine dla klas 5-6. Posiada atest Instytutu Matki i Dziecka.

Wracając do meritum – co mamy na płycie? Z czego składa się bomba? Hm. Mamy tu sporo typowo amerykańskiego grania, love it or hate it. Jest dużo rock’n’rolla, trochę klasycznego hard rocka, są grunge’owe podmuchy. Spoko. To fajnie, że dzięki Clock Machine współcześni niepełnoletni i ledwie-co-pełnoletni zbliżą się do takich zagadnień, jak Aerosmith, Ugly Kid Joe, Blind Melon, Stone Temple Pilots i The Cult. Ha ha, właśnie. The Cult. Clock Machine zawiera – na moje ucho – wystarczająco dużo typowo cultowych patentów, żeby takie Electric czy Ceremony stało się wkrótce dla paru młodszych dusz sporym odkryciem. Znaczy – git.

Problem Walaszka. Owszem, istnieje taki. Osobiście reaguję skrajnie alergicznie na wszelakie intencjonalne małpowania Eddie Veddera oraz powielanie zużytej, znoszonej i zwyczajnie wieśniackiej maniery grunge’owej. Ja wiem, że szkoły na to przyjdą. Przychodzą od lat. Nikt, absolutnie nikt mi nie wmówi, że dla takiego Scotta Stappa namiętny gardłościsk jest najnaturalniejszą formą ekspresji werbalnej. Bullshit. Podobnie rzecz ma się z Igorem Walaszkiem. Fakt, ja generalnie nie lubię wokalistów jako instytucji, ale nic w większym stopniu nie zatruwa mi poranka, niż vedderujący nastolatkowie. (Po namyśle – symfoniczny koncert Comy na moim podwórku byłby jednak gorszy). Sytuacji nie poprawia również rzucane sporadycznie yeah! Herbaty, kochanie? Yeah! Posłodzić dwie łyżeczki? Yeah! Błagam.

Co jednak zostanie na Clock Machine, jeśli odejmiemy odeń – czy ten przymiotnik przejdzie mi przez gardło? – charakterystyczny, bądź co bądź, wokal? Nie za wiele. Otwierający album singlowy Bad man, siłą rzeczy sentymentalnie przywołujący między wierszami R.E.M.-owski Lotus, robi wszystko, absolutnie wszystko, aby rozkurwić sufit na imprezie. Nie rozkurwia jednak, w czym ewidentnie swój udział ma zagadkowe przesterowanie wokalu w refrenie i zwyczajnie, po ludzku – cieniutki potencjał energetyczny numeru. Uraz mięśni karku od intensywnego headbangingu nie grozi; numer jest jednakowoż jak najbardziej zdatny do spożycia. Inaczej rzecz ma się z drugim w kolejności i najsłabszym na płycie Psycho, którego egzystencja robi intensywne wrażenie kompletnie nieuzasadnionej. Utwór, harmonicznie jawiący się stuprocentową americaną, z nicości powstaje i, konsekwentnie, w nicość się oddala, nie pozostawiając po sobie jakichkolwiek wspomnień. Slash, prawdopodobnie, pisał lepsze kawałki na przerwach w gimnazjum.

No i tak, Panie Dzieju. Największy problem z Clock Machine jest taki, że przemija głośno, ale bez wyrazu. Ucho z zadowoleniem i satysfakcją owija się wokół pasemek disco w Feel it oraz poprowadzonych z wyczuciem, kozackich chórków w kończącym album Mefedron. Poza tymi fragmentami mamy do czynienia z wątłym i niskotłuszczowym hard rockowym przetworem. Ciężkie riffy (Mefedron, True) nie są ciężkie i przypominają raczej sernik z proszku niż ciasto domowej roboty. Powiedzmy to wprost: gdyby z takim materiałem wyskoczył kwartet brzuchatych i wąsatych pięćdziesięciolatków, nie byłoby piszczenia o rewolucji, świeżości i nadziei rocka. Jest październik 2012. W przypadku Clock Machine gra nie toczy się jeszcze o muzykę, toczy się o spontaniczność, jurność i młodość. Nic dziwnego zresztą. Tu popyt zawsze przewyższy podaż. Młodość to najtwardszy drag na oficjalnym rynku.

Ludzie! Jak was kocham, jak was wszystkich przytuliłbym z chęcią do swojego niewielkiego, ale chłonnego serca, proszę: pozwólcie chłopakom z Clock Machine po prostu pograć. Nie wmawiajcie im, że są nowym Led Zeppelin, bo nie są. Nie wmawiajcie im, że uratują rock, bo nie uratują. Nie wieszajcie na nich swoich wyliczanek, frustracji, nadziei i znudzenia. Clock Machine to bardzo fajna… demówka. Dobry materiał to oni nagrają, jeśli tylko dacie im na to, moi kochani, szansę i na chwilę przestaniecie pierdolić, jaka to rewolucja, petarda i zbawienie spotyka nas w osobach Walaszka, Koncewicza, Tracza i Wykurza. Nie spotyka. PR znów wyprzedził światło i dźwięk, tym razem o dobrych parę długości. Koszalin, Lublin, Rzeszów i Kłodzko też pewnie mają swoje Clock Machine – pod postacią zupełnie innych czterech chłopców, którzy fajnie się zapowiadają i których należy obserwować. (No dobrze, może akurat Kłodzko nie ma).

Z dużym niepokojem obserwuję fakt, że czterej młodzi dżentelmeni w tak młodym wieku pochwyceni zostali przez śliskie i nieprzychylnie pachnące łapska szołbiznesu. Z całego serca i duszy życzę Clock Machine jak najlepiej: stadionów, trasy po alternatywnych układach planetarnych i działek na Księżycu. Intensywnie wątpię jednak w szczere intencje wesołych panów w garniturach. Pozostaje mieć nadzieję, że chłopcy nie rzucą w związku z tym szkół. Ach, już rzucili… Fuck. No to zewrzyjcie, panowie, poślady i trzymajcie się. Mocno.

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

www.krakowskascenamuzyczna.pl/zespoly/clock-machine

Komentarze

Powered by Facebook Comments