o jeden most

O jeden coverowy most za daleko

2014/06/02

Dwudziestego trzeciego maja UDA nagrały DVD. Koncert odbył się w Alchemii – miejscu bardzo przyjaznym porąbanym dźwiękom. Nie odmówiłem sobie więc przyjemności uczestniczenia w całym przedsięwzięciu. Była obsuwa, świetny support, mnóstwo znakomitych gości i trochę coverów. Czy było warto?

Pędziłem na złamanie karku, żeby zdążyć na dwudziestą. Niepotrzebnie, jak się okazało bo gdyby wystartowali tak jak to ogłaszały porozklejane po całym mieście plakaty to wziąłbym udział w niemal prywatnym koncercie. Dopiero o 20:30 zaczęli schodzić się ludzie i jakiś kwadrans później przedstawienie się rozpoczęło. W roli wodzireja wystąpił Jaro Gawlik – człowiek orkiestra, postać zdecydowanie warta bliższego poznania. Publiczność wydawała się władać zgoła innym poczuciem humoru niż prowadzący, co jednak nie przeszkodziło mu w zapowiedzeniu supportu w zgrabny i niecodzienny sposób. A supportem był Karl Culley, bo kto inny mógłby sprostać tej roli? Niestety widziałem Culleya na wcześniejszych koncertach. Piszę niestety bo pamiętam szok jaki przeżyłem oglądając go po raz pierwszy, notabene, również przed Udami. Niepozorny facet z gitarą. Obawiałem się kolejnej bezsensownej kopii Dylana. Tymczasem dostałem serię sierpowych. Nie wiem jak ten gość to robi, ale włada gitarą w niezwykle skuteczny sposób, do tego śpiewając wprawiające w osłupienie piosenki. Grał prawie czterdzieści minut a zakończył widowiskowym Elephant Juice. Brawo, Culley!

Po chwili przerwy Jaro wprowadził w koncert gwiazdy wieczoru wierszowaną, przepełnioną absurdami zapowiedzią.  Uda zaczęły od utworu z… wokalem. I to nie byle jakim. Karkołomnego zadania zaśpiewania do tej muzyki podjął się Artur „Sis” Dębiński. Pierwsze, być może nieco przesadzone skojarzenie – Patton. W jednym numerze usłuszałem i ckliwe zawodzenie kastrata i prawie growlowe wrzaski. Rewelacja. Później UDA odegrały swoje The Best Of. Był i Diamentowy GruzinMłodzież Musi OdejśćUmyjcie Węgiel. Być może niefortunnie uzyłem słowa „odegrały”, bo dla każdego fana tej wariackiej formacji była to nie lada gratka. Oczywiście, żeby słuchacz nie popadł w rutynę, kolejnym utworem był nowy numer (premierowy?) o wdzięcznym tytule Naciągacz z Piekarni. Jeżeli w tę stronę pójdzie następny album to już zaczynam przebierać nóżkami ze zniecierpliwienia. W rolę wokalisty wcielił się również znany z PurpleHaze Ensemble Maciek „Macias” Kowalski i o ile w swojej macierzystej kapeli przyprawia mnie o gęsią skórkę o tyle tutaj nie wywarł na mnie większego wrażenia. Za to warto było posłuchać oszczędnego saksofonu Bartka Banasika.

Oprócz znanego z tysiąca wersji Diddley’owskiego Before You Accuse Me UDA porwały się na kilka innych coverów. Mi podobały się dwa. Pierwszy z nich to fenomenalne Life Is Easier Than You Think wydane ćwierć wieku temu przez freejazzowe Young Power. Fenomenalny utwór i takie również było jego wykonanie. Na przedzie stanął równie niepoczytalny co genialny Bartek Przytuła – facet śpiewający całym sobą. W chórkach, które może nie były wybitne, ale wpisały się świetnie w cały utwór, wystąpiły Kasia ChodońAnna Sitko. No i saksofon. Czad.
Po tym rewelacyjnym, ale jednak dość spokojnym i nastrojowym numerze trzeba było słuchacza pacnąć w potylicę TurbognojemEdwardem Penisorękim. Cios jak zwykle skuteczny. Z tym wielkim zaskoczeniem moje uszy przyjęły to co nastąpiło za chwilę. Krzywicki śpiewa Presleya. Niewiarygodne. Love Me Tender zabrzmiałoby co prawda jeszcze bardziej wierygodnie w jego wykonaniu gdyby się spasł niczym gumowa świnka, którą akompaniował mu Sieńczyk, ale i tak było to wzruszające wykonanie. I z coverów, które przypadły mi do gustu to by było, niestety, na tyle.

Rozumiem, że publika oczekuje coverów. Nie rozumiem natomiast dlaczego UDA te oczekiwania spełniają. Rozumiem, że Led Zeppelin to był zajebisty band (bo był). Nie rozumiem dlaczego nie można ich numerów przemielić i przerobić na coś równie pojebanego jak Człowiek Gulasz na przykład. Jedyny plus to solo Zawadzkiego w Rock’n’Rollu, ale i tak ten plus nie przesłonił mi minusa. Coż, wszystkiego mieć nie można.

Podsumowując: Gdyby nie dwa, trzy utwory za dużo (wolę niedosyt. Zdecydowanie) to byłby to jeden z najlepszych koncertów na jakich ostatnio byłem. Właściwie może się czepiam tych coverów żeby nie było zbyt słodko? Bo właściwie do niczego innego przyczepić się nie dało. Dostałem solidną dawkę nieoczywistych dźwięków, czyli dokładnie to na co liczyłem. UDAło się. Czekam na DVD. Dzięki, Panowie!

Komentarze

Powered by Facebook Comments