niszowe bledne kolo

Niszowe błędne koło

2014/11/06

SoundQ – Barbarians

Zacznę od banału: mamy kompleksy. O ile z tych związanych ze sportem czy jakością dróg  powoli zaczynamy się leczyć, o tyle nadal mamy problem ze sprzedaniem światu polskiej muzyki. Szeroko pojęty metal, progresywna, poważna i jazz sobie radzą, ale to nadal pewna nisza. W popie natomiast posucha. Chcący odnieść sukces, mają dwie drogi – albo od razu, za sprawą prostych tekstów, śpiewanych w języku ojczystym, melodii i patentów produkcyjnych będących na Zachodzie na topie 2-3 lata temu, uderzać w gusta typowego słuchacza stacji żółto-niebieskiej i/lub z nazwą zaczynającą się na zet, albo zrobić jeszcze rundkę po talent show, aby ostatecznie i tak trafić na tę pierwszą drogę (jeden Dawid Podsiadło wiosny nie czyni). Wszystko inne skończy jako nisza, bądź sztuka dla sztuki.

Piszę o tym, bo recenzowany zespół SoundQ chyba bardzo chce (chciał?) podbić świat. Albo chociaż mieć swoje kilka minut zagranico. Wybierając (bardzo ambitnie i słusznie!) swoją własną drogę, ostatecznie jednak wpadł w błędne koło niszy. Debiutancki album Barbarians wydali w Wytwórni Światowej (będącej oficyną Wytwórni Krajowej), o wsparcie w produkcji poprosili doświadczonego Szweda Dana Bergstranda, nagrali  11 kompozycji, stworzyli całkiem przyjemną otoczkę wizualną i wszystko zapowiadało się świetnie.

Synthpop nadal jest w modzie. Właśnie on jest wspólnym mianownikiem utworów na Barbarians. Nie można odmówić jakości takiemu Cargo Planes, a Elephants’ Graveyard to potencjalny przebój. Klawisze i orkiestracje, ciekawa sekcja rytmiczna, sprytne przemycanie przeróżnych efektów w tle (np. zsamplowany wokal Lisy Gerrard w otwierającym krążek utworze tytułowym). Wszystko w bardziej lub mniej tanecznym klimacie. Moim faworytem jest prawdopodobnie Five Finger Fillet – zbudowany na sekcji dętej, nieco funkowy.

Problem pojawia się gdzieś tak za połową płyty. SoundQ chcieli dobrze, chyba nawet zbyt dobrze. Dzieje się tyle, że trudno się skupić i zapamiętać. Wybija się spokojniejszy, balladowy Lizard Skin. Niestety, część utworów jest przeprodukowana, nieco barokowa, a nawet chaotyczna. Przez to niektóre kawałki nie dość, że wpadają jednym uchem i wypadają drugim, to jeszcze czasami męczą. A to już źle.

Tutaj wracam do tematu ewentualnego sukcesu. Polskiego rynku ten album nie podbił (głupi paradoks ZAiKSu – gdyby teksty były po polsku, stacje pewnie skusiłyby się na granie chociażby z uwagi na zapisy koncesyjne), zagranicznego tym bardziej. Szereg ciekawych pomysłów i udanych melodii ginie w nadmiarze efektów. Kuba Kubica, wokalista zespołu, też wzbudza mieszane uczucia. Śpiewa dobrze, choć czasami ze zbyt wielką ekspresją (albo, mówiąc wprost, manierą).

Ratunkiem mogą być występy. SoundQ na żywo widziałem dwa razy – jako support przed Jessie Ware i w takim samym charakterze przed Crystal Fighters. Na pewno energii mają za dwóch. Wiem, że krótkie występy, dla zapełnionej do połowy sali, przy słabym nagłośnieniu nie są miarodajne, ale nawet ta krótka dawka nie zmienia mojego zdania – przedobrzyli. I nie jestem z tym zdaniem osamotniony. Barbarians to dobry album, który został przekombinowany. SoundQ to dobry zespół, który chyba chce (chciał?) za bardzo. I tak wpadli w niszę, niszę pomiędzy różnymi bajkami. Dla popu zbyt hipsterscy, dla hipsterów zbyt popowi. Dla polskiego słuchacza zbyt zachodni, dla Zachodu zbyt „polscy”. Dobrze, że mają pomysły i potencjał – już tegoroczna epka EP2 pokazała, że idzie lepsze.

Jan Król

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

zapraszamy na fanpage zespołu

Komentarze

Powered by Facebook Comments