11212219_935181469836990_1581975398_n

Nierówno skoszona łąka

2015/05/07

Informacja o tym, że krakowskie zespoły będą występować podczas większości koncertów w ramach Juwenaliów AGH, ucieszyła mnie bardzo. Odczytałem ją jako znak, że coś się w Krakowie zmienia. Drobny to kroczek, ale jednak istotny. Pierwszą gwiazdą Juwenaliowych koncertów był zespół Łąki Łan. Wybrałem się tam tym chętniej, że Kraków reprezentował kolektyw SMKKPM Ultra – postrach konferansjerów niezawodnie rozkręcający każdą imprezę.

IMG_1446.jpgKoncert planowo miał zacząć się o godzinie dziewiętnastej i, kiedy zjawiłem się tam kilkanaście minut wcześniej, plaża AGH była puściutka. Zgodnie z planem punkt dziewiętnasta na scenę wkroczyło jednak dwóch konferansjerów, którzy w sposób żywcem wyjęty z komercyjnych stacji radiowych przywitali się z pustą plażą i zapowiedzieli zespół, skracając jego nazwę do „Ultra”. Jedynie pół numeru potrzebowali ultrasi, aby pod samą sceną pojawili się ludzie. Pod koniec pierwszego numeru było ich już tam dziewiętnaścioro (tak, policzyłem), a liczba ta rosła z każdym następnym utworem. Nie sposób odmówić im żywiołowości i połączenia chwytliwych melodii z prostym bitem i skwaszonymi elektronicznymi dźwiękami, ale tak naprawdę publiczność przyciągnął fakt, że zaczęli koncert w taki sposób, jakby mieli przed sobą tysięczny tłum. Pokazali, że mają swój, często nieźle porąbany, świat i zaprosili do niego publiczność, która z tegoż zaproszenia skorzystała wyjątkowo, jak na support, skwapliwie. Takie numery, jak Koniec świata, Miłość w niskiej rozdzielczości czy Porucznik Jastrząb to koncertowe petardy w bezkompromisowy IMG_1427.jpgsposób zmuszające ludzi do podskoków i machania rękoma. Panowie i Pani świetnie bawią się na scenie i widać, że mają do tego spory dystans, co jest jednocześnie ich zaletą, jak i przekleństwem. Zniknięcie w środku koncertu perkusisty na kilka minut ostudziło nieco publikę i, mimo że było to okraszone dowcipnymi komentarzami („zawsze idzie sikać  w środku koncertu” albo „zakochał się” ), to jednak nie wypadło to dobrze. Swoją drogą, nad tym, w kim zakochał się Wykurz, dyskutowały studentki siedzące obok mnie. Ciekawe, czy się dowiedziały. Znikający członkowie to jakaś plaga kapeli. Pod koniec koncertu ze sceny zniknął gdzieś Matełko King, czego efektem było nieco słabsze wykonanie bisów. Nie zmienia to jednak faktu, że granie bisów przez support (po ponad godzinnym koncercie!) to niecodzienny i bardzo przyjemny widok.

IMG_1440.jpgMającą trwać nieco ponad kwadrans przerwę spędziłem na delikatnie podszytej zazdrością i sentymentem obserwacji rzucających się piaskiem studentek i studentów, z pozazdroszczenia godnym uporem zbierającym kubki po piwie po to, by wymienić je na koszulkę. To se nevrátí, deal with it. Punktualność na początku koncertu i długość występu Ultry przestała mnie dziwić, gdy okazało się, że Łąki Łan każą na siebie czekać o pół godziny dłużej niż przewidywał to plan imprezy. Zaczęli jednak nieco po dziewiątej i od razu okazało się, że tradycji nagłaśniania supportów ciszej stało się zadość. Rozpoczęli nieco psychodelicznie i transowo, ale publiczność, która w międzyczasie zdążyła już szczelnie wypełnić plażę, została porwana niemal natychmiast. Ja potrzebowałem nieco więcej czasu, aby wkręcić się w klimat, ale i mi dość szybko udzieliła się tworzona przez zespół atmosfera. Koncertowo zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie funkowe momenty z ŁąkiŁandy IMG_1445.jpg(Galeon czy Big Baton) niż mocno osadzone w elektronice i zahaczające o techno transowe utwory z Armandy. Te mają również swój urok i płyty słucha się bardzo przyjemnie. Problem w tym, że przeplatanie tych dwóch klimatów ze sobą według mnie rozbiło ten koncert. Jammin’ natomiast udowodnił, że juwenaliowa muzyka to ska – gatunek przyprawiający mnie o gęsią skórkęm jednocześnie w tej wersji zmuszający do rytmicznego tupania nóżką. Zwłaszcza, że wokal Cokictokloca w tym numerze jest genialny. Wokale to, swoją drogą, jedna z wielu mocnych stron zespołu. Trzeba im też przyznać, iż nieco już nudnawy wizerunek sceniczny nadal jest bardzo spójny z nazwą, logiem, ksywkami  i przede wszystkim z tekstami kapeli. Być może nie robi to już takiego wrażenia, jak kilka lat temu, kiedy widziałem ich po raz pierwszy, ale to wciąż działa. Koncert zakończyli kilka minut przed jedenastą, na bis grając wolniejsze, ale mocno podszyte niepokojem Selawi.

IMG_1452.jpgOba koncerty były dość nierówne i nieco chaotycznie zaplanowane. O ile w przypadku Kuźni można zrzucić to na karb małego wciąż doświadczenia, o tyle Łąki Łan nie może się już tym tłumaczyć, co pozwala mi sądzić, że tak jednak miało być, a to z kolei jest dowodem na to, że Ultrasi świetnie pasowali jako zespół towarzyszący. Muzyczne dopasowanie jest tutaj oczywiste, teksty w przypadku ŁŁ są nieco bardziej skomplikowane i przemyślane, ale to, co najbardziej łączy oba zespoły, to fakt, jak świetnie bawią się na scenie i jak ta zabawa jest zaraźliwa. Organizacyjnie mógłbym przyczepić się do dziwnego systemu odbioru akredytacji oraz cichszego (choć zdecydowanie nie gorszego) nagłośnienia SMKKPM, ale byłoby to czepianie się na siłę. Tylko sprzedawców kiełbasek było mi szkoda. Kuźnia w roli supportu sprawdziła się wyśmienicie, a gwiazdy rozbujały publikę do granic wytrzymałości, więc nikt nie miał czasu na jedzenie. Ja też nie miałem, bo, mimo nierówności, bawiłem się świetnie, choć z tyłu głowy co jakiś czas migał neon oznajmiający, że jestem jednym  z niewielu trzeźwych uczestników imprezy.

więcej zdjęć z koncertu do obejrzenia tutaj.

Komentarze

Powered by Facebook Comments