jazzzzz

Najbardziej rock’n’rollowy zespół jazzowy

2014/09/11

Najbardziej rock’n’rollowy zespół jazzowy? Czy najbardziej jazzowy zespół rock’n’rollowy? Z takim rozważaniem musiałem się zmierzyć wychodząc w czwartek z klubu Piękny Pies na Kazimierzu po koncercie Pink Freud.

ALEŻ TO BYŁ WIECZÓR! Mimo tego, że wybierałem się z nastawieniem mocno sceptycznym, tym bardziej, że ostatni koncert Wojtka Mazolewskiego i spółki, który widziałem, był raczej średni, to jednak ten to było zupełnie inne doświadczenie. Co mogło być tego przyczyną? Klub? Publika? Utwory, które grali? Nie wiem.

Ale zacznijmy od początku, bo zanim doznałem wrażeń wspomnianych wyżej, przeszedłem przez mękę. Po pierwsze support. Nawet nie udało mi się zapamiętać nazwy, bo nie raczyli się przedstawić w trakcie koncertu. Może nie rozumiem takiej muzyki. Może nie jestem otwarty na nowe gatunki. Ale to co zobaczyłem przed Pink Freud, oficjalnie mogę nazwać najgorszym supportem jaki w życiu widziałem (a widziałem ich naprawdę dużo). Skrzypce, kontrabas, gitara elektryczna i chyba to był saksofon + elektroniczne nikomu niepotrzebne efekty – no, wiadomo, że z takiego połączenia nic dobrego wyjść nie może. Traumatyczne przeżycie. Zastanawialiśmy się skąd oni w ogóle biorą inspiracje na tworzenie takiej muzyki. Nie dało się nawet energicznie nóżką potupać (a chyba taka rola supportów jest – chyba, że czasy aż tak szybko się zmieniają). Przez chwilę przeszło mi przez myśl – Hawkwind – im bardzo dobrze wychodziło wprowadzanie publiki w trans dzięki swojej muzyce. Szkoda, że supportowi przed Pink Freud nie wychodziło to w żadnym stopniu.

Przeżyliśmy support, czas już na Pink Freud – co może pójść źle? Na scenę wchodzi gość z poprzedniego zespołu. Boże, oby nie druga część występu… Na szczęście i nieszczęście w jednym, przekazał tylko informację o spóźnieniu gwiazdy wieczoru. Niecałe 20 minut zmieniło się w 45, ale podobno hotel był zamknięty, i tylko jeden prysznic. Czy teraz coś może pójść źle? Ależ skąd. Pink Freud wyszło na scenę. Po pierwszym kawałku zapomnieliśmy o wszystkich poprzednich ‚niedogodnościach’. Kawałek w hołdzie dla mistrzów rocka, kawałek w hołdzie dla mistrzów jazzu (John Coltrane), dwa razy bis, no i ostatni utwór którego riff brzmiał dokładnie jak Ace of Spades (choć rozmawiałem potem z Wojtkiem, który zapewniał mnie, że akurat dzisiaj tego kawałka nie grali 😉 ). Muzycznie – fenomenalnie. Największe wrażenie zrobił na mnie perkusista, który przez cały koncert po prostu wymiatał, nie było miejsca nawet na najmniejszy błąd, mimo że zestaw miał naprawdę bardzo skromny. Pod sam koniec nie zobaczyłem nikogo siedzącego pośród publiczności.

Nie widzę potrzeby rozpisywania się nad dźwiękiem, światłem i aspektami technicznymi. Jakoś umknęły, w tak małym klubie nie są zbyt istotne. Nagłośnienie było przygotowane w bardzo dobry, jak na warunki klubowe, sposób. I właśnie to odróżnia ten koncert od pozostałych. To był koncert klubowy, przygotowany, zagrany, dostosowany do atmosfery klubowej. Nie było lśniących spodni, efektów, zespół i muzyka obronili się sami.

Gdy już powoli dochodzę do puenty, zaczynam rozumieć dlaczego ten koncert był o wiele lepszy od poprzedniego. Po pierwsze, klub był o wiele mniejszy, oraz wypełniony do ostatniej szczeliny. Po drugie, atmosfera o wiele luźniejsza, tutaj naprawdę czułem się jak na koncercie rockowym, sam zespół w krótkich spodenkach, trampkach – niby nic znaczącego, lecz moim zdaniem (jako człowieka który urodził się 40 lat za późno, w epoce w której muzyka została zabita) ma to bardzo duże znaczenie. Po trzecie, materiał idealnie dobrany. Zgodzę się więc z ich presspackiem – to po prostu jest najbardziej rock’n’rollowy zespół jazzowy. 

Komentarze

Powered by Facebook Comments