państwo środka - sublokator

Mówisz piwo, lejemy Żywiec

2014/07/14

Sublokator – Państwo Środka

We wrześniu 2011 roku sypiałem przy otwartym balkonie, nurzając się chciwie w ostatnich ciepłych nocach roku. Z nastaniem pierwszego weekendu października czar prysł, czy raczej: został brutalnie zdeptany buciorami skretyniałej watahy smarkatych jełopów. Zapadł zmrok. Nalałem sobie browara, włączyłem film o misji ratunkowej w kosmosie. Otworzyłem balkon.

Wydział Elektryczny! E-lek-trycz-ny, oooo! Tak się bawi, tak się bawi Elektryczny! Elektryczny, parara-rara! (Brzęk tłuczonej flaszki). Maks, pij, kurwa. Śpiewamy! Whisky, moja żono! Tylko tyś największą z dam. Na, na, na na na, na, jak to szło, kurwa. Chuj. Elektryczny, ole ole ole!

Zatrzasnąłem okna, zaryglowałem drzwi, na klamkach powiesiłem czosnek. Wykąpałem się w święconej wodzie. Na dachu zainstalowałem działo przeciwwieśniacze w trybie studentobójstwa. Pozbyłem się jedzenia, gdyż wiedziałem, że zapach suchej bułki może zwabić całą hordę. Nocami rzucałem z balkonu granatami, jednak ucierpiał na tym wyłącznie strażnik miejski oraz stara baba. Wydział Elektryczny powracał co wieczór. Jedyną szansą była likwidacja Lewiatana. Pozbawieni browarów za złoty siedemdziesiąt byliby bezradni. W nocy z wtorku na środę zaminowałem budynek. Podczas wykradania się przez piwniczne okno zostałem jednak zauważony przez leżącą pod stertą zjełczałych szmat studentkę Wydziału Odlewnictwa, która podniosła alarm. Była na szczęście zbyt pijana, żeby przyjrzeć się mojej twarzy. Uciekłem. Rano saperzy zabezpieczyli sklep, a ja zamówiłem bagażówkę.

Nie mam żadnych dowodów na to, że splute wódą karły z Wydziału Elektrycznego były fanami Sublokatora, jednak jest to bardzo prawdopodobne. Państwo Środka to bowiem dość miałka pozycja skierowana do targetu studencko-juwenaliowego – i to bardzo umiejętnie, bowiem na płycie znajdzie nieświeży żak wszystkie sprawdzone i ulubione składniki. Album zalatuje na grube kilometry wszystkim, co polskie, darmowe i podawane z Żywcem w plastiku. Mamy więc mnóstwo ścinków z Lao Che i Kultu, wymieszanych z obierkami po Świetlikach, Strachach Na Lachy i Püdelsach oraz okazjonalnym, mulistym doorsowaniem. Twój Morrison kupowałby AGH. Należy jednak podkreślić, że wbrew temu opisowi propozycja Sublokatora nie jest ani żenująca, ani obrzydliwa, tyko zwyczajnie słaba i zbędna.

Nie sposób nie zauważyć wyraźnie inteligenckich aspiracji Sublokatora i energicznej walki zespołu o wypozycjonowanie się w cieniu stosownych, juwenaliowych magnatów, trzymających twardą ręką akademicki rząd dusz. To, oraz typ uprawianej stylistyki, przywołuje skojarzenia z debiutanckim albumem zespołu Ur z 2001 roku, który jednak w przeciwieństwie do Państwa Środka był pozycją udaną i zaskakująco świeżą – zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że kwartet autorów zarabiał na chleb powszedni w przedsiębiorstwach Kazik Na Żywo i T.Love.

Nie pomagają w niczym Sublokatorowi teksty basisty Marcina Pawlika, wychodzące wręcz ze skóry w celu zaintrygowania słuchacza paradoksalnymi konstatacjami, błyskotliwymi obserwacjami oraz archaicznym słownictwem. Kwiatki, czy raczej psie grzybki pokroju: „echa w stanie ejakulacji”, „kaloszy idyllicznych” czy „odpręż się, pączusiu, misiu, serdelku czy jak ci tam” przynoszą jednak efekt odwrotny i wokalista Marcin Rusek, zamiast mistykiem, jawi się finalnie jako jedyny koleś w kapeluszu na imprezie. Dochodzą do tego pewne problemy frontmana z emisją głosu, a jako że ma on bardzo dużo do powiedzenia, głos w niektórych fragmentach płyty jest zwyczajnie nieczytelny. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że teksty Sublokatora ciążą w stronę nawijki wiecznego studenta, zdeterminowanego, aby poderwać zaczytaną w Toporze dupę z pierwszego roku, strata na jakości w tych momentach jest nieznaczna.

Płytę otwiera Hopsa, track zbudowany wokół riffu, którego nie powstydziliby się laureaci przeglądu kapel studenckich w Słomnikach, nafaszerowany kompletnie niezjadliwą, ciepłą kluchą patosu. Solo saksofonu (1:44) uderza w tony pompatyczne. Dramaturgia rośnie, papież obgryza paznokcie, łzy płyną po bladych policzkach, nie wiadomo już, kto jest mordercą. W wielkim finale klucha eksploduje, pozostawiając oblepionego skwarkami słuchacza sam na sam z apokaliptycznym, akordeonowym outro. Brakuje tylko logo TVP Kultura i napisów końcowych Teatru Telewizji.

Na szczęście dalej nie jest już tak źle, pomimo iż tytuł płytowej dwójki, Improwizowanego ataku depresji, nie zapowiada żadnej gradacji jakościowej. Utwór rozsądnie nie wyróżnia się absolutnie niczym. „Państwo wybaczą, lecz Państwa to nie zaboli i nie zakłuje”, mówi Rusek i należy się z nim w pełni zgodzić. Nie boli, nie kłuje, nie obchodzi. Skip track.

Mizeria zaskakuje zgrabną konstrukcją i świetnym gitarowym solo Tomasza Kosonia (1:31). Klimat budowany jest precyzyjnie i starannie, przestrzenie są szerokie, oddechy głębokie. Duży potencjał tracku obraca jednak wniwecz Rusek, emitujący z pasją farmazony o Zdzisiach, Waldkach, Czesiach, „pozaustrojowych ustach”, „przeciągu w sieni”, „masochistycznym związku z Państwem” i wspomnianym już „echu w stanie ejakulacji”. Konsekwentnie numer jest niestety niesłuchalny. Wieńczący refren zbitek słów: „podkulając kość ogonową” ledwie mieści się w takcie i brzmi jak dopchnięty kolanem. Szkoda.

Na wysokości czwartego numeru krystalizuje się główny skill Sublokatora: refreny, które od tego miejsca niemal do końca płyty zaaranżowane są zacnie i skutecznie haczykują. Szczególnie trafiony jest ten z Ziemi niczyjej, na podśpiewywaniu którego złapałem się pewnego upalnego popołudnia na kiblu. Syntezatorowo pobrzmiewająca fraza gitary na 0:13 wyprowadzona jest zaskakująco i trafia jeśli nie w dziesiątkę, to przynajmniej w solidną ósemkę. Coraz lepsze wrażenie mąci niestety nostalgiczna pamiątka po Viribus unitis Püdelsów, czyli wtórniacki riff rozpoczynający następną w kolejności Kiełbasę i banana. Piosenka kroczy woodstockowo-juwenaliowym traktem imienia punky-reggae. Wydział Elektryczny, ole ole ole.

Szóstka, Gotować się do wyjścia, poza kolejnym fajnym refrenem przynosi gościnny wokal Małgorzaty Burackiej, nieco dramatyczny, ale nieprzegięty. Jej pojawienie się powitałem z dużą ulgą, gdyż po akustycznym wstępie, przywołującym szerokim gestem debiut Strachów Na Lachy, nie można było mieć pewności, że za chwilę na horyzont zdarzeń nie wypełznie Grabaż we własnej osobie. Poza fajną, krzywą nutką saksofonu, track wpisuje się w formułę całości, nie pozostawiając w mózgu żadnych plików cookie. Refreny okazują się być nie tylko atutem, ale i ewidentnym przekleństwem Sublokatora, jako że kolejne piosenki wydają się być złożone wyłącznie z nich.

Przebój podsumować można tagami: kult, 1987, polski rock oraz ewentualnie fajne chórki. Płytę wieńczy Miasto pierwsze, czyli epickie starcie Sublokatora z psychodelią. Jego rezultatem jest trwające sześć i pół minuty brejowate doorsowanie, przystrojone solami klawiszy i gitary oraz dramatycznymi erupcjami złego szumu, bo ciężko jest inaczej określić to zjawisko dźwiękowe. Utwór, a wraz z nim cała płyta kończy się nieprzekonującą, discopodobną konkluzją. Koniec miszczostw, do widzenia.

Wiele osób usiłowało uwrażliwić mnie na majestat Sublokatora, który pomimo starań kompletnie umknął mojej uwadze. Kwintet z istotnie godną szacunku konsekwencją od 17 lat wozi drewno do lasu, bawiąc się przy tym toporami, kaloszami, serdelkami i dzwonnicami, wywalczając po drodze pewien fanbase oraz szacunek różnorakich środowisk. Samo Państwo Środka to parę szykownych refrenów z ośmioma oklepanymi piosenkami, które specjalnie nie irytują, nie absorbują, nie bulwersują, nie męczą zwierząt, nie sprzedają narkotyków dzieciom. Nie będę więc starszych kolegów obsmarowywał, bo nie wypada, do płyty nie wrócę, bo nie ma do czego, poezji Pawlika nie kupię, bo mnie wkurwia. Pax Romana, no harm, no foul.

 

Kuba Sieńczyk

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

zapraszamy na fanpage zespołu

korekta: Igor Goran Kadir

Komentarze

Powered by Facebook Comments