11310987_941406775881126_1925676695_n

Melodia (nie)ulotna

2015/05/25

Ostatni dzień Juwenaliów organizowanych przez AGH odbył się pod znakiem dwóch frapujących żeńskich głosów. Chociaż preferuję męskie wokale, nie mogę odmówić talentu kobietom, które tego dnia pojawiły się na scenie. Pierwsza utalentowna pani pojawiła się punktualnie o godzinie dziewiętnastej. Rola supportu przypadła krakowsko-toruńskiemu kwintetowi The Fuse. Zespół zaprezentował się co prawda przed stosunkowo niewielką publicznością, ale zagrał tak, jakby przed sceną stał tłum fanów. Kolektyw zaprezentował twórczość, którą najprościej można opisać jako chillout, z wyraźnym zacięciem soulowo-funkowym. Od samego początku zachwycił mnie intrygujący soulowy wokal Agnieszki Sieńkowskiej. Nadawał kompozycjom charakteru i nadzwyczaj ciepłego klimatu. Sama wokalistka wydaje się być bardzo sympatyczną osobą, często mówiła do widzów i zarażała ich swoją energią. Bardzo tym u mnie zaplusowała, ponieważ dla mnie niezwykle ważna jest komunikacja z publicznością. Jeżeli zespół odcina się od publiki, to stwarza to pewien nienaturalny podział. U niektórych taka koncepcja się sprawdza, ale najczęściej bawię się lepiej na koncertach, gdzie zespół zauważa obecność widzów. The Fuse absolutnie postawili na komunikację i opłaciło się, bo publiczność była żywo zainteresowana zespołem. Większości udzieliła się radość płynąca ze sceny i stale się uśmiechała.

IMG_1479.jpgFormacja podczas występu zagrała materiał z wydanej własnym sumptem EPki Try it on. Mimo anglojęzycznej nazwy płyty, większość utworów jest w języku polskim. Twórczość The Fuse nie jest monotonna. Na zmianę raczyli nas to urokliwą balladą, to energetycznym kawałkiem. Spokojniejsze utwory, które nam zaserwowano, to m.in. Bliżej, NiewiaraBabie Lato. Energię pokazali w nieco bardziej funkowym repertuarze, takim jak Try it on oraz Zanim. Wykonali także nienagrany jeszcze utwór, wciąż istniejący pod roboczym tytułem – Kacprowy. Owa intrygująca nazwa nie jest żadnym artystycznym zabiegiem, albowiem pochodzi od imienia swego kompozytora – Kacpra Ivo Matuszewskiego, perkusisty zespołu. Mam przeczucie, że nazwa  ostatecznie się przyjmie, bo brzmi bardzo wdzięcznie i ciekawie. The Fuse poczęstowali nas także pięknymi coverami Rather Be brytyjskiej formacji Clean Bandit oraz Pumped up Kicks Foster the People. Bardzo lubię, gdy młody zespół odświeża znany przebój. Po pierwsze, to niezwykle ciekawe, a po drugie można sobie pośpiewać, co na koncertach bezwstydnie czynić uwielbiam.

IMG_1469.jpgPo eksplozji pozytywnej, funkowej energii, przyszedł czas na moment wyciszenia. Mela Koteluk kojarzy mi się właśnie z takim spokojnym, nieco melancholijnym klimatem. Idąc na koncert, z góry wiedziałam, że na szalone pogo nie mam co liczyć, chyba że sama je uskutecznię. Przez parę cudownych chwil miałam taki plan, ale na szczęście moje dziwaczne pomysły czasami nie znajdują okazji do uzewnętrznienia. Samej Meli chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Artystka ma na swoim koncie dwa albumy: SpadochronMigracje. Podczas koncertu przedstawiła nam swój repertuar zarówno ze starszej, jak i nowej płyty. W Strefie Plaża wybrzmiały zatem m.in. Melodia ulotna, Tragikomedia, Spadochron czy Fastrygi. Moim koncertowym faworytem jest Stale płynne z akompaniamentem w postaci ukulele, które dzierżył Tomasz Krawczyk. Bardzo przypadła mi do gustu także piosenka Migracje, ale o tym w głównej mierze zadecydował tekst i wpadająca w ucho melodia. Przyczepiła się do mnie i do tej pory nie chce sobie pójść.

IMG_1485.jpgWokalistce towarzyszyło sześciu muzyków, co oczywiście cieszyło mnie niezmiernie. Zawsze będę powtarzać z uporem maniaka: im więcej instrumentów na scenie, tym większa radość z odbioru muzyki. Ogółem mówiąc, zespół Meli Koteluk to grupa profesjonalistów ze świeżym podejściem do muzykowania. Całości zarówno słuchało, jak i oglądało się bardzo dobrze. Nie można tutaj zatem umniejszać roli oświetlenia, które było bardzo spójne i przemyślane. Idealnie pasowało do repertuaru   gwiazdy wieczoru. Jednak najlepszą ocenę artyście może wystawić tylko widownia, zatem Mela Koteluk zasłużyła na ich najwyższą notę. Publiczność bawiła się świetnie i chętnie śpiewała wraz z wokalistką. Namówili nawet muzyków na dwa bisy. Jako pierwszy wybrzmiał utwór Na wróble, a następnie grupa wykonała ponownie Żurawie origami, zażądane tubalnym głosem przez jegomościa stojącego za mną. Mogę mu jedynie podziękować, bardzo lubię ten numer.

IMG_1497.jpgWydaje mi się, że line-up ostatniego dnia Juwenaliów był strzałem w dziesiątkę. Był pewnego rodzaju wyciszeniem po szalonym, pełnym emocji tygodniu. W zeszłym roku na sam koniec studenckiego wydarzenia zaproszono rockandrollowy band Dr Misio. Wielu studentów deklarowało, że po takim szaleństwie niesamowicie trudno było im wrócić do szarej rzeczywistości. Dlatego koncert Meli, zakończony tuż przed godziną dziesiątą, był gwarancją, że da się jakoś w miarę bezboleśnie powrócić do swoich obowiązków. Ponadto organizatorzy postanowili uczcić zakończenie Juwenaliów odegraniem hejnału Miasteczka Studenckiego – melodii z Janosika granej na gitarze elektrycznej.

Jak mogę podsumować cały przebieg Juwenaliów? Bardzo pozytywnie. Repertuar był bardzo różnorodny i moim zdaniem każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Niezaprzeczalnym atutem były młode zespoły w roli supportów. Zawsze warto posłuchać czegoś nowego i świeżego. Każdy zespół  przekazał niesamowitą energię, którą można było wykorzystać jeszcze na wiele dni po zakończeniu wydarzenia. Nie mówiąc już o dręczeniu ich repertuaru przez parę kolejnych dób i nieustannym podśpiewywaniu. Mnie wciąż towarzyszy nastrój pokoncertowy i… melodia. Melodia, która – jak widać – jest nieulotna.

Dużo fajnych zdjęć z koncertu możecie obejrzeć tutaj.

Komentarze

Powered by Facebook Comments