18485915_1655124251183327_6309856313011315266_n

Meeowczący tygrys i Puszczyk na przystawkę

2017/05/19

Wiele jest rzeczy, które irytują mnie w tej robocie. To, że ciągle trzeba tłumaczyć, że nie jesteśmy bogatą korporacją i nie mamy milionowego budżetu. To, że ciężko zmotywować zespół wolontariuszy. To, że… Zresztą, wymieniać można by długo. Wszystkie te rzeczy przestają mieć jednak jakiekolwiek znaczenie kiedy widzę jak zespół, który jeszcze kilka lat temu był jednym z setek krakowskich bandów zaczyna dorastać i przepoczwarzać się w coś naprawdę godnego uwagi. Między innymi to zobaczyłem przedwczoraj w Alchemii.

Tam bowiem zespół Meeow zorganizował koncert promujący ich debiutancką płytę. To znaczy: kasetę, ale o tym później. Na początek support. Fejsbukowy opis muzyki duetu Puszczyk zawiera jedno słowo: „buczenie”. I faktycznie, słowo to bardzo do nich pasuje. Zaczęli ze standardowym, półgodzinnym spóźnieniem od długich, ciemnych, elektronicznych dźwięków, po około czterech minutach dokładając do nich rytm i gitarę. Pierwszy numer był faktycznie dość intrygujący i ciekawy. Drugi zresztą też, spokojnie mógłby odnaleźć się w roli ścieżki dźwiękowej do filmu Drive. Problem jednak w tym, że zadaniem supportu jest rozgrzanie publiczności przed głównym zespołem. W tej roli Puszczyk się niestety nie sprawdził. Bardzo chętnie natomiast poleżałbym na trawie i posłuchał tej muzyki w jakieś festiwalowe przedpołudnie.

Meeow występ rozpoczęło od pianina i smyków, które swą szlachetnością z miejsca stworzyły ciepły i przyjemny klimat. Jest to zresztą jedna z kilku zalet tego zespołu – połączenia smyków z elektroniką i beatboxem nie widzi się na co dzień.  Art of Outwitting Cats – jeden z kilku mocnych kandydatów na przebój zagrany został w towarzystwie akordeonisty Kuby Hubickiego, który swą grą nie wywrócił rzeczonego utworu na lewą stronę, jak to niestety często bywa w gościnnych występach, ale dołożył swoje, bardzo wysmakowane trzy grosze tam gdzie akurat ich brakowało. Gościnnie zagrał również Michał Sarapata, który na co dzień dzierży bas w zespole SALK. Trzeba przyznać, że w meeowowych dźwiękach odnalazł się, skubany, bardzo dobrze. A nie było to proste zadanie, bo repertuar septetu jest dość zróżnicowany, chociażby przez to, że w zespole nie ma jednego kompozytora i autora tekstów. Swój kompozytorski, tekściarski i wokalny talent ujawniła (z dozą uroczej nieśmiałości), dotychczas „tylko” grająca  na skrzypach, Magda Ślósarz. Do kogo biegniesz, to absolutny majstersztyk i nie wiem, kto tam u nich rządzi, ale ja chcę więcej! To zróżnicowanie nie oznacza jednak, że numery są niespójne, co to, to  nie! Łączy je klimat, łączy wspomniane już połączenie smyków z elektroniką, łączy je – fenomenalny – beatboxer, który pozostawiony na scenie sam z publicznością potrafi ją namówić do skandowania, wydawałoby się abstrakcyjnego pytania „co tam?” paszczowo do tego improwizując. I wychodzi to zupełnie naturalnie, nie ma w tym żadnej karykaturalnej pozy. Nie do końca udało się za to wspólne śpiewanie w Chasing the dragon. Obnażyło to gorzką prawdę – publiczność, która na lekcjach muzyki miała życiorysy Chopina i kolędy na flecie nigdy nie będzie potrafiła zaśpiewać czegoś, co jest choćby odrobinę bardziej skomplikowane niż rytmiczne la, la, la. Kolejnym czynnikiem stanowiącym o wyjątkowości Meeow jest ich naturalność. Nawet gdy namawiają do wspólnego śpiewania i nawet gdy to się nie udaje, to absolutnie nie jest to żenujące, jak w 99% innych tego typu wymuszonych sytuacji.

Żeby nie było jednak tak słodko i kolorowo, bo do czegoś przyczepić się przecież trzeba. Planując premierowy koncert warto zastanowić się nad listą utworów. Zagranie godzinnego materiału i nie zostawienie sobie żadnego hitu na bis nie jest najlepszym pomysłem. Co prawda wywołana na bis grupa zagrała trzy, moim zdaniem, najlepsze numery, ale chyba wolałbym, żeby nie pojawiły się one wcześniej, przez co zadziałałyby mocniej.

Brakowało mi też płyty podczas tej premiery płyty. Zupełnie nie rozumiem powrotu do łask kasety magnetofonowej. Ani to brzmi, ani to wygodne, ani nie pamiętam gdzie są wszystkie moje ołówki. Ale ok, gadżet może i fajny, chociaż liczyłem na to, że będę mógł kupić płytę. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Można za to pójść na koncert i zobaczyć zespół, który wykonał gigantyczny krok do przodu i mam nadzieję, że nie zwolnią tempa i ten meeowczący kot stanie się tygrysem. Życzę tego im, życzę tego sobie i, przede wszystkim, życzę tego wam, bo to wy będziecie mogli słuchać efektów tego rozwoju.

Komentarze

Powered by Facebook Comments