katany

Mastemey, KATany i proroczy sobowtór z tramwaju

2014/04/28

W zatłoczonym tramwaju leniwie wlokącym się Królewską zobaczyłam sobowtóra Oysteina Aarsetha. Gość był po prostu identyczny. Od tego momentu wiedziałam, że ten piątkowy wieczór będzie w pełni udany. No, może poza tym, że nieludzko bolała mnie noga. Lewa, jeżeli jesteście ciekawi. Chyba zerwałam sobie przyczep jakiegoś ścięgna. Że co..? Jak to mam o czymś innym pisać? A, no, oczywiście, KAT i Roman Kostrzewski – proszę państwa, niesamowite wydarzenie, jedyna taka okazja! Widzicie? Ze mną jak z dzieckiem…

IMG_4727.JPGJednak zanim KAT, to na scenie pojawiło się Mastemey. Co prawda, gdybym miała do wyboru ich i Octagony, wybrałabym to drugie, ale wiadomo – jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Na początek, co wcale nie jest takie oczywiste, powiem, że Mastemey jest zespołem bardzo słuchalnym i sympatycznie ciskającym się po ograniczonej barierkami przestrzeni. Grają mocno, ciężko, z przytupem, głową można sobie pomachać (chociaż w karku też mi coś strzela ostatnio), poskakać, ale to tyle. Zespołu słucha się bardzo przyjemnie, gdy ich muzyka leci w tle, a wy rozmawiacie ze znajomymi albo oglądacie koty w Internecie. Gdyby tak w spokoju usiąść i posłuchać jakiegoś krążka Mastemey, po pewnym czasie porzuciłoby się muzyczny padół i zaczęłoby znowu myśleć o stopniu upadku moralnego J.K. Rowling, która zamierza wznowić serię o Harrym Potterze. W graniu grupy brakuje pewnego rodzaju smaczków, które odróżniają thrash metal od dzikiego łomotu kilku socjopatów, ale i tak wypadli nieźle. Jezusie Nazareński, kiedyś zgnoję drugich Beatlesów…

IMG_4317.JPGPotem nastała chwila ciszy, a z mrocznych zakamarków Rotundy wyłaniać zaczęły się postacie w tzw. thrashowych pasiakach, czyli, dla osób pozbawionych poczucia humoru, po prostu katanach. Ja, jako pewnego rodzaju muzyczny Doppelganger, zawsze zawieszona byłam między osobami nakłaniającymi mnie „weź, posłuchaj KAT-a, spodoba ci się”, a tymi przekonującymi mnie o geniuszu polskiego grind core’u –  prędzej czy później musiałam więc ulec któremuś z wpływów. Zgadujcie, któremu… Tak, tak, padło na KAT-a – a wracając do puenty… Zawsze lubiłam ryzyko, wlewanie wody do kwasu i tego typu orgie, więc z dokonań polskiej kapeli szczególnie do gustu przypadły mi niezbyt oryginalne albumy – Oddech wymarłych światów (choć „satanizm” w wydaniu zespołu zawsze uważałam za lekko groteskowy i komiczny) i Biało-czarna  (niestety, słabiej według mnie wypadająca na żywo, co słychać było podczas Maryja Omen) – trochę rozkrok, prawda? No cóż, bywa. Poza tym, nieważne, w jakim złym nastroju bym była i jak bardzo chciałabym uprzykrzyć komuś życie, to powiem, że Roman Kostrzewski jest jednym z najlepszych polskich wokalistów – mógłby zaśpiewać z Braćmi Figo Fagot albo wystąpić w leginsach Galaxy, a ja i tak podziwiałabym atmosferę, jaką potrafi stworzyć swoim głosem. Właściwie to ja też potrafię. Tylko wywołuję u ludzi uczucia porównywalne z frustracją Andersa Breivika spacerującego po Utoi. Ale do rzeczy… Coś nie mogę się skoncentrować. To pewnie przez tę nogę, mówiłam już, jak mnie boli!?!

IMG_5293.JPGTak czy inaczej, zespół zwany legendą polskiego metalu zdał się jakby usłyszeć moje, powiedzmy, modły – bo i usłyszałam wszystko, co usłyszeć chciałam (czytaj: najbardziej znane utwory. A moim ulubionym kawałkiem Metalliki jest Nothing Else Matters), bowiem już podczas Śpisz jak kamień ruch pod sceną i w mojej głowie przypominał migracje antylop gnu na równinie w Serengeti (dostanę kiedyś kwiatki za te porównania?). Tu Bramy żądz, tam strzelili Dziewczyną w cierniowej koronie, jednym słowem – brać, wybierać. Pewnie już ta myśl przeszła wam przez głowę, ale powiem w sekrecie, że zespół jest w absolutnie świetnej formie – zarówno warstwa instrumentalna ani na moment nie spuszczająca z tonu, jak i tradycyjnie dobry wokal. To wszystko, w połączeniu z mocnymi tekstami i światłami niczym z Tańca umarłych z serii Mistrzowie horroru, stworzyło niesamowite widowisko, po którym zachowanie typowego dla mnie sceptycyzmu i złośliwego uśmiechu przychodziło naprawdę trudno. Moja szczękę do reszty z zawiasów wyrwało wykonanie Szyderczego zwierciadła i Porwanego obłędem. No i oczywiście Łza dla cieniów minionych – taką okazję grzech byłoby przepuścić… Teraz szybko staram się wymyślić jakiś kompromitujący, finezyjnie chamski komentarz, który zrównoważyłby moje wcześniejsze zachwyty, ale chyba mi się to nie uda. Bo nie będę się przecież rozpisywać o wyglądzie muzyków – jestem blondynką, ale już bez przesady…

IMG_5265.JPGTak jak myślałam. Patronus Oysteina Aarsetha spotkany w tramwaju okazał się przepowiednią udanego wieczoru. Support w porządku, KAT i Roman Kostrzewski fantastycznie, tylko ta stopa coś trochę boli… Jeżeli wiecie, co zabiłam w swojej lewej kończynie, piszcie.

Wiecej zdjęć z koncertu tutaj

Komentarze

Powered by Facebook Comments