11714328_962464553775348_485603797_n

Lot nad jarunim gniazdem

2015/07/06

Jarun – Pod niebem utkanym z popiołu

Z ręką na sercu (lub raczej – pozostałościach organu odpowiedzialnego za pompowanie krwi) przyznaje, że Jarun do ostatniego momentu wyglądał mi na zespół pagan lub w ostateczności folk-metalowy. Bo i wszystko na to wskazywało – zabawna nazwa, mniej zabawna, choć wciąż, okładka i zupełnie już komiczna czcionka. A tu niespodzianka. Jarun nie jest bowiem kolejnym gromowładnym słowiańskim bogiem o co najmniej kilku twarzach, a wsią w Libanie. Gospdarka Jarunu opiera się głównie na hodowli pszenicy, oliwek i tytoniu.

Pies nie jest jednak pogrzebany tylko we współrzędnych geograficznych i uprawach. Mimo wielu wzmianek zawartych w źródłach rozmaitych (kronika Galla Anonima się chyba liczy, prawda?), muzyka na Pod niebem utkanym z popiołu folk metalu nie przypomina. A nawet jeśli, to szczątkowo, bowiem główną rolę w utworach zespołu odgrywa połączenie dark metalu z elementami atmospheric i avantgarde metalu. Jarun jednak nie zdradza się z tym od razu. Całkiem zgrabne intro, Przedświt, jest dość melodyjne, choć nijak ma się do dalszych utworów, które znalazły się na krążku – zapewne winien był temu lekko westernowy klimat. Ot, skutek nadużywania akustyka w formie nazbyt brzdąkającej.

Przedświt jest bardzo mylący – w końcu po nim powinien nastąpić świt. A jest regres, i to gwałtowny – z powrotem wpadamy w czarną noc (przypomnijcie mi, że już wyczerpałam limit nieśmiesznych żartów na dzisiaj)… Cóż, wciąż możemy pocieszać się tym, że interwencja Clinta Eastwooda nie będzie nam już potrzebna. Wyraźne wpływy atmospheric metalu wskazują bardziej na wpływy Agalloch czy nawet Ahnenstahl lub instrumentalnych utworów Krieg. Inne kawałki nie miały tyle szczęścia – wystarczy wziąć pierwsze z brzegu Kamienie, w których wszystkiego jest po prostu za dużo, podobnie zresztą, co w najnowszej ekranizacji Kamieni na szaniec (mieliście przypomnieć, że limit już wyczerpany!). Z jednej strony znów to nieprzyjazne brzdąkanie, z drugiej falujące na zmianę alternatywne wstawki i dosyć poważnie metalowe uderzenia, co w efekcie doprowadza do obłędu – chyba możemy nazwać to „syndromem siostry Ratched”… Reszta utworów jest znacznie bardziej bezbarwna; począwszy od Nocy niedokończonej, na Jak wiatr kończąc, Jarun nie wzbudza zupełnie żadnych emocji – nie jest to ani muzyka, którą mogłabym radośnie znienawidzić, ani też taka, nad którą zachwycałabym się latami – ot, taka sobie płytka.

Wspomniałam już o wokalu, zatem pójdę już za ciosem. Jest on zdecydowanie najmocniejszym wyznacznikiem kierunku muzycznego, w jakim podąża Jarun, czyli tym zbliżonym do dark metalu. Nie jest jednak czynnikiem przykuwającym uwagę do tego stopnia, by nie zwrócić uwagi na jego zwyczajność. Głos Mepha to coś pomiędzy Moonspell i Nachtblut i nie jestem pewna, czy wynik ten nie został już uzyskany wcześniej. Wokal nie razi amatorszczyzną ani kiczem, jednak razem z dosyć płaską warstwą instrumentalną nie prezentuje się najciekawiej…

Co jednak niektórych może zaskoczyć, Jarun nadzwyczaj dobrze radzi sobie ze wstawkami instrumentalnymi. O ile omówiony już Przedświt idzie w kierunku bardziej etnicznym, motyw przewodni Cisów uznać można za pociąg do metalu gotyckiego. Bardzo to sprytne, prawda? Można odnieść nawet wrażenie, że podczas nagrywania utworów „pełnoprawnych” (czytaj – tych z wokalem), członkowie zespołu byli jakby w innym świcie niż podczas komponowania tych instrumentalnych. Zdecydowaną różnicą jest czas trwania. Owszem, sensowne wydaje się, że kawałki z wokalem powinny być dłuższe, ale bez przesady. Spokojnie taką Noc niedokończoną podzielić można było na kilka krótszych utworów, o mniej, ekhm… filozoficznych tekstach (Panowie, to nie Sanatorium pod klepsydrą…).

Wbrew pozorom nie mam zamiaru skwitować tej recenzji utyskiwaniem na muzykę prezentowaną przez Jarun. Zespół ma potencjał, który jednak nie do końca potrafi wykorzystać. Porównać możemy go do genialnego informatyka nieposiadającego komputera. Zarówno ten brak, jak i zagubienie muzyków można naprawić. Na co czekamy?

zapraszamy na fanpage zespołu

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

Komentarze

Powered by Facebook Comments