lew

Lew, czarownica i weekend w Fabryce

2014/06/24

W niektórych życiowych sytuacjach wkracza się (nie)spodziewanie na dosyć grząski grunt. Dlatego też należy zastanowić się nad sensem swojej marnej egzystencji. Trzeba sprawdzić, czy aby na pewno robimy w życiu to, czego naprawdę chcemy. Czy ze względu na wrodzoną nieśmiałość lub chęć zaimponowania otoczeniu tkwimy w swojej nudnej, szarej rzeczywistości? Nie ma zatem na co czekać – wypnij tyłek, wciągnij brzuch i wchodzimy do Fabryki. To może oznaczać tylko jedno – Tak Brzmi Miasto czas zacząć.

Początkowo swoją rolę postrzegałam jako włóczenie się 14 i 15 czerwca niczym smród po gaciach, a tu niespodzianka. Działo się tyle, że można było do reszty zdziczeć – wykłady, panele dyskusyjne, warsztaty, targi, koncerty… Dlatego też nie do końca wiedziałam, jak zabrać się za pisanie relacji – ostatecznie postanowiłam dokonać pewnego drobnego podziału na poszczególne aktywności (gratuluję inwencji językowej) – zapnijcie pasy, bo będzie jeszcze bardziej subiektywnie niż zwykle.

wyklad fotoZaczynamy – wykłady. Ich pierwszego dnia było nieco więcej, a wszystkie poruszały równie ciekawe tematy. Uczestnicy mogli m.in. zgłębić tajniki fotografii koncertowej (dementuję plotkę – ajfonem dobrego zdjęcia jednak nie zrobicie – sorry), dowiedzieć się, jak chronić słuch przed wszelkimi koncertowymi dewiacjami, a także jak rozpracować fenomen mediów społecznościowych. Absolutną rewelacją był jednak wykład poświęcony ewolucji dźwięków (głównie elektronicznych) począwszy od lat 70’ XIX wieku aż do naszego ukochanego dubstepu. Sam pomysł takiej formy aktywności uznaję za absolutnie udany, bo mimo to, że żaden z nich nie przyciągnął szczególnych tłumów, to każdy z uczestników wyszedł z takiej półtoragodzinnej podróży co najmniej o 50 punktów IQ mądrzejszy. Tak, ja też.

panelNastępne – panele dyskusyjne. Taka forma interakcji jest zawsze pewnego rodzaju niespodzianką, bo nie wiadomo, w jakim stopniu uczestnicy panelu będą wygadani. Z tym jednak podczas festiwalu nie było najmniejszego problemu, nawet zadawanie pytań było w niektórych przypadkach zwykłą formalnością. Poruszane tematy dotyczyły głównie praktycznego podejścia do muzyki (organizacja tras koncertowych, menedżment /Chryste Panie, jak ja nie znoszę tego sformułowania/ i promocja zespołów w mediach), choć, szczególnie podczas jednego na temat aspektów prawnych muzyki, ZAIKS-u i innych mutantów, nawet taki laik jak ja wiedział co i jak. Dobór gości także dokonany został bardzo starannie, każdy doskonale (czasem i za dobrze) wiedział, o czym mówi i zachęcał na pozór tylko nieśmiałą publikę do zadawania pytań (całusy dla zespołu Strzał w Głowę). Nieważne jednak w jaki sposób zajmujecie się muzyką, pamiętajcie – organizujcie trasy w Chinach, bo tam znajomości mają znaczenie. I mają dobre cukierki. I chińskie bajki.

warsztatyCo ja teraz… Aha, warsztaty. Powiem od razu, że jestem chodzącym drewniakiem, instrumentalną apokalipsą. Nic – flet, gitara, trójkąt, perkusja, lira korbowa. Próbowałam, nie wyszło, trudno. Tu jednak okazało się, że wszelkie pudła i bębny nie gryzą. Otóż pojawiła się niepowtarzalna okazja, by zwąchać i oswoić się z wyglądem monstrualnej perkusji, dowiedzieć się, co należy uwzględnić w planowaniu teledysku, żeby nie wyjść na drugiego Donatana (no offence) i jak śpiewać bez lizania młotka, żeby zjednać sobie publikę. Cudownie – taka profilaktyka zawsze jest wskazana.

Gdzieś jeszcze przewinął mi się wątek targów i, jak to dumnie brzmi, kina. To drugie okazało się naprawdę fajną inicjatywą, bo kto z nas nie czerpie choć minimalnej satysfakcji z tępego ślepienia w ekran, zwłaszcza gdy oglądać tam możemy wywiady i klipy bardzo przyzwoitych, polskich zespołów? Kino, jak zapewne uczestnicy zdążyli zauważyć, znajdowało się tuż obok targu oraz giełdy sprzętu i cały czas niemal tętniło życiem. Sympatyczną sprawą na samej targo-giełdzie było swap party (tylko przez sentyment nie wzięłam swojej dyskografii Modern Talking, jaka szkoda!) i salka prób (aby mieć dokąd odesłać jakiegoś uczestnika o mentalności ameby, który przez przypadek zechciałby testować jakąś gitarę na środku zaludnionej sali). Jak już mówiłam – lepiej zapobiegać niż leczyć. Tu jednak drobna uwaga – choć wielkość sali, na której odbywał się targ, była, że tak profesjonalnie powiem, w sam raz, to rozmieszczenie niekoniecznie. Mam na myśli zanikające granice pomiędzy poszczególnymi wystawcami, co w efekcie sprawiało wrażenie Placu Imbramowskiego. Ja rozumiem, że taka teraz moda – miłość, jedność, make love not war i tak dalej, ale należy znać pewne granice tego uroczego rozpasania. Wszyscy wystawcy prezentowali sprzęt/usługi na bardzo wysokim poziomie, ale po dłuższym spacerze pomiędzy półkami prawie podeszłam do stoiska Nautilusa i zapytałam, czy te jabłka niepryskane… Kolejna sprawa to rozmieszczenie instrumentów muzycznych. Zgodzę się, że w metrowych odstępach od siebie gitary wyglądają zdecydowanie dumniej, a zainteresowani mieli możliwość pogłębieniatarg swojej wiedzy i porównania ofert, ale, jak wiadomo, kupujący bywają często bardzo niezdecydowani. A wykonywanie mistrzowskich slalomów pomiędzy Fenderami i ludźmi zastanawiającymi się niczym mnisi buddyjscy nad wyborem odpowiedniego, nie należało do najprzyjemniejszych. Jest to jednak uwaga czysto praktyczna, bo całość przebiegła dosyć sprawnie i gładko, a, co najważniejsze, było gdzie pochodzić i pooglądać. Tak.

I ostatnia, chyba najważniejsza kwestia – koncerty. Na początku pochwalę pomysł wyświetlania krótkich rozmów przeprowadzonych z artystami w przerwach między koncertami – to dużo lepsze niż obserwowanie z udawanym zainteresowaniem zmagań ze sprzętem. Zespołów całkiem niemało, więc zróżnicowanie gatunkowe było doskonale słyszalne. Nie będę jednak rozpisywać się na temat każdego wykonawcy, nie mam zamiaru tworzyć nowej epopei narodowej… Pozwalam sobie z kolei na rzecz dosyć nietypową, być może pewnego rodzaju strzał samobójczy – takie małe zestawienie z opisem krótkim, począwszy od tej grupy, która najbardziej mnie urzekła. Nie bijcie.

Za absolutny fenomen uznaję zespół VLADIMIRSKA. Tak, ja też nigdy nie podejrzewałabym siebie o zamiłowanie do takiego brzmienia, ale cóż – życie. Grupa pod dowództwem Scotii Gilroy jest doskonałym dowodem na to, że z takimi instrumentami jak banjo wypaść można znacznie lepiej, niż przy użyciu tylko „typowych” instrumentów. I wydaje mi się, że to właśnie ten akordeon wpłynął na magiczne brzmienie zespołu. Byłam i wciąż zresztą jestem kilka kroków od autentycznego wzruszenia. Chlip. Podobną sympatię zyskało sobie KIND OF VENUS, choć nie wiem, z której strony grają ten osławiony noir rock’n’roll… Tak czy inaczej, takiego miłego, lekko przymglonego grania, nigdy nie za dużo! Kolejnym kompletnym zaskoczeniem dla mojego w miarę ustatkowanego gustu muzycznego była POŁUDNICA. No to po prostu jakieś, przepraszam za wyrażenie, jaja. Ale naprawdę mi się to spodobało. Naprawdę. Lubię takie zespoły. Takie to zabawne bydlę – właściwie nie da się sprecyzować, co grają…. I to właśnie było w tym wszystkim najlepsze! Ale czy ktoś jest mi w stanie wyjaśnić, dlaczego głos Marianny Respond przypomina mi często Anję Orthodox? Nie? No trudno, przeżyję…

Bardzo przyzwoicie w moim zestawieniu plasuje się także CF98. Ponoć wciąż sympatyzują z punk rockiem, ale zapewne przez fakt, ze grają jako (raz, dwa, trzy mądrze brzmiące anglojęzyczne słowo) female-fronted band, nie mogłam uniknąć pewnych kojarzeń z Eye For An Eye, co zresztą jest dosyć sporym komplementem. Utwory CF98, zarówno te nowsze, jak i te z rodzaju używanych, są, zwłaszcza na żywo, pełne energii i nie najgorzej wpadają w ucho. Nie mogę jednak powiedzieć, żebym mogła wsłuchiwać się w ich muzykę całymi dniami. Zabroni mi ktoś? No nie.

Z kolei ochów i achów związanych z występem DISPERSE nie za bardzo rozumiałam. Owszem, o zespole słyszałam, ale rzucania staników na scenę nigdy nie brałam pod uwagę. Progresywne/dziwne granie jest jak najbardziej w moim typie, ale to w wykonaniu ekipy z Krakowa było jakby trochę mdłe… Jednak podczas występu w Krakowie zespół wsparł Rafał Piotrowski z Decapitaded – to dopiero brzmi dumnie. Występ udany, choć staników dalej mi szkoda.

kuzniaInnych zespołów, takich jak THE FUSE, SMINGUS czy SUBLOKATOR słuchało się dosyć przyjemnie i bez patrzenia na zegarek. GADABIT skutecznie zbiło mnie z tropu – nie mogę powiedzieć, że ich występ mi się nie podobał, ale swojej decyzji nie potrafię uzasadnić – mam nadzieję, że przeżyjecie… Z kolei SMKKPM ULTRA to kolejna zabawna sprawa. Bo zabawna ma być, więc jeżeli nie podzielacie moich odczuć znaczy, że jesteście smutasami. Dobra zabawa to rzecz bezcenna i co jak co, ale to zespołowi wychodzi znakomicie.

Te moje, dosyć pozytywne, odczucia wcale nie towarzyszyły mi od początku. A to z bardzo prostej przyczyny, która nazywa się MILION MUCH. Ja jestem osobą wyrozumiałą, ale do pewnego momentu. Naprawdę starałam się robić dobrą minę do złej gry, ale nieskutecznie – występ (w tym przypadku szczęśliwie dosyć krótki) upłynął mi na przybieraniu miny podobnej do tej podczas oglądania Regular Ordinary Swedish Meal Time. Postanowiłam zastanowić się, z czego to moje niezadowolenie wynikło. I już chyba trochę wiem – to chyba kwestia tekstów i pośrednio wokali, ale co poradzisz? No nic nie poradzisz…

…I żyli długo i szczęśliwie. Tym oto egzystencjalnym westchnieniem pora zakończyć te refleksje. Moja ocena? Jak najbardziej pozytywna – żadnej chwili spędzonej na wykładzie czy panelu nie uznaję za straconą, a i występujące zespoły pokazały, że krakowska scena żyje, brzmi i ma się dobrze.

Alicja Sułkowska

korekta: Igor Goran Kadir

więcej zdjęć z Tak Brzmi Miasto już wkrótce:) 

Komentarze

Powered by Facebook Comments