12030779_999048280116975_1473541444_n

KSM za kulisami: Chicago Jazz

2015/09/18

Jutrzejszy koncert Chango w Chicago Jazz zapowiadaliśmy przedwczoraj wywiadem z gitarzystą Chango. Dzisiaj mamy dla Was wywiad z Kordianem Firgankiem – świeżo upieczonym managerem klubu Chicago Jazz. Często jest tak, że aby dostrzec zalety i wady pewnego środowiska, należy na nie spojrzeć z zewnatrz. Tak na krakowskie środowisko koncertowe popatrzył Kordian. W tym wywiadzie obrywa się więc i knajpom, i kapelom i, pośrednio, Wam – bywalcom koncertów. Czy słusznie? Zapraszamy do lektury i dyskusji na ten temat.

Szykuje nam się nowe, koncertowe miejsce na mapie muzycznej Krakowa. Jakie masz plany i ambicje po objęciu tego lokalu?

Staram się rozsiewać pewną wizję grania w Krakowie, bo jestem tu od dwóch miesięcy, jestem nowy. Tak się zabawnie złożyło, że przyjechałem tutaj ze swoją rodziną, dostałem propozycję objęcia klubu Chicago Jazz. To miejsce jest nowe, ma dwa lata. Jestem tu od dwóch miesięcy, półtorej miesiąca zajęło mi sprzątanie po starej ekipie, ponieważ zostawili ten klub w nie najlepszej kondycji fizycznej i mentalnej. Z tego, co zdążyłem zauważyć, w Krakowie czuć taki pewien skansen. Ale to jak w przysłowiu, że broda mędrcem nie czyni, mam wrażenie, że tutaj nie dzieje się zbyt dobrze i są złe tendencje, miedzy innymi też muzyczne. Kiedy chłopcy z Chango mówią mi, że klub jak Harris, klub takiej rangi, wymaga od nich, żeby koncert zamknąć w pewnych ramach, to coś jest tutaj nie halo. Ktoś tutaj nie stara się budować krakowskiego dobrego klimatu dla ludzi, którzy tutaj żyją. Większość z tych miejsc jest nastawiona na granie chałtur. Ludzie są wykorzystywani, nie tylko organizatorzy koncertów, ale też muzycy. Kluby są nastawione na masę. Ja staram się od tego odchodzić.  Ten klub ma póki co znamiona klubu ekskluzywnego, ale ja chciałbym go wynieść ponad to. Ciągle słyszę o krakowskich standardach w gastronomii, bo tak to się tutaj ogólnie mówi, i nienawidzę już tego sformułowania. Ja nie jestem z Krakowa, nie chcę, żeby Chicago było krakowskim klubem, tylko żeby było światowym klubem. Nie chcę być kojarzony z krakowskimi standardami gastronomii, bo mnie to na razie obrzydza, odkąd tu jestem, swój czas poświęcałem na odwiedzanie konkurencyjnych lokali.

Czy te złe tendencje zauważyłeś ostatnio, czy jest równia pochyła i odkąd poznałeś krakowską scenę, obserwujesz, że jest tylko coraz gorzej?

Nie, to nie jest tak. To swoją drogą, że Kraków ostatnio coraz rzadziej wypuszcza, że tak powiem, towar eksportowy. To jest jedna rzecz. Samej sceny nie oceniam, w porównaniu do tego, co było na początku, to scena się rozwinęła. Moja ocena wynika z obserwacji, której doświadczyłem tutaj i teraz, na przełomie ostatnich dwóch miesięcy, kiedy słucham opowieści muzyków o strasznych rzeczach, które się dzieją. Nie ukrywam, że wszedłem, delikatnie mówiąc, na wojenną ścieżkę z młodymi jazzmanami.

Dlaczego?

Ja rozumiem, że rynek jest taki, jaki jest. Oni otwarcie mówią, że każdy z nich gra w siedmiu zespołach, żeby się utrzymać. Stawki wahają się od stówki do dwóch stów za granie. To jest nic, to jest żadna kwota. Nie wiem, ile musieliby jobów zagrać, żeby im się zwrócił koszt studiów. Ja jestem z branży finansowej, więc oprócz tego wszystkiego, patrzę też na liczby. Nie chciałbym tutaj kontynuować takiej tendencji, nie chcę mieć tutaj muzyków za dwie stówki. Chcę mieć tutaj muzyków, którzy chcą się rozwijać, chcą coś pokazywać i chcą dążyć do czegoś lepszego. Ale jeśli przychodzi tutaj zespół i widać, że mimo swoich możliwości odgrywają, robią sobie tutaj próbę przed jakimś weselem, to kurcze, zupełnie nie o to nam chodzi. Ostatnio jestem nowicjuszem, jeśli chodzi o fejsbuka, bo prowadzę fanpage Chicago, i zobaczyłem stronkę „lubimy jobić, jobimy, młodzi jazzmani”. Kurcze, mi się job kojarzy z blow jobem, a blow job kojarzy mi się z prostytucją. Ja chciałbym tutaj zapraszać ambitnych muzyków, którzy jednak coś sobą reprezentują i chcą piąć się w górę, bo w obecnej sytuacji nie zostaną kolejnymi Możdżerami czy Stańkami.

Powiedziałeś, że jesteś z branży finansowej. W Krakowie mamy takie błędne koło. Zespoły mówią „Pójdziemy do klubu i menadżer nam powie 150 złotych albo 30% z utargu na barze plus bramka” i mówią, że za takie pieniądze się nie da po prostu. Z drugiej strony menadżer klubu, który jest w Twojej sytuacji, mówi „No dobrze, ja zapłacę temu zespołowi tysiąc złotych, ale ktoś te pieniądze musi wyłożyć. Nie będę z własnej kieszeni wykładał pieniędzy, jeśli to mi się nawet w połowie nie zwróci”. Jaki Ty masz pomysł na to?

Mój pomysł jest bardzo prosty. Trzeba zakończyć z tzw. muzycznym, barowym, klubowym socjalizmem. Jedyna szansa na to, żeby zespoły dostawały pieniądze za swoje granie, jest w biletowaniu koncertów. Tylko i wyłącznie. Na dzień dzisiejszy dzielenie się utargiem z zespołem w przypadku darmowej imprezy nie ma najmniejszego sensu i nigdy ci muzycy nie dostaną więcej niż dwie stówki na głowę, ponieważ ten biznes się wtedy nie będzie spinać. Niestety kiedyś było tak, że sztuka, czy to muzyka, malarstwo czy architektura, do funkcjonowania i rozwoju potrzebowała mecenasa. Kiedyś była to osoba prywatna, król czy hrabia. Jedyna możliwość na to, aby ludzie dostawali takie pieniądze, na jakie zasługują, jest w uczynieniu kogoś mecenasem. Ale żeby ludzie chodzili do klubu i płacili za bilety, muszą po pierwsze otrzymywać coś w zamian, mianowicie muzykę na najwyższym poziomie i to nie może być job. To musi być koncert, nie nastwiony na ludzi z ulicy czy na grupy Anglików, którzy powiedzą: „o, live music, wchodzimy”. Nie, to nie będzie nigdy funkcjonować. Chyba że tacy Anglicy zostawialiby po dwa, trzy tysiące każdy na barze, ale tak nie jest.

Druga sprawa to budowanie marki. Trzeba sobie klientów wychować. Nie można cały czas działać na zasadzie sezonowości, że czekamy na październik, kiedy przyjadą studenci, i będziemy robić zniżki na legitymacje studencką. W okresie turystycznym, stawiamy na turystów i robimy 5-godzinne joby, żeby po prostu ktoś siedział i grał, bo Japończycy, jak widzą kogoś przy fortepianie, to zawsze wejdą. Ja uważam, że to jest błędne koło i trzeba zacząć się edukować. Edukować też ludzi, zapraszać ich, wychowywać sobie klasę klientów, którzy będą gotowi płacić za bilety. Wydaje mi się, że muzycy muszą iść w tym całym procesie na rękę. Jeśli zapraszam zespół, który gra za tysiąc złotych, to zauważyłem, że w krakowskich klubach działa to tak, że należałoby od nich wymagać, że to oni będą zapraszać swoich znajomych, ich znajomi swoich znajomych, a najlepiej, żeby barmani też zaprosili swoich znajomych, żebym ja zaprosił swoich znajomych. Ale jako długo to może trwać? To zawsze działa jeden, dwa, trzy razy. Układ koleżeński w biznesie nigdy nie będzie funkcjonować perspektywicznie. To zawsze będzie równia pochyła, bo o jednego znajomego będzie każdego dnia mniej. W końcu jesteśmy w punkcie zero, zatrudniamy czterech promotorów i ściągamy ludzi na tanie piwo. Wszystko jest coraz tańsze i gorszej jakości, zespoły dostają coraz mniej i to granie staje się coraz bardziej mizerne i jałowe, bez charakteru, bez jaj.

Jednym słowem, dążysz do sytuacji, kiedy ludzie wychodząc wieczorem, w pierwszej kolejności pomyślą „Chicago”, bo tam będzie zajebisty koncert?

Na przykład.

Chcesz, żeby klub miał renomę miejsca, w którym zawsze coś ciekawego się dzieje.

Między innymi, właśnie o to mi chodzi.

Z drugiej strony mówisz, że Harris, który renomę ma, zaczyna odcinać kupony?

Broń boże, nie chciałbym tutaj zabrzmieć jako ktoś, kto oskarża Harrisa czy Barany, że sobie odcinają kupony, bo na pewno gra tam mnóstwo ambitnych muzyków. Nie znam dokładnie ich polityki, nie mam możliwości, aby tam spędzać cały swój wolny czas i nie znam tamtejszych menadżerów ani ich podejścia. To co powiedziałem, powiedziałem w oparciu o opowieści chłopaków z Chango. To jest dla mniej zespół, już abstrahując od historii Big Fat Mama, muzykę Chango można sobie włączyć i po pół minuty już wiesz, że to jest dobra, poważna muzyka i oni naprawdę prezentują wysoki poziom. Jeżeli klub o takiej renomie jak Harris wymaga od nich grania chałtury, to oni muszą kompletnie zmienić swoje podejście do grania koncertu. Porównajmy to do zespołu rockowego. Ktoś mówi do Jacka White’a albo Led Zeppelin „Spoko, jesteście ekstra i genialni, ale grajcie tak i tak, ponieważ nie chce się nam zapraszać ludzi, nie mamy tych ludzi”. To jest przyznanie się proste do tego, że nie mamy ludzi – albo nie chce nam się ich znaleźć – którzy przyjdą na wasz koncert posłuchać dobrej muzyki. Gdzieś tutaj jest czarna dziura.

Czym Twój klub, Chicago, będzie się różnił w podejściu do muzyków i generalnie w sposobie funkcjonowania od innych klubów krakowskich?

Nie chciałbym tak generalizować i oddzielać Chicago od reszty krakowskich klubów, ale chcę radykalnie zerwać z wchodzeniem zespołom w ich wizję artystyczną. Jeżeli ktoś chce dać „Najkrótszy koncert na świecie” i chce grać 2 sekundy, to możemy o tym porozmawiać. Jeśli taka jest wizja zespołu, możemy porozmawiać i spróbować to zrobić. Jest kilka turbo wyluzowanych zespołów w Krakowie, którym nie przeszkadza granie pięciu setów po godzinie, bo oni się tym bawią i będzie się krew lać na scenie, a oni to zrobią. Jeżeli to chcą robić, niech to fantastycznie robią, ale ja, jako menadżer, uważam, że nie mam w żadnym stopniu prawa do narzucania artystom swojej wizji i zamykania tych koncertów w jakieś ramy. To psuje wszystko. Biznes jest udany, kiedy wszystkie strony są zadowolone: zespół, ja, bar, sprzątaczka po koncercie i publiczność, wszyscy muszą być zadowoleni. Jeżeli którakolwiek ze stron wychodzi z dealu niezadowolona, to znaczy, że coś poszło nie tak. Ja rozumiem, że w dzisiejszych czasach jest tendencja, widzę to też w Krakowie, że rucha się ludzi za 2,50, wykorzystuje się, taki jest nurt, taki jest trend. Ja chcę z tym definitywnie zerwać, chcę tu zapraszać ludzi, którzy są w stanie docenić dobrą, autorską muzykę, chcą dać coś od siebie i będą wymagali wzajemności. Przede wszystkim chodzi mi tu o wzajemność i traktowanie się na równym poziomie. Chcę wprowadzić tutaj pewien rodzaj wyższej kultury. Nie jestem z Krakowa i być może polegnę, ale póki co nie mam zamiaru uginać się pod ciężarem tego, co uważam za złe, nieprawdziwe i krzywdzące.

Jaki planujesz klucz, jeśli chodzi o dobór zespołów? Czy to Ty będziesz robił selekcję, czy zespoły mają się do Ciebie zgłaszać?

Oczywiście, ja cały czas czekam na zespoły, które będą chciały się zgłaszać, sam też dokonuję selekcji. Moim priorytetem jest pokazywanie tutaj muzyki dobrej. Generalnie ja jestem fanatykiem muzyki. Każdy człowiek, który słucha dużej ilości muzyki, wydaje mi się, z czasem jest w stanie odróżnić muzykę dobrą od tej zagranej może na siłę, może aż za bardzo z pasji, z drugiej strony. Może się tak zdarzyć, że ktoś jest tak odleciany i robi to, ponieważ to kocha, ale to się nie do końca sprawdza. Oczywiści tu, w Chicago, jestem też zamknięty w pewnych ramach, Nie mogę tu organizować koncertów heavy metalowych czy death metalowych, ponieważ one nie pasują do wizji klubu. Będzie to głównie muzyka jazzowa, bluesowa, też rockowa, jak najbardziej, bo rock to jest moja słabość.

Wasza nazwa pokazuje kierunek?

Oczywiście. W nazwie chodzi o to, żeby była krzykliwa. Chicago Jazz to połączenie stylu amerykańskiej prohibicji z muzyka jazzową, z pewnego rodzaju dżentelmeństwem i wyższą kulturą. Ale nie mam zamiaru się tu zamykać tylko w obrębie jazzu. Jest wiele zespołów, które poruszają się w innych gatunkach, a byłyby godne, a i ten klub byłby zaszczycony, gdyby sobie tutaj zagrały. Interesują mnie kooperacje. W przyszłości chciałbym tutaj zapraszać wybitnych muzyków z polskiej sceny , którzy chcieliby zagrać ze sobą nawzajem, tak po prostu. To są już dalekosiężne plany. Póki co, muszą sięgać po to, co mam pod ręką, czyli po krakowską scenę, i bardzo chciałbym ją wspierać, tylko to nasze dogadanie musi wychodzić z dwóch stron, muszą być dobre intencje z obu stron. Ja chcę ludziom dużo płacić, tylko w momencie, w którym ja będę musiał do tego interesu dokładać, będę musiał się coraz bardziej zamykać na innowacje i inwestycje. Nie mogę sobie pozwolić na inwestowanie w krakowską scenę, bo mój portfel mi na to nie pozwala, zwyczajnie. Potrzebuję też dowodu dobrej woli ze strony zespołów, że chcą mieć tutaj miejsce, które będzie ich przyjacielem. Na razie niestety będziemy musieli, póki klub jest młody i jeszcze nie funkcjonuje tak, jak powinien, pójść na pewne kompromisy. Nie ma co się oszukiwać. Ja mam rodzinę i w momencie, w którym mojemu synowi brakuje na zupkę, to nie będę płacił żadnym muzykom tyle nawet, na ile zasługują, nie jestem w stanie. To wszystko, ludzie, którzy przychodzą do klubu, i sam klub, i ludzie, którzy grają w klubie, dostawcy i przedstawiciele, pracownicy – to wszystko musi się spinać, musi się kleić. Jak wcześniej powiedziałem, biznes jest udany tylko wtedy , kiedy wszystkie strony są zadowolone, a my tu też robimy biznes przede wszystkim.

Jak mówiłeś, jesteś tu krótko menadżerem, ale jakie po tym czasie masz uczucia? Czy ten Twój ambitny projekt zrobienia tutaj czegoś na poziomie ma szanse powodzenia, czy trafiasz cały czas na schody?

Nie, na razie uważam, że jestem na dobrej drodze. Choćby zespół Chango, który z tego, co widzę, mocno wspiera ten projekt. To jest niesamowite i to znaczy, że ci ludzie mają olej w głowach. Oni są ze Szczecina i im tak naprawdę nie musi zależeć na klubie w Krakowie, bo grają tutaj raz na rok. Oni pokazali mi, jak można się zaangażować. Dużo osób dowiedziało się z ich strony o koncercie. Oni to wspierają tak, jak mogą, co bardzo szanuję i za co jestem wdzięczny. Właśnie tego typu postawę chciałbym widzieć, ponieważ ja traktuję to miejsce jak swój dom, daję z siebie bardzo wiele i chciałbym coś w Krakowie po sobie zostawić, bo nie zamierzam zostać tutaj już na zawsze.

Jednym słowem, oczekiwałbyś od zespołów, że włożą trochę serca i energii w promowanie koncertów i klubu?

Dla mnie priorytetem jest, aby muzycy zajmowali się przede wszystkim graniem muzyki. Ale jeżeli chcą w stu procentach zrzucić odpowiedzialność organizacyjną na klub, to nie mogą wymagać ode mnie czegoś, czego ja nie mogę im zaoferować. Niech idą do Alchemii albo innego znanego klubu, który nie musi przykładać tak dużej wagi do budowania swojego wizerunku. Póki co mało ludzie wie o Chicago, nie przychodzi tu tyle ludzi, ile mogłoby tu przychodzić więc ja muszę dzielić się odpowiedzialnością organizacyjną. Zespół bez fanów może tutaj grać, ale niech nie oczekuje ode mnie, że będę za to płacić. Chicago jest dobrym miejscem, żeby sobie tych fanów zdobyć.

Ok, teraz chciałem zapytać o kwestie techniczne w klubie, scena, sprzęt, jak to wygląda?

Mamy solidny mikser, mamy dwa przody, dwa odsłuchy. W mojej opinii jest to nawet przerost formy nad treścią, jeśli chodzi o nagłośnienie w tym miejscu, ale jest solidnie zrobiony, Jestem na etapie walki z nim, zdarzają się historie typu wywalone korki, przeciążona faza, ale pracuję nad tym i nie chcę, aby to się zdarzało, bo godzi to w profesjonalizm. Uważam, że sprzęt nagłośnieniowy jest tutaj całkiem dobry, mamy tu pianino nagłośnione, też system świetlny, który bardziej pasuje do zespołu rozrywkowego, rockowego, może niekoniecznie do swingującego jazzu, ale czasami się sprawdza.

Poza Chango, jakie masz najbliższe plany koncertowe?

Chango mi na razie daje ostro. Stresuje mnie ta impreza, bo od tego, czy ona wypali, czy na niej nie polecę, będzie zależała przyszłość. Ale pod koniec roku lub na początku przyszłego rocku chciałbym tutaj zaprosić wybitnego polskiego jazzmana, gitarzystę, założyciela SBB – Apostolisa Lakisa, który zagra tutaj z Krzysiem Dziedzicem i Robertem Szewczugą. Oni prezentują już muzykę jazzową na światowym poziomie. Krzysiu Dziedzic gra z Nigelem Kennedym. Szewczuga to wybitny basista, zresztą sam ma też solowe projekty. Świetni muzycy, którzy wspierają takie inicjatywy, może dlatego, że trochę już przeżyli, pograli i wiedzą, jak to wygląda w perspektywie. To jest mój plan, taki podstawowy plan na przyszłość. Wydaje mi się, że to wypali, to będzie kosmiczny koncert, bo to, co aktualnie robi Lakis na koncertach swojego trio, to jest kosmos.

rozmawiał Bartek Szlapa

Komentarze

Powered by Facebook Comments