14101670_10202340212862914_1739980867_n

KSM za kulisami: Piotr Kardas

2016/09/15

Pod koniec ubiegłego roku pisaliśmy o niekończącej się rzece pochwał spływającej w stronę Piotrka Kardasa – autora książki Homerecording dla każdego, będącej przystępnie napisanym poradnikiem, za pomocą którego nawet małpa nauczy się nagrywać swoją muzykę w domu. Nie zdążył jeszcze opaść kurz po tych pochwałach, a Piotrek już postanowił napisać drugą książkę, podnoszącą wiedzę homerecordingowców na wyższy poziom. O rozpędzającej się karierze pisarskiej i – oczywiście – o nowym wydawnictwie rozmawiamy z autorem.

 

Dlaczego zdecydowałeś się na drugą książkę?

Czułem, że należy odpowiedzieć na potrzeby czytelników, którzy pisali do mnie sporo wiadomości po przeczytaniu pierwszej książki. Zależało im, aby rozwinąć pewną tematykę zawartą w Homerecordingu dla każdego. Dostawałem też pojedyncze pytania, bardziej szczegółowe, takie jak: „Jak dbać o słuch?”, „Jak ćwiczyć słuch?”, „Na czym polega triggerowanie?”. Starałem się zebrać to w całość. Zachować pewien układ poradnika, którzy znają już czytelnicy z poprzedniej pozycji. Do tego oczywiście dodać coś od siebie. Wszystko to, co moim zdaniem pozwala jeszcze bardziej rozwinąć swoje umiejętności i poszerzyć wiedzę.

Pisząc o homerecordingu na wyższym poziomie, celujesz już w innych odbiorców?

Kieruję to tak naprawdę do wszystkich entuzjastów tworzenia muzyki i realizacji dźwięku w domowych warunkach. Bez względu na ich doświadczenie. Oczywiście łatwiej będzie przebrnąć przez „Level Up”, znając już proces produkcji muzycznej. Wszystkie podstawowe narzędzia i terminy. W zamyśle pisałem to w taki sposób, aby czytelnik, który czytał pierwszą książkę, nie czuł się zawiedzony. Od początku poradnika zakładam, że posiada on już podstawową wiedzę i zna pewną terminologię, wiec nie tłumaczę jej po raz kolejny, ale rozwijam.

Jak odebrana została pierwsza książka?

Feedback, jaki dostaje, jest bardzo pozytywny. Wiele osób podkreśla, że brakowało takiej pozycji na rynku. Z pewnością wypełnia lukę w niszy. Bardzo cieszy mnie, że książka znalazła uznanie nie tylko wśród początkujących, ale również wśród profesjonalistów.

Co jest najtrudniejsze w pisaniu książki?

Najtrudniejsze jest łamanie (śmiech). Czyli etap po napisaniu, gdzie mozolnie trzeba tworzyć obraz stron publikacji. Grafiki czy ilustracje, które wybrałem, nie pasują do ilości tekstu na stronie. A to za dużo, a to za mało. To syzyfowa praca. Do tego stopnia, że w nowej książce przytrafił nam się czeski błąd. Źle podpisane są dwa dźwięki na ilustracji gitary i klawiatury. Niestety, zauważaliśmy to dopiero po druku nakładu. Pocieszam się tym, że w większości książek, które czytałem, znalazłem jakąś literówkę czy błąd graficzny. Cóż, jesteśmy tylko ludźmi. Wracając do pytania. Samo pisanie jest dla mnie procesem twórczym. Proces ten, owszem, jest trudny i wymagający, ponieważ wymaga skupienia, cierpliwości i konsekwencji, jednak ja czuję przy tym radość. Entuzjazm to coś, co bardzo pomaga. Zarówno jak tworzę muzykę, jak i piszę, to on jest składnikiem, którego najbardziej szukam.

Planujesz „Homerecording dla ninja”?

A są wśród nas ninja? Teraz to prędzej pokemony (śmiech).

To może coś dla pokemonów ?

(Śmiech) Faktem jest, że zacząłem już pisać kolejną książkę. Jestem na zaawansowanym etapie. Jeżeli okoliczności pozwolą, to premiera będzie jeszcze w tym roku. Nie chcę za dużo zdradzać, ale myślę, że będzie to pozycja, która dopełni całą serię książek o homerecordingu. Układ publikacji, jaki planuję, to taki, którego jeszcze nie było. Jest inny niż w przypadku dwóch pierwszych książek.

Muzyka to wdzięczny temat, żeby o niej pisać?

Muzyka to bardzo wdzięczny temat. Przy tym dźwięczny. Pamiętajmy jednak, że ja piszę poradniki. Sporo tu technicznego języka. Opisów czynności, które dzieją się trochę obok muzyki, choć są nieodłącznie związane z procesem produkcji muzycznej. Dzisiaj szereg zabiegów, które wykonujemy za pomocą myszki komputerowej, wpływa w znaczący sposób na odbiór muzyki i efekt końcowy, przede wszystkim w postaci brzmienia. Obecnie niewiele potrzeba, aby zrobić muzykę. Jednak żeby zrobić dobrą muzykę, dobrze brzmiącą, to już nie lada wyzwanie. Do podjęcia tego wyzwania i szukania własnej ścieżki zachęcam swoich czytelników. Sam stale jej szukam i podpatruję, jak robią to najlepsi. W zasadzie czuje się takim przekaźnikiem między tymi dwoma światami.

Jesteś zadowolony z końcowego etapu, czy teraz jednak sobie przypominasz, że „o czymś zapomniałeś”?

Pytasz mnie kilka dni po premierze. Na tym etapie jestem zadowolony. Czuję, że jest tam sporo wartościowego contentu. Pierwsze sygnały, jakie otrzymuję, też są pozytywne. Pewnie potrzebuję trochę czasu, aby z dystansem spojrzeć na tę publikację.

Jak myślisz – w Polsce trudniej jest wydać płytę czy książkę?

Ciężko mi jednoznacznie stwierdzić. Sprzedaż płyt i książek jest na niskim poziomie. Dzisiaj coś, co sprzeda się w ilości kilkunastu tysięcy, jest bestsellerem zarówno na rynku fonograficznym, jak i wydawniczym. To pokazuje skalę rynku. Przy tym trudno o dobrego wydawcę. Takiego, który będzie partnerem w promowaniu twórczości. Myślę jednak, że aby dotrzeć do rzeszy odbiorców, łatwiejsze jest to w przypadku muzyki. Statystycznie dużo więcej ludzi słucha muzyki niż czyta książki. Do tego dochodzi szereg kanałów promocyjnych w postaci Youtube’a, konkursów, supportów czy talent show.

Potrzebne są jakieś specjalne predyspozycje, aby być dobrym producentem, czy każdy może nim zostać?

Myślę, że każdy, kto jest gotów i chce przejść pewną drogę. Można to porównać do każdego rodzaju rzemiosła. Sportowcy mówią: 5% talentu i 95% potu. I choć muzyka jest sensualna, to wysiłek, który trzeba włożyć, jest podobny. Producent muzyczny jest przede wszystkim osłuchany. Posiada wyćwiczony słuch. Ma pewne wyczucie. Przekłada się to na budowanie barw, dobieranie odpowiednich narzędzi, instrumentów. A w konsekwencji na jakość kompozycji, aranżacje i ostateczne brzmienie. Z jednej strony są producenci, którzy są bardziej techniczni i pełnią również rolę realizatorów dźwięku. Z drugiej strony są tacy, którzy są bardziej muzyczni. Mają realizatora do pomocy, a sami skupiają się na kompozycji, aranżacji i wykonaniu. Nie ma jednej drogi.

Czy w czasach, kiedy każdy może zarejestrować swoje utwory w domu w bardzo dobrej, jakości zawód producenta muzycznego jest zagrożony?

Zawód producenta muzycznego nie jest zagrożony, dopóki sama muzyka nie jest. Wątpię, abyśmy dożyli czasów, w których każdy będzie geniuszem muzycznym. Pamiętajmy, że wybitna muzyka to najczęściej praca zespołowa. Za geniuszami muzycznymi stoi sztab ludzi. Technologia ułatwia wiele rzeczy, zmienia sposób pracy. Sprawia, że droga do osiągniecia celu jest inna niż kiedyś. Jednak sama droga nie jest dużo krótsza. W topowych produkcjach coraz częściej można spotkać sytuacje, w której pieczę nad końcowym brzmieniem sprawuje dwóch czy nawet trzech producentów. Zespoły coraz częściej szukają osób, przy których mogą się rozwinąć czy po prostu zabrzmieć inaczej. A sami producenci głównie pracują w domu. Technologia im tylko sprzyja.

Największa zmora homerecordingu?

Homerecordingowcy zbyt często oceniają przez wzrok, a nie słuch. Kiedy zamykasz się w czterech ścianach, jesteś tylko Ty i komputer. Łatwo popaść w taki stan, w którym wierzysz słupkom na miernikach i liczbom w pluginach, a nie swoim uszom. Druga największa zmora związana z pierwszą to kwestia przywiązywania zbyt dużej wagi do sprzętu. Dobra muzyka zawsze się obroni. Choćbyś nagrał ją smartfonem, to jak puścisz znajomemu, to bez względu na jakość, zobaczysz, czy rusza głową lub nogą. Czy dźwięki na niego działają. Ludzie podpatrują, kto na jakim sprzęcie pracuje. Jakiego programu i jakich wtyczek używa. Jednak zapominają, że to tylko narzędzia, środek do celu. Zbyt często ludzie traktują narzędzia jako cel sam w sobie.

Kojarzysz jakąś bardzo popularną płytę, która powstała „w domu”?

Takie, które zostały nagrane choćby częściowo w domu, to pewnie co trzecie, a nawet co drugie wydawnictwo. Mnóstwo producentów muzyki elektronicznej produkuje i nagrywa w domu. Przykładowo Disclosure. Prawie cała muzyka hip-hop to produkcje domowe. Z drugiej strony – mamy takie osoby, jak Lenny Kravitz, który nagrywa w swoim własnym studio. Przy czym, w tym przypadku: jego studio może się równać z najlepszymi komercyjnymi na świecie. W Polsce w domu produkuje choćby Andrzej Smolik, który uznawany jest za topowego producenta muzycznego. Ponadto wielu wokalistów nagrywa swoje partie wokalne w domu, np. Gaba Kulka. Kiedy masz w sobie pewne emocje i chcesz je przekazać, łatwiej podłączyć mikrofon w sypialni niż jechać do studia. Ten stan jest ulotny, dlatego te ślady nierzadko lądują na płycie.

rozmawiał Bartek Szlapa

Komentarze

Powered by Facebook Comments