12305399_1030059557015847_883758235_n

KSM za kulisami: Gazeta Magnetofonowa

2015/11/30

Mówią, że papierowa prasa muzyczna to już od dawna trup, ale podobnie przecież mówiono o winylach czy albumach zamkniętnych na jakimkolwiek nośniku. Jest jednak spora grupa ludzi, która winylom umrzeć nie pozwala. Czy papierowe periodyki mają równie liczną rzeszę niezaspokojonych odbiorców? Przekonamy się już za chwilę. Na rynku ukaże się bowiem „Gazeta Magnetofonowa” – strustronicowy kwartalnik traktujący o polskiej muzyce. Pomysłodawcą Gazety jest Jarek Szubrycht i, sądząc po nazwiskach, które publicznie namawiają do wsparcia – wymienię tylko takie postaci, jak Artur Rojek, Maryla Rodowicz, Dawid Podsiadło, Piasek czy Peter z Vadera – będzie to pozycja godna zainteresowania. Pijąc niedzielną kawkę, podpytałem Jarka o to, jaka będzie to gazeta, przez i – przede wszystkim – dla kogo będzie tworzona i, oczywiście, co się w niej znajdzie. Przeczytajcie wywiad i jeśli, tak jak ja, poczujecie potrzebę truptania nóżkami w oczekiwaniu na zapach świeżej gazety – dorzućcie swoje dwa grosze (z zaleceniem na więcej) i pomóżcie Gazecie Magnetofonowej wystartować.

Pomysł na „Gazetę Magnetofonową” pojawił się podobno już jakiś czas temu. Dlaczego startujesz dopiero teraz?

Teraz albo nigdy. Doszedłem do wniosku, że połączenie doświadczenia i entuzjazmu osiągnęło u mnie punkt krytyczny, to znaczy będę już tylko bardziej doświadczony, a coraz mniej mi się będzie chciało. Poza tym, charakter i bogactwo polskiej sceny jest teraz takie, że trzeba po prostu chwytać moment. Jest bardzo bogato, ale te wszystkie zjawiska nie funkcjonują w szerszej świadomości i nawet ludzie, którzy robią fajne rzeczy, nie wiedzą o innych ludziach, którzy też robią fajne rzeczy. Dojrzewało to długo, pomysł narodził się jakieś osiem lat temu w schyłkowym okresie mojego prowadzenia rubryki muzycznej w „Przekroju”, kiedy już wiedziałem, że „Przekrój” dogorywa w takiej formie, jaką wtedy mieliśmy i z jakiej byliśmy dumni. Wiedzieliśmy, że te kilka stron co tydzień ma duże znaczenie, że ktoś to czyta. Siłą rzeczy miałem już ułożony w głowie zarys redakcji, więc namówiłem ludzi i zaczęliśmy to robić. Zrobiliśmy numer zerowy i już zaczęliśmy szukać pieniędzy na wydanie, ale dostałem propozycję prowadzenia portalu dla ówczesnej Ery, który się przerodził w T-Mobile Music. Doszedłem więc do wniosku, że skoro ktoś chce wyłożyć pieniądze na zrobienie takiego medium, to trzeba skorzystać z okazji. Oczywiście oni mieli na to trochę inny pomysł, bo nie był to portal tylko o polskiej muzyce, ale ta redakcja, która była zebrana z myślą o gazecie, zaczęła  z marszu prowadzić ten portal. Parę lat działało to bardzo fajnie, ale w momencie, kiedy nasza współpraca się zakończyła, postanowiłem wrócić do tego pomysłu.

Myślisz, że boom na polską muzykę będzie trwał długo?

Ja myślę, że on się dopiero zaczyna, ale chciałem podkreślić, że nie powodują mną pobudki  patriotyczne ani, tym bardziej, nacjonalistyczne. To nie jest tak, że ja uważam, że polska muzyka jest lepsza niż muzyka czeska, niemiecka czy angielska. Jestem jednak tutaj, jestem częścią tego organizmu, znam go i chcę poznawać go jeszcze lepiej, a widzę, że jest on zaniedbywany poza środowiskowymi portalami czy tytułami. Nie ma takiego czasopisma, które traktowałby w sposób poważny muzykę popularną, widząc jednocześnie, co się dzieje w muzyce współczesnej, jazzie czy rocku. Charakter tego pisma określa też potrzeba chwili, a to, że polska muzyka jest coraz lepsza jakościowo i ilościowo, robi nam tylko lepiej.  My chcemy też sięgać po zjawiska z przeszłości, które są zapomniane i niedoceniane albo doceniane bardziej za granicą niż u nas.

Podkreślałeś w kilku wywiadach, że chcesz to zrobić ponad podziałami związanymi z określonym środowiskiem, wiekiem czy miastem. Jak bardzo wyraźne są to podziały?

To nie są podziały wrogie. Są to jednak zamknięte grupy, które się nawzajem nie widzą. Na przykład środowisko folkowe skupione wokół pisma „Gadki z Chatki” czy portalu Folk24 niespecjalnie jest zainteresowane tym, co się dzieje w okolicach cięższych brzmień, chyba że to jest Percival, który łączy te sytuacje. Środowisko elektroniczne rzadko dostrzega, co się ciekawego dzieje w świecie gitar – chyba, że z racji towarzyskich te światy się przenikają. Ja wierzę, że ten proces przenikania będzie się tylko pogłębiał. Nie ma już takiego sekciarskiego słuchania muzyki, jakie w młodzieńczych latach uprawialiśmy my, czyli pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków. To się wiązało z grupą rówieśniczą i wąskimi zainteresowaniami czy przynależnością do jakiejś subkultury – i trudno było poza to wyjść, bo nie wiadomo było, gdzie szukać. Wtedy pojawiło się pismo „Brum”, które taką funkcję spełniało. Jeżeli więc kiedykolwiek istniał dla nas jakiś punkt odniesienia na polskim rynku medialnym, to jest to właśnie „Brum”, który opisywał z jednej strony rzeczy wtedy super popularne – takie jak zespół Hey czy Lecha Jarenkę – i dlatego go kupowaliśmy, a dzięki temu odkrywaliśmy na przykład Księżyc, zespoły typu Kinsky czy jakieś fajne hardcore’owe sytuacje. To nie jest tak, że te podziały są tak  wyraźne jak wtedy, ale jednak ten brak łączności dalej istnieje i można coś z tym zrobić dla dobra samych artystów nawet, bo być może kogoś to zapłodni do jakiejś współpracy.

Czyli jednak misja?

Tak, to jest misja, bo nie jest to przecież projekt biznesowy. Gdybym chciał poszukać projektu na zarabianie pieniędzy, to raczej poza branżą muzyczną i na pewno nie w formule papierowego magazynu. Jest to więc misja, jest jakaś donkiszoteria, odrobina sentymentu do papieru i tak dalej. Powrót płyty winylowej nie wiąże się tylko i wyłącznie z sentymentem, tylko z tym, że okładki lepiej wyglądają, płyty lepiej brzmią i dochodzi ten cały rytuał nastawiania płyty, przez co słuchacz jest od razu inaczej zaangażowany w słuchanie. Podobnie jest z papierem. Otwierasz magazyn, trzymasz go w rękach i te teksty od razu mają inną rangę. Najlepsze nawet teksty wrzucone do internetu żyją tyle, ile żyją share’y na Facebooku, potem już nikt do nich nie wraca. Mam nadzieję, że na papierze będą one żyły dłużej dzięki atrakcyjnej formie i tematyczności poszczególnych numerów. Wierzę, że nie będą one wyrzucane po przeczytaniu, tylko ktoś odłoży je na półkę i będzie do nich wracał. W przypadku powrotu kasety magnetofonowej nie widzę absolutnie żadnej wartości oprócz wartości sentymentalnej. W winylu i papierze jest coś więcej.

Mariusz Herma, który będzie pisał również dla Ciebie, opublikował na swoim blogu bardzo ciekawy tekst o prasie muzycznej. Kończy go pytaniem – sugestią, że „Gazeta Magnetofonowa” będzie służyła przede wszystkim artystom, by poczuli się przez chwilę jak ich idole sprzed lat i mogli spojrzeć na siebie w kontekście całej lokalnej sceny. Zapytam wprost: dla kogo będzie ta gazeta?

Sądzę, że w dużej mierze czytelnikami „Gazety Magnetofonowej” będą muzycy, ale nie robię tego dlatego, żeby mile połechtać ich ego, ale raczej właśnie dlatego, żeby za jej pomocą się komunikowali, nawzajem się dostrzegali i potrafili, czytając o innych robiących ciekawe rzeczy, określić swoje miejsce w tej układance. Jestem więc przekonany, że muzycy będą stanowić dużą część odbiorców „Gazety Magnetofonowej”, natomiast nie chcę, żeby była to gazeta branżowa – w tym sensie, że nie chcę, żeby była hermetyczna. Istnieją na rynku takie gazety – jak „Gitara i bas” czy „Magazyn Gitarzysta” – które od strony profesjonalnej opisują pewne zjawiska, podpowiadają, jak nagrać muzykę, uzyskać konkretne brzmienie i tak dalej. U nas tego raczej nie będzie. Chodzi raczej o to, żeby czytelnik, który po prostu jest zainteresowany muzyką – nie jakoś maniakalnie, ale w takim stopniu, że czasami angażuje w nią swój czas i pieniądze, czyli kupuje płyty czy, choćby raz w roku, kupuje bilet na festiwal – mógł sięgnąć po to, bo może to być ciekawa lektura na temat zjawisk, które go interesują.

Czy  charakter „Gazety Magnetofonowej” będzie opiniotwórczy czy informacyjny?

Informacyjny zdecydowanie nie. To, że jakimś punktem odniesienia jest dla nas magazyn, który istniał w połowie lat dziewięćdziesiątych, nie znaczy, że zapominamy, że mamy rok 2015 i internet jest, pod względem szybkości i dostępności informacji, powszechny, a papier nie może z nim konkurować. Nas interesuje raczej analiza zjawisk z większego dystansu. Oczywiście, jakiś walor aktualnościowy chcemy zachować, ale bardziej nas interesuje szukanie ukrytych połączeń pomiędzy pewnymi zjawiskami i artystami. Sposób ujęcia będzie nas więc bardzo odróżniał od tego, co się teraz pisze o muzyce w internecie. Będą oczywiście recenzje i wywiady z artystami, którzy tu i teraz robią coś ciekawego, ale dominować będą rzeczy, które są ważne, ale nie maja charakteru newsowego.

No właśnie, sto stron to sporo. Co się  na nich jeszcze znajdzie?

Oprócz wywiadów i recenzji – będą teksty analityczne ujmujące pewne problemy, niekoniecznie przez pryzmat jednego artysty. W pierwszym numerze, szukając odpowiedzi na pytanie: „Czy istnieją polskie brzmienia?”, mamy rozmowę Karbido z Jurijem Andruchowyczem. Jurij opowiada o tym, jak była postrzegana polska muzyka przez jego pokolenie na Ukrainie w latach osiemdziesiątych, a Karbido – o tym, czego oni szukają i szukali na Ukrainie i czy to znaleźli. Chcemy opisywać polską muzykę, ale niekoniecznie wyłącznie z polskiej perspektywy, więc wiele z postaci opowiadających w pierwszym numerze o polskiej muzyce jest obcokrajowcami. Mamy na przykład wywiad z Nigelem Kennedym czy Matsem Gustafssonem, który zna nowy polski jazz i muzykę improwizowaną lepiej niż większość interesujących się tym tematem Polaków, a jednocześnie ma szerszą perspektywę i dystans. Odżegnywałem się od tych pobudek patriotycznych i uniesienia, które każe nam myśleć, że polska muzyka jest taka cudowna, ale możemy być o to podejrzewani. Będąc tego świadomymi, oddajemy głos ludziom, których to nie dotyczy. To wszystko układa się w bardzo szeroki, interesujący obraz niezwiązany z żadnym środowiskiem, bo pokazywany z różnych perspektyw. O swoich wrażeniach i doświadczeniach opowiada Biljana Bakić, która przez lata szefowała BMG, a obecnie jest współwłaścicielką Jazzboya, Tony Duckworth, który jest obecnie w Mysticu i jest szefem PIAS na Polskę i Europę Wschodnią czy Andy Votel, który odkrył na nowo dla świata Andrzeja Korzyńskiego, wydając jego płyty w Finders Keepers Records.

bcd85b5845288f563fdac3a7b79603d6Mamy rubrykę, w której będziemy puszczać polską muzykę artyście ze świata, notując jego reakcję i skojarzenia bez kontekstu, bo on nie będzie wiedział, co my mu puszczamy. W pierwszym numerze będzie to Fennesz, któremu puszczamy rzeczy typu Stara Rzeka czy Furia. W drugim numerze będzie to Andy Bell z Ride i Oasis, któremu puszczamy Hey i Rojka. Oni o tym opowiadają, nie wiedząc, czy zespół Hey jest dużym zespołem, czy nie. Nie ma żadnych skojarzeń, nie ma świętych krów ani punktów za pochodzenie. Czyste pierwsze wrażenie.

W każdym numerze będzie muzyczny przewodnik po danym mieście. Zaczynamy od Katowic i będzie to pierwsza część o Katowicach, w której śladami Henryka Mikołaja Góreckiego oprowadza nas jego syn. Wszystko okraszone pięknymi zdjęciami miejsc dla Góreckiego ważnych.  Jest też przewodnik bluesowy po Katowicach przedstawiony ustami Józefa Skrzeka i Irka Dudka. W następnym numerze będą Katowice metalowe i hip-hopowe, a potem będą kolejne miasta.

Mamy rubrykę, która się nazywa Sami Swoi i która porównuje spojrzenia Polaków tworzących za granicą i obcokrajowców tworzących w Polsce.

Jak widzisz, będzie to więc pismo o polskiej muzyce, ale bez ślepego zapatrzenia w tą naszą polskość. Chcemy też trochę wychodzić poza muzykę i pokazać pewne zjawiska przenikające się z tą muzyką. Jest więc wywiad z Łukaszem Orbitowskim, który jest pisarzem, ale muzyka przewija się w jego powieściach i on ma pewne doświadczenie związane ze światem muzycznym. Piszemy też o tym, jak muzyka alternatywna wraca po latach nieobecności do polskich filmów.

Zaprosiłeś do współpracy wiele znanych nazwisk. Czy to są w większości pasjonaci czy znaleźli się w ekipie, bo nazwisko przyciągnie czytelnika?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Namawiając do współpracy Bartka Chacińskiego, nie miałem wątpliwości, że jego nazwisko jest rozpoznawalne i że cieszy się on szacunkiem i zaufaniem wśród ludzi, którzy czytają o muzyce w Polsce, ale jednocześnie po prostu wiem, jak dobre teksty pisze i to było najważniejsze. Te  nazwiska nie są rozpoznawalne bez powodu. Ci ludzie udowodnili przez lata, że potrafią to robić. Nie chciałem też, żeby był to magazyn przygotowywany wyłącznie przez przedstawicieli mojego pokolenia, więc zaprosiłem do współpracy również ludzi młodszych, których wcześniej nie znałem, ale zrobili na mnie dobre wrażenie swoimi tekstami. Jestem pewien, że kwestia redakcji jest kwestią otwartą, bo jeżeli pojawi się ktoś, kto będzie miał do zaproponowania dobry tekst, to jestem na to otwarty. Jestem bardzo szczęśliwy, że udało nam się namówić Kaśkę Nosowską i chcę się tym chwalić, ale prawda jest taka, że ona po prostu świetnie pisze. Pablopavo – znakomicie pisze. Mes – to samo.

Jaki będzie rozkład mainstreamu do tak zwanej muzyki alternatywnej?

To jest bardzo dobre pytanie, ale jeszcze nie umiem na nie do końca odpowiedzieć. Trochę wyjdzie nam to w trakcie. Pierwszy numer, z wielu względów, jest bardziej alternatywny niż mainstramowy. Chociażby dlatego, że próbując znaleźć odpowiedź na pytanie zadane na okładce, możemy głównie rozmawiać o muzyce brzydko nazywanej niszową, w której Polacy odnoszą sukcesy. Polski pop na razie niczym wielkim nie zachwycił. Nie mieliśmy polskiej Shakiry, Björk cz Sigur Rós. Nie ma więc takiej success story. W elektronice, jazzie czy metalu – jak najbardziej.

Kilka technicznych rzeczy. Jaki będzie nakładGazety Magnetofonowej”?

Startujemy od pięciu tysięcy.

Z apetytem na więcej?

Oczywiście, chociaż na początku wydanie tych pięciu tysięcy nie będzie łatwe. W rozmowach z dystrybutorami pojawia się zazwyczaj takie zdanie, że to bardzo optymistyczny nakład. Oni mają doświadczenie z tymi bardzo środowiskowymi pismami, których nakłady są zazwyczaj mniejsze, a ja wierzę, że mamy potencjał na więcej. Jest to oczywiście również kwestia promocji, ale temu też służy akcja na PolakPotrafi.pl, bo zebranie środków, które nam pomogą mocno wystartować to jedno, ale jest to też komunikat, który idzie świat i informuje o tym, co to jest za gazeta.

Gdzie będzie można kupić „Gazetę Magnetofonową”?

W Empikach, ale zachęcamy do prenumeraty. Zachęcamy z bardzo prostego względu i mówię to otwartym tekstem. W przypadku magazynu, którego koszty, ze względu na jakość materiałów, są niemałe, każdy egzemplarz kupiony w prenumeracie powiększa nasz budżet o pełną kwotę.

Skoro już wspomniałeś o pieniądzach – z czego gazeta będzie finansowana?

Jest odzew ze strony potencjalnych reklamodawców. Oczywiście bardzo ostrożny, bo jest to wciąż niestniejący byt prasowy. Liczę na to, że zainteresowanie będzie rosło. Czasopismo musi się utrzymać ze sprzedaży egzemplarzowej oraz z reklam. Nie mamy wygórowanych wymagań. My będziemy szczęśliwi, jeżeli „Gazeta Magnetofonowa” będzie zarabiała sama na siebie. Wierzę, że to jest możliwe w dość krótkim czasie. Proszę o trzymanie kciuków oraz wsparcie.

A propos wsparcia. Do końca akcji na portalu PolakPotrafi.pl zostało niemal trzy tygodnie, a uzbieraliście już dwie trzecie kwoty. To chyba budujące.

Oczywiście. Nie robiłbym tego, gdybym nie wierzył, że ta gazeta jest potrzebna. Zaangażowanie ludzi to pokazuje. To jest zresztą bardzo fajny i prosty układ, bo my po prostu oferujemy prenumeratę. Ludzie płacą za jeden, trzy lub pięć numerów z góry i bardzo się cieszę, bo to oznacza, że ufają nam, że będzie to dobre i dołożymy wszelkich starań, żeby tego zaufania nie zawieźć.

rozmawiał Tomek Bysiewicz

Zdjęcie pochodzi z akcji crowdfundingowej, do wsparcia której serdecznie zachęcamy.

Komentarze

Powered by Facebook Comments