11719828_966693253352478_674353129_n

KSM za kulisami: Chris Detyna

2015/07/15

Jakiś czas temu napisał do nas facet kryjący się pod pseudonimem Chris Detyna. Wysłał nam linka do nagranej w domu płyty zatytułowanej Anatidaephobia. Żeby zaoszczędzić Wam czasu na guglowaniue – jest to lęk przed byciem nieustannie obserwowanym przez kaczkę. Tak. Zaintrygowało nas jednak to, że w tym samym mejlu zadeklarował, że nie gra i nie chce grać koncertów, a płyta jest za darmo w akcie protestu przeciwko istnieniu podatku dochodowego. W piątkowy wieczór spotkałem się więc z Krzyśkiem i, oganiając się od latającego robactwa, porozmawialiśmy trochę o tym, dlaczego nie chce tych koncertów grać, skąd i po co biorą się te dźwięki oraz o kilku innych rzeczach. Zapraszamy do lektury i do posłuchania rzeczonej płyty tutaj.

Na początek powiedz, o co chodzi z tymi kaczkami?

Ta fobia, która polega na tym, że człowiek czuje, że cały czas w jakiś sposób obserwuje go jakaś kaczka, nie istnieje. To jest fobia zupełnie fikcyjna, chociaż przypuszczam, że można sobie to łatwo wkręcić i pewnie znaleźlibyśmy taką osobę na świecie. Popatrz, co się teraz tutaj dzieje. Siedzimy i naokoło latają jakieś trzmiele, trochę się ich boję. Tytuł dziwny, coś, co nie istnieje, a jest schizowe, ciekawe, może kogoś zainteresować. Poza tym, to rzadko wyszukiwane w internecie słowo. Nie jest to na pewno nic związanego z polityką, bo takie komentarze też się zdarzały. Ciężko było wymyślić tytuł dla płyty, która jest instrumentalna. Nie ma tekstów, wokalu, nie ma żadnych cytatów. Tytuły utworów też nic nie mówią właściwie…

A skąd się one biorą?

Najpierw jest numer. Tworzę numer z jednego, dwóch czy trzech riffów, potem mam chwilę przestoju, wracam do numeru, coś poprawiam i nadaję tytuł według mojego widzimisię, na zasadzie skojarzeń. Jeden brzmi bardziej industrialnie, w drugim jest więcej elektroniki niż gitar, więc próbuję sobie wizualizować, do jakiego filmu mogłoby się to nadawać, albo do jakiej sceny czy do jakiej gry komputerowej. Jeżeli coś jest bardziej matrixowe, to w tę stronę, a jeżeli to bardziej horrorowe rzeczy, scary, creepy stuff – to w inną.

Killing Cyber Zombies?

Tak, dokładnie tak. Ten numer zresztą powstał na podstawie komiksu „Zombie commandos from hell”. Jest taka fajna książka kolesia, który rysuje w Kanadzie. Nazywa się Steph Dumais. Bardzo ciekawe, postapokaliptyczne rzeczy.  Tytuł numeru jest więc trochę dziełem przypadku. Jak coś mi wpadnie do głowy po skończonym utworze, to zmieniam nazwę folderu i gotowe.

Komiksy komiksami, a muzyczne inspiracje?

Dużo ciężkich rzeczy słucham od małego, ale najwyraźniejsze inspiracje to nowsze progmetalowe rzeczy. Teraz jestem zachwycony kapelą Jolly. Pełna nazwa to jest The Incredible Jolly. To jest takich czterech kolesi z Nowego Jorku. Wydali trzy płyty i są wciąż dość mało znani, ale mają świetne brzmienie. Facet niesamowicie śpiewa i  operuje nie tyle dźwiękami, co jakimś klimatem. Progmetalowe granie, ale połączone z jakimiś inspiracjami filmowymi, muzyką do kreskówek, strasznie dziwne połączenia. Ze starszych na pewno Dream Theater, jakaś wczesna Metallica. Bardzo duży wpływ na groove’owanie na pewno miała Pantera, ale to właściwie wszystko, bo jakoś strasznie dużo muzyki nie słucham i nie uznaję się za znawcę tematu.

Jak wygląda proces twórczy?

Najlepsze rzeczy przychodzą mi do głowy, jak już jestem ubrany i chwytam za klamkę, w przedpokoju, gotowy do wyjścia. Naprawdę się spieszę, bo jestem z kimś umówiony – i wtedy coś mi przychodzi. I nie wiem, co mam zrobić, bo nie chcę znowu zawalić jakiegoś spotkania, ale wiem, że jak nie nagram tego chociaż na komórkę, to nic z tego później nie będzie. Wiem, że miałem kilka dobrych riffów, których nie nagrałem od razu i potem ich nie mogłem odtworzyć.

Nagrywasz sam wszystkie instrumenty?

Tak, oprócz perkusji. Umiem zagrać podstawowe rzeczy, ale tak szybko i dokładnie bym nie umiał. Perkusję więc tworzę na Drumkit From Hell. Syntezator jest grany na sterowniku Midi, małe dwuipółoktawowe klawisze, ale reszta jest nagrywana na żywo. Solówki gram na basie, ale jakieś szybsze partie muszę nagrać na gitarze, która jest nastrojona do E, bo jakiś zwykły czterostrunowy bas nie dociąga do B. Jestem gitarzystą i na tym się skupiam, a resztę dorabiam tak, żeby ten riff był ciekawy i nie znudził się szybko nawet komuś, kto na co dzień nie słucha takich rzeczy.

I to wszystko po godzinach?

Tak, wieczorami, w weekendy. Dlatego ta płyta tak długo powstawała, bo ponad trzy lata. Pierwsze numery mają więc zupełnie inne brzmienie niż ostatnie, bo jednak jakoś tam ewoluowałem.

Dlaczego nie jesteś zainteresowany graniem tej muzyki na żywo?

Przez dwie rzeczy. Trochę przez wygodę. Nie widzę siebie taszczącego sprzęt co sobotę i grającego po klubach za darmochę. Wiem, że z taką muzyką jest bardzo ciężko się przebić. Mógłbym wziąć keyboarda i zacząć grać disco polo, wtedy pewnie bym się przebił. Chociaż nie wiem, czy można grać instrumentalne disco polo, może to jest jakiś nowatorski pomysł. Progresywne, instrumentalne disco polo z elementami death trashu. Nie mam parcia na to, żeby mieć tę przygodę z koncertami, występami. Mam za sobą trochę takich rzeczy, to było fajne, ale trochę mi się nie chce. Bardzo odpowiada mi takie „normalne” życie. Mam narzeczoną, jestem szczęśliwy i nie chciałbym się z przyszłą żoną widzieć raz w tygodniu, bo pozostałe dni zajmą mi próby, koncerty i nagrania.

Druga rzecz jest taka, że chciałbym, żeby ta muzyka była wykorzystana w produkcjach typu gry lub filmy czy przedstawienia.  Nie mówię o komercyjnych rzeczach, typu prezentacja w korporacji, ale fajnie by było, gdyby to się pojawiło w jakichś podobnych klimatycznie rzeczach, typu Twisted Metal albo jakiś Karmageddon. Mam też sporo numerów, które są spokojniejsze, pisane z myślą o jakiejś muzyce filmowej, ilustracyjnej,  w której jest dużo ambientowych rzeczy, ale też z dodatkami gitary klasycznej, nawet flamenco czy muzyki szpiegowskiej. Bardziej niż na scenie widzę więc tę muzykę w niskobudżetowych grach i filmach typu fan made. Chciałbym więc pójść w tę stronę. Interesowałem się zresztą prawami autorskimi i firmami, które się zajmują muzyką na zamówienie, ale trochę mnie zniechęcił ten rynek, bo widzę, że jest bardzo dużo muzyki, która jest sprzedawana za jakieś dziesięć dolarów i temu podobne stawki. Stockmusic, Audiojungle i tym podobne serwisy, które są bardzo fajne, ale za jedną sprzedaż masz jakieś śmieszne pieniądze, a jest tego tam miliony nagrań. Chciałbym proponować muzykę absolutnie na wyłączność. Tak, żeby była ona kojarzona z konkretnym filmem albo grą. Jak gadam z kumplami czasem i oni mówią, że mają soundtrack z jakiejś starej gry i sobie go puszczają czasem i się nią jarają, to to jest bardzo fajne właśnie.

Ok, ale jednak chciałbyś gdzieś dotrzeć ze swoją muzyką, prawda?

Tak, ale w sposób, który nie jest aż tak absorbujący. Poza tym, zespół to kilka osób. Jak angażujesz czas innych osób, to bierzesz za to też odpowiedzialność, a ja nie chcę tego robić fulltime i nie chcę nikomu nic obiecywać. Nie czułbym się fair w stosunku do takich osób. Ale mam świetnych znajomych muzyków, kilku kumpli, więc nigdy nie wiadomo, co się stanie za parę lat. Nie wykluczam tego, bo nie wiadomo, co życie przyniesie, ale na pewno nie będę do tego mocno dążył. Trochę też robię to hobbistycznie. Po to, żebym mógł powiedzieć kiedyś wnukom: „Patrz młody, jak dziadek kiedyś napierdalał metal, a nie to, czego wy teraz słuchacie”.

Myślisz, że wypuszczenie płyty za darmo w sieci pozwoli dotrzeć twojej muzyce do kogoś więcej niż do pasjonatów lub kogoś, kto przypadkiem na nią trafił?

Szczerze mówiąc, liczę tylko na tych przypadkowych albo na tych, którzy trafią na nią z polecenia tych pasjonatów właśnie. Wiem, że koncerty pomagają dotrzeć do ludzi, ale ja nie mam na to ani ochoty, ani energii. Wolę to spożytkować na komponowanie, bo to mnie najbardziej jara. Nie chce mi się gitarą popisywać na scenie, bardziej cieszy mnie, jak ktoś docenia kompozycję, mówi, że fajnie się tego słucha, fajnie się do tego gra w Quake’a czy prowadzi samochód. Nie mam złudzeń co do tego, że nagle stanie się to jakieś hiperpopularne, że nagle posłucha tego jakiś Mike Portnoy i powie: „O Boże! Tak! To jest genialne! Umieszczę to na swoim fejsie, słuchajcie ludzie!”.

Komentarze

Powered by Facebook Comments