12233349_1022213071133829_866403425_n

KSM za kulisami: Bartosz Słatyński

2015/11/13

Bilety na niedzielny koncert można wygrać na naszym fanpage’u, a tymczasem pewnie się zastanawiacie, kim jest jegomość, który będzie towarzyszył Besides w Zaścianku. Aby przybliżyć Wam tą postać, postanowiliśmy z nim porozmawiać.

Który to będzie już raz w Krakowie?

Kolejny, ale była spora przerwa. Pamiętam fajny koncert z Penny Lane podczas promocji pierwszego albumu – była naprawdę fajna, studencka impreza. Występowałem również w Krakowie z moim pierwszym składem, Avalanche, w bardzo kameralnej atmosferze, w małym, lecz klimatycznym klubie niedaleko rynku. W 1999 roku z ówczesnym składem wygraliśmy beczkę piwa w jakimś konkursie zespołów w lokalu typowo piwnicznym, jazzującym można powiedzieć.

Wnioskuje, że dotychczasowe przygody z Krakowem wspominasz raczej pozytywnie?

Muzyczne – jak najbardziej. Pozamuzyczne nie zawsze, ale wciąż uważam, że to jedno z najważniejszych miejsc na kulturalnej mapie Polski.

Jak doszło do tego, że koncertujesz razem z Besides?

Znam się z Piotrem Kruszyńskim od wielu lat. Razem stawialiśmy pierwsze kroki na lokalnej scenie. Zawsze blisko siebie. Kiedy dostałem materiał z pierwszej płyty Besides, powiedziałem „kurcze ale to dobre!”. Czułem, że Piotrek znalazł to, czego w muzyce poszukiwał od dawna i to mi się bardzo spodobało. Potem okazało się, że nie tylko mnie. Równocześnie chłopaki cały czas koncertowali i zdobywali doświadczenie sceniczne jako zespół. Teraz – gdy ja startuje ze swoim autorskim materiałem – pomyślałem, żeby skorzystać z całego bagażu zespołu Besides, no i może choć trochę przekonać do siebie publiczność.

Twoja muzyka jednak trochę rożni się od muzyki granej przez chłopaków, jak jesteście odbierani przez fanów Besides?

Ludzie słuchają nas z zainteresowaniem jak sądzę, czasem nawet są oklaski. Ludzie słuchający przestrzennej muzyki na pewno znajdą tę przestrzeń i u mnie; może nie dokładnie, jednak jest to zaśpiewane trochę inny przekaz, jest tekst, który o czymś opowiada. U Besides trzeba sobie samemu napisać historyjkę i za to głównie cenię ten zespół. Myślę jednak, że nie zawiodę fanów bardziej progresywnej muzyki.

Jakbyś mogł wyjasnić… grałeś w wielu zespołach, a teraz masz solowy projekt. Dlaczego zdecydowałeś się na ten materiał?

Chciałem załatwić kilka spraw. Przede wszystkim wziąć odpowiedzialność za całokształt albumu, teksty, muzykę i instrumentarium, ponieważ większość rzeczy zagrałem sam. Oczywiście nie odbyłoby się to bez pomocy producenta, który chłodnym uchem kierował i dobarwiał. Ostatecznie jest to jednak mój album i opowiada o mnie. Sprzed lat, jak i obecnie. Zupełnie innego człowieka, który dostał jeszcze jedną szansę zaistnieć w świadomości odbiorców. Chcę wykorzystać tę szansę.

Bardziej się odnajdujesz w roli członka zespołu – współtworcy czy w roli Zosi samosi –solowego artysty odpowiedzialnego za wszystko?

Teraz widzę, że ta odpowiedzialność wyzwala, a zarazem kosztuje wiele energii. Ale jakoś daję radę. Oczywiście gram z zespołem i to jest fajne doświadczenie, bo każdy z muzyków jest oryginalny i wyjątkowy. Można się wiele nauczyć. Dać i wziąć – jak w życiu. Lubię ludzi, i umiem już teraz współpracować odpowiedzialnie i kreatywnie.

Jaki był klucz doboru muzyków?

Paweł, gitarzysta, pojawił się już dawno. Polubiłem tego człowieka za charakter do życia, ale również serce do muzyki. To miał być trzon. Janusz, perkusista, pracował w studio, w którym nagrywałem. Okazało się dopiero podczas nagrań, że daje radę również na perkusji, spróbował i… wyszło na tyle dobrze, że zaprosiłem go do dalszej współpracy. Piotr Pio Jerry – basista – był dobrym kolegą Janusza. Co warto podkreślić: obaj muzycy są młodzi i wprowadzili ten pierwiastek młodości i świeżości do moich piosenek. Z basistą, który nagrywał, współpracowałem już od dawna. On także produkował całość. No i Baca, Bacuś – Paweł Basak, ostatni w składzie klawiszowiec, dusza człowiek, na którym zawsze mogłem polegać, a znamy się i graliśmy już w latach 90. Co ważne – wszyscy oni mają mocno zainfekowaną duszę… muzycznie, oczywiście!

Na jakiej przestrzeni czasu powstawały utwory na płytę? Chodzi mi o to, czy są tam rzeczy stare, a teraz odświeżone?

Są pomysły muzyczne sprzed kilku lat, ale głównie płyta oparta jest na utworach, nad którymi siedziałem w domu przez dwa miesiące – od pierwszego dźwięku do ostatniego słowa.

Teksty również są wszystkie Twoje?

Tak. Chociaż żeby być uczciwym, muszę dodać, że producent poprawił mi kilka słów, mówiąc „to jest do bańki, spróbuj tak”… Posłuchałem i wyszło na dobre!

Co jest dla Ciebie większym wyzwaniem – napisanie dobrej melodii czy dobrego tekstu?

Nie uwierzysz. Jak melodia „siądzie”, to i tekst się pisze łatwo! Ale przywiązuję wielką wagę do tekstów. Nie mogą być zbyt banalne ani tez przekombinowane. Jest to sztuka, aby umieć to wyważyć. Nie zawsze się udaje… Ale staram się. Nieraz banał niesie całość – może nawet nie tyle banał, tylko tzw. „proste” słowa. Melodia to coś magicznego i klucz do sukcesu piosenki – musi być taka jak u The Beatles.

Co jest najfajniejszego w Waszych koncertach? Jakbyś miał powiedzieć komuś „Ej, Besides są zajebiści, ale przyjdźcie, bo gramy też my, wiec będzie fajnie, bo…”?

Będzie okazja posłuchać starego wyjadacza po przejściach, który śpiewa o miłości do swoich dzieci, która to miłość daje mu siłę, aby się wywlec na scenę i dać czadu, jakby miał 20 lat mniej! (śmiech) A tak poważniej – dużo przestrzeni, brudnych gitar i lirycznych zaśpiewów, a wszystko podparte mocno rytmiczną i osadzoną sekcją.

rozmawiał Bartek Szlapa

Komentarze

Powered by Facebook Comments