Frank's Hard Drive, 'Frank's Hard Drive'

KORALE KOLORU BRITPOPOWEGO

2012/10/25

Frank’s Hard Drive 

Krakowskie multinarodowe konstelacje muzyczne, ze szczególnym uwzględnieniem silnego lobby poddanych Jej Wysokości, każdego roku dostarczają płyt interesujących (rzadko), płyt nijakich (często) oraz płyt, których słuchać się nie da (najczęściej). Propozycja Frank’s Hard Drive zasadniczo mieści się w drugiej z powyższych kategorii. Jako potomkowie narodu słynącego z gościnności, przemianujemy ją jednak tymczasowo na: płyty, które nie robią różnicy. Po pierwsze dlatego, że słowo „nijakie” brzmi mało sympatycznie, a Soanes, Nieuwsma, Jenkins, O’Neil i Bryan są sympatyczni. Po drugie dlatego, że album wcale nie jest taki nijaki, a fragmentami wręcz stylowy – co, naturalnie, nadal nie oznacza, że dobry. Nie jest dobry.

Frank’s Hard Drive to płyta kolorowa i user friendly. Utwory mienią się w słońcu jak koraliki. Britpopowe koraliki. Dur goni dur, a trąbka Jenkinsa konsekwentnie ociepla całość we właściwych miejscach. Tracki okręcają się wesoło wokół nóg i przymilają. Tup, szepczą, tup. I człowiek tupie. Tupie, aby finalnie skarcić się wewnętrznym klapsem, na zasadzie: „co też ja wyrabiam?”. Kto wie, może osiągnięcie takiego efektu to wystarczający dowód na to, że Frank’s Hard Drive tak naprawdę wygrali tę potyczkę.

Mówiąc szczerze, nastawiłem się w zasadzie na zjebkę płyty i przygotowałem zawczasu stosowne narzędzia tortur. Po trzech trackach minę miałem jednak nietęgą. Rozpoczynający album Playground – z perspektywy dorastającego w latach dziewięćdziesiątych polskiego ucha niechybnie jawiący się brakującym elementem pomiędzy Radosnym Patrycji Kosiarkiewicz a Dniem gorącego lata Big Day – nadciąga, wyposażony w raczej niepewnie poprowadzone ritenuto refrenu i zarzuca wędkę wrażliwości w rejonach wczesnego Blur. Track bezczelnie i bezceremonialnie chwyta słuchacza za fraki i unosi, aby ostatecznie postawić go na środku londyńskiej Berwick Street jakoś we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. A niech mnie cholera. Na mieście mówili, że britpop umarł, byli wręcz pewni. Śmiali się. Drwili z mojej kasety Suede. Tymczasem, rozglądam się. Nie ma chuja. Soho buzuje turystami, wokół pomykają chuderlawe kudłacze w koszulkach Modern life is rubbish, chłodny wiatr wwierca się za kołnierz swetra a królem strzelców Premiership został właśnie Alan Shearer z Blackburn Rovers. Ledwie zaczynam się otrząsać z tej cokolwiek rozkosznej fatamorgany czasoprzestrzennej – nadchodzi drugi cios. Sky blue to już absolutna stylówa, w dodatku prześliczna. There’s a lot of shit / we have to face up to now and then, mówi Philip Soanes, a ja odlatuję. Poważnie, odlatuję w tym momencie. Track jest ładny, tak opętańczo ładny, że łatwo nie przywiązać wagi, a wręcz zupełnie pominąć kończący go barbarzyński fade out, za który w normalnych okolicznościach należałby się wpierdol. Płyny organiczne braci Gallagher wylewają się wprawdzie z każdej szczeliny kompozycji, słyszę to doskonale, ale i tak – zamiast kąsać, rwać i szarpać siedzę, bezwładny, schwytany przez wnyki retro-ciepełka.

Rozpoczyna się track trzeci, The maid, a urok wciąż trzyma. Byrne’owa zwrotka przechodzi w natrętnie szpiegowsko-bondowski bridż. Roger Moore skrada się z giwerą pośród ceglanych murów. Zza winkla tymczasem, za sprawą jawnie maanamowej frazy gitary, wystawia ryjek nie kto inny, jak Marek Jackowski. Głodne źrenice / zjadają resztki światła. Co się, kurwa, dzieje? Od totalnego skołowania ratuje mnie niezgrabna, przeżarta, zbyt grubo ciosana końcówka utworu, przypominająca, że to jednak nie album jakichś przeoczonych przez New Musical Express nieślubnych pacholąt Damona Albarna i Bretta Andersona , tylko – ostatecznie – Frank’s Hard Drive z Krakowa. Jak można było tu dolepić te chujowe transowo-noisowe beknięcia? Ech.

Czar pryska, wracamy do rzeczywistości. Od będącego owocem niezobowiązującej, wakacyjnej kopulacji The Pixies i Beach Boys Let’s not be strangers tonight włącznie robi się już znacznie słabiej i – niestety – również wyraźnie toporniej. Lekkość i błysk więdną bezpowrotnie w zachodzącym słońcu Manchesteru. Album zmierza do mety poprzez blurowo-countrypodobne Hop along concubine i blurowo-rhytm’n’bluesowe Preoccupied, finiszując za pomocą solidnego, talkingheadsowo-interpolowego Driver. Płyta się kończy. Donng. Jesteśmy w Krakowie, a nie na żadnej Berwick Street, Oasis rozpadli się 3 lata temu, królem strzelców Premiership jest Robin Van Persie. Shearer już nie gra. Takie są fakty, jak by powiedział Kamil Durczok. Nie jest to jednak jakiś szok. Jak wspominałem, już od czwartego tracku Frank’s Hard Drive można było ten stan rzeczy jurnie przewidywać.

Aby stało się zadość muzycznej faktografii, należy jeszcze wspomnieć, że w zakamarkach płyty łatwo natknąć się na nie zawsze trafione beatlesowskie chórki, Phil Soanes należy do wokalistów, którzy im bardziej się starają, tym gorzej brzmią, zaś wnętrze eleganckiego digipacka zdobi kompletnie random fotografia bliżej nieokreślonego bachora za kierownicą samochodu – znajdującej się, naturalnie, po jego prawej stronie. Well, isn’t that cute? But it’s wrooong! Tak. Tyle, jeśli chodzi o Frank’s Hard Drive.

Gdyby album zredukować do rozmiarów czteroutworowej EP – z chociażby takim Driver włożonym w miejsce nominalnie czwartego w kolejności Let’s not be strangers tonight – miałbym tu, w moim Srogim Wieżowcu Okrutnego Recenzenta, niezły i kolorowy orzech do zgryzienia. Na szczęście, nienasyceni Anglosasi dowalili jeszcze trzy cienkie numery i britpop nadal nie żyje. Scorpion wins.

Idę posłuchać Parklife. Kiedy ostatnio słuchałem Parklife?

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

franksharddrive.bandcamp.com

Komentarze

Powered by Facebook Comments