Jarun wziemiozstąpienie okładka

Komu kopa w dupsko?

2013/01/05

Jarun – Wziemiowstąpienie

My tu sobie pitu pitu o oraniu, koralach i czołgach, a tymczasem krakowsko – nowosądecka kapela jest gotowa dać nam wszystkim kopy w dupska. Jarun we wrześniu niespodziewanie rzucił rękawicę w postaci pełnej, dojrzałej i dobrze wyprodukowanej płyty. Spodziewalibyście się?

Jarun jest młodym zespołem, w obecnym składzie (wokal, 2 gitary, bas, perkusja) gra rok. Muzyczna warstwa kapeli to ciężkie łojenie z pogranicza black metalu, zmiękczone gitarami akustycznymi i melodyjnymi riffami. Przy czym łojenie i gitary akustyczne występują łącznie. Tak, łącznie czyli razem, w tej samej chwili. I to jest dobre. Melodyjne riffy też są dobre. Sekcja rytmiczna również robi dobrze. Nawet wokal jest dobry – ryczy, skrzeczy i szepcze gdzie trzeba. Tekstowo na szczęście black metalowej jatki nie uświadczymy. Jednak, poza utworem „Powrót”, króluje melancholia. Założyciel zespołu wspomina w jednym z wywiadów o leśmianowskiej metaforyce. I rzeczywiście coś w tym jest. W tekstach Jaruna unosi się melancholijny duch, bliski majakom z niespokojnego snu na łonie natury. Duch, który zgrabnie łączy się z muzyką, momentami przywodzącą na myśl fragmenty „Wiedźmina” Sapkowskiego.

Na płytę składa się osiem utworów, całość trwa prawie 40 minut. Pierwsza kompozycja (tytułowe „Wziemiozstąpienie”) zaczyna się delikatnym pasażem zagranym na gitarach akustycznych, zakłóconym mocnym skrzekiem wokalisty. Potem jeszcze krótki, melodyjny temacik bez prądu i ostra jazda. Ciężkiej gitarze czasami towarzyszy akustyk, tworząc nastrój przypominający fragmenty „Legendy” – płyty nagranej kiedyś przez Armię. Bardzo dobry początek. Chcę jeszcze. Drugi utwór. Znów spokojny wstęp. Tym razem krótko. Po chwili cały zespół wchodzi pełną parą w wolnym, ciężkim rytmie. Ruszyła maszyna jak żółw. Ale to żółw w pełnej zbroi płytowej i z mordem w oczach. Są fajne smaczki z gitarami akustycznymi, czasem przypominające klimaty wiedźminowskie (mówię o muzyce z obu części gry), czasem trącące „Wildhoney” Tiamatu. Całość jak ulał pasuje do jesiennej szarugi. Tekst, a jakże, najsmutniejszy na płycie. Dobry kawałek, ale wprawił mnie w nostalgię. Nie lubię tego. Otrząsam się i słucham dalej. Pieśń trzecia (bo słowo „piosenka” nijak tu nie pasuje) zaczyna się energetycznie. Jeszce raz połączenie ciężkiego grania i folkującej gitary akustycznej. Mniej kombinowania, mniej smaczków, za to spójna forma. Jest nawet gitarowa solówka. Pasuje, ale… dupy nie urywa. Ot, taki przerywnik. Zdecydowanie bardziej podobają mi się akustyczne gitary w tle. Mocne zakończenie i idziemy dalej. Czwarty utwór jest w 100% bez prądu. Ładne brzmienie, ładne akordy, chwytliwy temat przewodni w stylu starego Ankha. Słychać tylko gitarę i deszcz. Sympatycznie. Kompozycja piąta stylistycznie znów miażdży mocnym graniem z akustycznymi smaczkami. Jest moc, jest energia, a w tekście gniew. I strasznie fajny riff przewodni. Zapada w pamięć. Jak dotąd mój ulubiony kawałek. Energetycznie, ale krótko. Szósty utwór z, o dziwo, optymistycznym tekstem. Trochę szeptany, trochę wyryczany. Nastrojowa, lekko przesterowana gitara wysunięta z miksu tworzy tym razem łagodny klimat. Kompozycja siódma, najdłuższa. Zaczyna się mocnym skrzekiem wokalisty, podpartym nostalgicznym podkładem. Dużo akustyków. Jest coś takiego, jak nastrojowy black metal? To właśnie taki lekki kawałek w sam raz do łóżka. Są ciężkie momenty, ale pasują do klimatu całości. Solówka i tym razem dobra, ale bez ikry. Ostatni utwór jeszcze bardziej uspokaja. Piękny, melancholijny podkład i smutny tekst szeptany mocnym, charczącym głosem. Znowu harmonia i klimat przypominają mi „Wildhoney”.

Aranże są udane, całej płyty słucha się dobrze, słabych punktów nie ma. Chociaż… te dwie solówki, niby dobre, ale… Życzyłbym i sobie, i gitarzyście więcej muzyki w solówkach.

A teraz najważniejsze. Pięciu chłopaków założyło zespół. Nie krzyczeli, że ciężko, że właściciele knajp są dla nich niedobrzy, że nie ma pieniędzy i że się nie da. Wzięli się do ciężkiej pracy, nagrali, wyprodukowali i wydali płytę o własnych siłach. Tak to się robi.

Całą płytę można przesłuchać za darmo w serwisie youtube. A skoro do płyty nie jest przyczepiona żadna pijawka i całe 20zł minus koszt przesyłki (który jest wliczony w cenę) wędruje do kieszeni muzyków, wiecie co robić po przesłuchaniu… Zamawiać można przez facebookowy fanpage.

Zespół planuje 5 stycznia koncert w Kotceroli  (Kociekarola?). Zobaczymy, jak spisują się na żywo.

Jarun w KSM

Fanpage na facebooku

Kanał You Tube Jaruna –  tu można przesłuchać całą płytę.

Komentarze

Powered by Facebook Comments