big_cover_front

Kolorowa papka brzmień

2013/10/30

NoName – NoName (White Album)

A cóż to takiego?, mruknął Profesor Ciekawski, przyglądając się dziwacznemu żyjątku, szamoczącemu się w sieci na motyle. Stworek spoglądał na niego nieruchomo jedynym, kaprawym oczkiem. Profesor postanowił zabrać paskudztwo do laboratorium i przyjrzeć mu się pod mikroskopem. Żyjątko najwyraźniej wyczuło zagrożenie, bo wytrzeszczyło się obrzydliwie i przemówiło tak czerstwą angielszczyzną, że Profesor natychmiast dostał złośliwej marszczycy mózgowia i zmarł w konwulsjach pośród szumiącego tataraku.

Bardzo trudno jest orzec, czy to ptak, czy nosorożec. Zespół NoName na swoim debiutanckim albumie odstawia bowiem akcje tak kuriozalne, że Kot w Butach, rezydujący bez zbędnej przyczajki na wyspach Bergamutach, wydaje się opcją całkiem realną. Udokumentowanie istnienia takich utworów, jak „Mgła”, polskojęzycznej adaptacji „Under the Bridge” oraz – przede wszystkim – „Kolorowanka”  (arcyfreak w tym mało wystawnym towarzystwie) to wydarzenie o podobnym znaczeniu dla muzyki, co dla nauki sfotografowanie w akcji homoseksualnego pegaza o pięciu pindolach.

Gitarowo nacechowane migdalenie w wykonaniu NoName zatacza kręgi pomiędzy takimi zjawiskami fonicznymi jak gimbazowy nu-metal, hardrokerka, niby-funk oraz stara, dobra, wieśniacka power ballada. Odwiedzających stronę internetową zespołu witają strofy o testosteronowym kwintecie z Krakowa oraz rockowym kiju wbitym we wszechobecne pseudorockowe mrowisko. Dalsza część notki biograficznej umiejscawia NoName w jednym rzędzie z pierdylionem bandów, które za kluczowe i niezbędne uważają poinformowanie czytelników, kiedy w garażu Rudego rozpoczęły się pierwsze próby z Czarnym i Głuchym oraz o tym, w którym roku Mopsa zastąpił na wokalu Spaniel. Pytanie to nie jest wprawdzie skierowane bezpośrednio do naszych testosteronowych bohaterów, raczej rzucone w obojętną i milczącą przestrzeń, ale kogo to, kurwa, obchodzi? Tło graficzne stanowi natomiast wybuchająca bomba atomowa. Tak.

Wieśniacki imidż wysiada jednak w przedbiegach w konfrontacji z wieśniackim kontentem muzycznym i to już na wysokości trzeciej sekundy pierwszego tracku, kiedy pojawiają się sygnały karetek i radiowozów. Powtórzę, bo mogło nie dotrzeć: kolesie na serio rozpoczynają album od sygnałów karetek i radiowozów. Dlaczego? Prawdopodobnie styrany życiem podmiot liryczny strzelił samobója. W trzeciej sekundzie płyty! Niewykluczone, że po raz pierwszy przesłuchał całość na trzeźwo. Tymczasem, po najżałośniejszym intro roku 2013, „Runaway” błyskawicznie ewoluuje w stronę klasycznego nu-metalowego złomu, który na pełnym luzie mógłby znaleźć się pośród odrzutów z sesji demo do debiutu Evanescence. Trudno mieć zresztą pewnosć, czy tak właśnie się nie stało. Szybka podmianka zawodzącego złamasa w czapce na gotyckie tokowanie Amy Lee i znów mamy rok 2003, a „Bring Me To Life” dokonuje masowego fistfucku jak zwykle poszkodowanej publiczności obiektywnej.

Druga na trackliście „Mgła” skierowana jest najwyraźniej do tej samej grupy docelowej, jawiąc się niechybnie przemową zafrasowanego ojca do wydziaranego henną gimnazjalisty, przeżuwającego swoją bezdenną indywidualność w najciemniejszym kącie pokoju. W tym właśnie momencie uwaga słuchacza nieodwołalnie kieruje się w kierunku warstwy tekstowej albumu i płynące z tych obserwacji wnioski są równie przyjemne co odkrycie, że dywan w kuchni zgnił niespodziewanie w ciągu nocy i emituje na resztę mieszkania karawany małych, białych robaczków. Czy udajesz dziś / superkogoś kim wczoraj / z całych sił pragnąłeś być? Superkogoś? Ale bardziej Batman czy Łoś Superktoś? Czy ukrywasz swoją twarz / w dłoniach pełnych pustej wiary? / Czy to naprawdę jesteś ty? Natężenie rockersko-depresyjnego kału lirycznego jest wręcz imponujące. Czy na pewno chcesz / oszukać własny cień? / Rozjaśniać noc, przesypiać dzień? Że co zrobić z tą nocą? Najbardziej nasycony pedagogicznym podejściem do sprawy wydaje się być refren: nie tańcz we mgle, opamiętaj się / nie udawaj że nic nie obchodzi cię / nie tańcz we mgle, opamiętaj wreszcie się, zakończony moim ulubionym, jakże dostojnym: nie tańcz we mgle / skończy się to źle.

Osobiście widzę tylko jedną możliwość: NoName kupują teksty od szkolnych kolegów swoich dzieci. Nie ma innego wyjścia. W świecie z którego przynoszę zakupy, kolesie w tym wieku nie produkują tak bezczelnych, highschoolowych pierdów, po prostu tego nie robią. Gdybym odkrył tego typu zapiski autorstwa mojego ojca, utopiłbym się ze wstydu w musztardzie stołowej.  Nie pomaga nawet fakt, że pół płyty jest po angielsku, co zwykle częściowo rozwiązuje problem. Wysoce biedny skill językowy testosteronowego wokalisty woła o pomstę w postaci powolnej dekapitacji odpowiedzialnej za zaistniałą sytuację nauczycielki anglika z podstawówki. Ponadto frontman NoName często bełkocze, przez co zrozumienie słów bywa zwyczajnie niemożliwe.

Docieramy w ten sposób do jądra ciemności, epicentrum zarazy, siedliska grzybni, Titanika chujowych tekstów. Piąta na płycie „Kolorowanka” to odważna próba strącenia Andrzeja Piasecznego z tronu cesarza absurdu niezamierzonego. Przymilny i kompletnie bezpłciowy wstęp, mający zapewne na celu zmiękczenie słuchacza, mija i zostawia go sam na sam z grozą.

Błękitu łyk.

Hm?

Zieleni kram.

Jak?

Wybielony niewinnością.

Och.

Ubogi brąz.

Doprawdy?

Zawistna żółć.

Mocne.

Czerwień skąpana namiętnością.

Ja jebię.

Połącz razem je / Połącz razem wszystkie kolory te / Zgasną jeszcze dziś / Z wolna zwierając się w czerń.

W którym momencie testosteronowa płyta NoName zamieniła się w „Gry i zabawy z częściami mowy dla najmłodszych”?

Miłości róż / Rudawy fałsz / Zadumana purpura.

Rudawy fałsz. On to zaśpiewał.

Złota blask / Oranżu żar / Kremowy słodki smak / (…) Malujemy dzień w dzień / Radością, szałem łzami / Kolorujemy siebie sami / (…) Szkolna zabawa ta / W nieskonczoność trwa.

Ja nie wiem, czy to jest żart, czy ironia, czy kpina, czy zwyczajne dragi. Nie wiem, czy autorem tego tekstu jest papużka falista perkusisty, ale powyższe słowa wydają się być dobrane kompletnie losowo i o ile nie jest „Kolorowanka” manifestem jakiegoś nowego, radykalnego ekspresjonizmu, to jest to po prostu przytoczony na początku pegaz o pięciu pindolach we własnej osobie. Tekstem tej piosenki należałoby zainteresować National Geographic, a jeśli się nie podejmą – UNESCO. Względnie można zakopać go na Pustyni Błędowskiej z nadzieją, że kiedy odnajdą go za pięćset lat zieloni, kosmiczni archeolodzy, nie nauczą się prawdopodobnie niczego szczególnego o naszej kulturze, ale przynajmiej kompletnie ocipieją.

Nie można z tej pozycji nie wspomnieć o wieńczącym płytę „U.T.B.”, czyli o wspomnianym już coverze „Under the Bridge” z polskim przekładem. Naturalnie okazuje się on być totalnym kuriozum, nie stroniącym od spektakularnych dongów pokroju: To duch mego miasta, miasta szarego / Samotny jak ja, płyną nasze łzy lub Przynajmniej mam miłość mojego miasta / Smutnego jak ja, my płaczemy wciąż. Tak. W normalnych okolicznościach poświęciłbym „U.T.B.” co najmniej trzy jurne akapity pełne jadowitej analizy i cały wór wymyślnych epitetów, jednak prawda jest taka, że „Kolorowanka” pozamiatała. Prawdopodobnie zaniosę teraz fotel bujany do piwnicy i spędzę tam odprężający miesiąc. Co natomiast zaskakuje w „U.T.B.” to fakt, że zawiera on najlepszy fragment płyty w postaci zgrabnie wmontowanego przed pierwszym refrenem ludowo-rubasznego wtrętu: Siała baba / Siała baba mak. Pięć punktów dla panów w bandanach.

Odnotowujemy nie tylko dongi tekstowe, ale również czysto muzyczne. Są na płycie bowiem momenty, w których wypełniające ją po brzegi zwyczajne, wiejące dziadem rokersowanie spod znaku sezonowanej whisky, Route 66 i „Appetite for Destruction” dostaje nagle szmergla, i dzieją się wówczas rzeczy, o których nie śniło się naszym fizjologom. Zmyłkowo nie znajdziemy takich sytuacji w openerze „Runaway”. Wystarczy jednak, że płyta przeskoczy na track numer dwa i marsjańskość aranży daje o sobie znać w postaci rozdzierającego powietrze krzyku: nie! na wysokości 0:13. Bogactwo przeżyć wewnętrznych wokalisty NoName wylewa się z jego opustoszałego jestestwa po raz kolejny dwie minuty później, gdy wydaje z siebie umęczony szept: cisza / ogłusza mnie.

Jeśli chodzi o wspomniane dongi muzyczne, to w „Mgle” występują dwa. To, że bridge z niejasnych przyczyn siada energetycznie w połowie niczym pudel na ulubionym kocyku, było do przewidzenia. Dlaczego jednak numer kończy pierwszy w historii muzyki stęk a capella, w dodatku przedłużany w nieskończoność? Nie wiadomo. Jeszcze mniej wiadomo natomiast o trzecim w kolejności utworze „Mellow Love”, który z kolei muzyki nie zawiera w ogóle. Zamiast tego, na tle gitarowo-klawiszowego kiślu, wokalista NoName rozprawia się w cztery minuty z wirażami swojej młodości.

„Blue T-shirt”, numerek czwarty, to najbliższa piosence rzecz, jaką odnajdziemy na omawianym nośniku dźwięku. Składa się ona bowiem z umiarkowanie zgrabnego refrenu i równie umiarkowanie przyjemnego pasażyku na 3:38. Mogło być znośnie; sytuacja rypie się jednak bezpowrotnie za sprawą wiochmeńskiego riffu na wstępie, niemożebnie czerstwej solówki poprzedzającej drugą zwrotkę oraz – znów – totalnie marsjańskiej końcówki, w której zespół zdawszy sobie sprawę, że skończył na niewłaściwym akordzie, dla niepoznaki dogrywa szybko ten właściwy. Prawdopodobnie miało być lirycznie.

Nad „Kolorowanką” pastwiłem się już wystarczająco. Nie odmówię sobie jednak przyjemności wspomnienia o fakcie, że poza bełkotem wiejskiego głupka, stanowiącym jej przekaz, drugą połowę tracka – a mówimy o dwóch i pół minuty! – wypełnia kawalkada syfnych riffów, kompletnie z siebie niewynikających i do siebie niepasujących, mająca zapewne na celu wprowadzenie na płytę progresywnościnieprzewidywalności. Przede mną wprawdzie jeszcze parę obiecujących tegorocznych płyt, ale z całą mocą ogłaszam już dziś „Kolorowankę” poważnym pretendentem do bieżącej edycji osławionej nagrody Burego Wała.

Do szczęśliwego końca zmierza płyta poprzez post-metallicowe pomyje, zatytułowane „Little angel”, przypominające nieślubnego, kostropatego bachora „Fade to Black” oraz wielki finał w postaci „U.T.B.”, a więc gwałtu sienkiewiczowskiego latarnika na Johnie Frusciante podczas zabawy w remizie. Jednego nie można NoName odmówić: jest kolorowo i naprawdę wesoło. Polecam zwłaszcza konkurs odgadywania, co właśnie zaśpiewał wokalista. Doskonała rozrywka dla całej rodziny. „Mgła”, 0:53: najwyraźniej: W dłoniach pełnych pustyjary. Czym jest pustyjara? Balsamem na zmarszczki? „Kolorowanka”, 0:31: zieleni kram? Może kran? Karb? Tran? Garb? Krab? 2:45, ten sam utwór, moja ulubiona linijka na płycie: penisując ją córami. Względnie: pszenicując ją zbożami lub penicując ją worami. Warto dodać, że wrzut o penisowaniu poprzedzony jest całkowicie czytelną i zrozumiałą frazą o uczuciowej papce brzmień.

NoName, drodzy Państwo. Trzydzieści pięć minut, które zakrzywią czasoprzestrzeń, zapłodnią waszego kanarka i wybiją robactwo w domu. Czysty testosteron. Jestem świadom, że często w tym tekście pojawiały się przymiotniki nacechowane pejoratywnie; postarajcie się jednak nie zwracać na to przesadnej uwagi. NoName po prostu poszli krok dalej i zawarli na płycie sytuacje jednoznacznie niezwykłe. Penisujmy więc wszyscy – zgodnie i wesoło. Najlepiej córami.

Kuba Sieńczyk

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

http://www.noname-music.com/

Komentarze

Powered by Facebook Comments