Iblis_Menthell_cover

Iblis – Menthell

2013/01/03

Menthell
Nawiązując do tezy Brucea Dickinsona, jakoby istniały tylko dwa gatunki muzyki, muszę przyznać, że od metalu znacznie mi bliższy “bull shit”. Metal – owszem, czemu nie – ale dla pobudzenia apetytu wymagam choćby odrobiny bull shit’owego nadzienia. Jeśli z kolei wasze oczekiwania nakierowane są na metal, na dodatek w jego mrocznej odsłonie, jest duża szansa, że ostatnie dokonanie krakowskiego zespołu Iblis przypadnie wam do gustu.

Kiedy zobaczyłem okładkę z rozrzewnieniem wspomniałem ukrzyżowane nagie młode damy na koncertach Gorgorotha, które to za moich czasów odbywały się w telewizji publicznej. Pierwsze uderzenie nie pozostawiło wątpliwości, że skojarzenie było słuszne i mamy do czynienia z soczystym black metalem. Blackiem dość surowym pozbawionym epickiej przestrzeni charakterystycznej dla flagowych reprezentantów tego stylu jak choćby Satyricon czy Cradle of filth. Raczej blackiem dusznym i złowrogim niczym dziecięce koszmary o potworze z szafy. Całości dopełnia staromodne brzmienie, pozbawione konturu, przebasowione prawie jak u Electric Wizard, tak różne od tego co zaprezentował na ostatniej płycie wycezelowany Behemoth.

Dla swego dobra, żaden gatunek nie powinien się zbyt długo rozmnażać wsobnie. Ta teoria sprawdza się i tu – flirt z innymi blisko spokrewnionymi podgatunkami nadmuzyki wychodzi muzyce Iblisa na dobre. White Claudia zawiera niezły bridge przywodzący na myśl rockowego Danziga albo Alice in chains. 12 Sycnamores zaczyna się od funkowego basu, zdradzającego niezłe możliwości techniczne instrumentalisty –  brzęczący bas zresztą odcina się ze ściany dźwięku w prawie wszystkich utworach. Siódemka z kolei to dla mnie, bałwochwalczego fana S.O.A.D. ulubiony utwór.

Wokalista posługuje się przede wszystkim mocnym krzykiem modulowanym na różne sposoby, dzięki czemu prowadza do utworów element aktorstwa. Miewa momenty wielkie, innym razem słychać jednak u niego lekkie problemy z emisją. Zresztą przeświadczenie, że krzyczeć każdy może to grzech wielu metalowych wokalistów od Maxa Cavalery z Seppultury począwszy. A może po prostu tą techniką nie da się śpiewać dobrze przez cały czas bez spustoszenia w aparacie głosowym?

Znakomitym elementem jest na pewno okładka. Świetnie wprowadza słuchacza w świat  demonicznego surrealizmu. Niesie ze sobą zarazem element tajemniczej baśni. Aż prosi się, żeby ową ścianę dźwięku połączyć z ciekawymi wizualizacjami, projekcją horroru albo z przebierankami w stylu Kinga Diamonda.
Niezależnie od wszystkiego płyta budzi uznanie a wielbicieli i wielbicielki mroku zapewne wprowadzi w zachwyt.

Komentarze

Powered by Facebook Comments