13233452_1126213784067090_742465849_n

Hydropiekłowstąpienie, czyli potop na plaży

2016/05/19

Gdy, jako czternastoletnie dziewczę, pierwszy raz usłyszałam Lao Che, był to jeden z najdziwniejszych momentów w moim życiu. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką muzyką, chociaż słowo „muzyka” nie było dla mnie w tym wypadku pojęciem wystarczającym. Było to czymś z tak innego świata, iż nie mogłam uwierzyć, że ktoś może robić taką muzę. Wtedy byłam zbyt młoda, żeby to wszystko ogarnąć, chociaż szczerze mówiąc, do dzisiaj Lao Che wraz z każdym odsłuchem wzbudza we mnie nowe odczucia. Bardzo się ucieszyłam, gdy usłyszałam, że zagrają w ramach Juwenaliów AGH w Strefie Plaża. Cieszyłam się przy tym, że wystąpią jako ostatni. Chociaż Cheap Tobacco i Organek są świetnymi artystami, to wiedziałam, że gdyby Lao Che z jakiegoś powodu wystąpiło wcześniej, to zaburzyłoby mi odbiór późniejszych zespołów. Na szczęście dane mi było w spokoju i w stanie pełnej koncentracji wysłuchać wcześniejszych kapel.

c-23.jpgPrawie punkt osiemnasta na scenie pojawił się support – krakowski Cheap Tobacco. To świetnie znany Krakusom kwartet blues-rockowy, który powstał w 2010 roku. Na piątkowym koncercie zaprezentowali zarówno materiał ze swojej pierwszej EPki, jak i ten z longplaya Promises of Tomorrow z 2015 r. Standardowo, dopiero od mniej więcej połowy koncertu, pod sceną zaczęła gromadzić się większa liczba osób. Było warto przyjść punktualnie, ponieważ zespół absolutnie dał czadu i utwory takie, jak: Wędrówka, Anioł Stróż czy Pretty Love. Dodatkowo zagrali utwór, który został mianowany (póki co tylko przez zespół) hitem lata: Gdybyś wiedział. Mam nadzieję, że kiedyś to marzenie Cheap Tobacco się spełni, bo numer posiada wszystko to, co hit posiadać powinien. Kolektyw zapowiedział też pewien eksperyment i zagrał premierowy numer. Trochę szkoda, że grali tylko czterdzieści minut, ale i to wystarczyło, by godnie zaprezentować swoją muzykę i zdobyć nowych fanów.

o-15.jpgBez zbędnych opóźnień na scenę wkroczył Organek. Już wtedy bardzo mocno padało, więc jego punktualność dla przemokniętych ludzi pod sceną była niezaprzeczalnym atutem. Byłam bardzo ciekawa tego występu, bo projekt robi bardzo ciekawą muzycznie robotę. Chociaż grają blues rocka w charakternym, amerykańskim stylu, to wyczuwa się w tym wszystkim pewną niezbywalną, słowiańską nutę. Przede wszystkim, w większości utwory są śpiewane po polsku, chociaż Tomasz Organek jest absolwentem anglistyki i pewnie z powodzeniem mógłby wykonywać je w języku angielskim. Muszę jednak stwierdzić, że mimo tego, iż StayKing of the Parasites są bardzo dobre, tracą jakoś na tej całej organkowej jakości. Jeżeli widzieliście teledysk do O matko czy chociażby Głupi ja, to doskonale będziecie wiedzieć, o czym mówię.

z-1.jpgTłumy zebrane pod sceną poświadczyły, że Tomek wraz z zespołem jest już sporą gwiazdą. Nie dziwota, bo jest to kawał świetnego, muzycznego rzemiosła. Muzycy doskonale wiedzą, jak grać na swoich instrumentach, aby ich twórczość miała charakter i pewien element niepodrabialności, który sobie niezwykle cenię. Sam Organek ma bardzo ciekawą barwę głosu, dodatkowo jest świetnym gitarzystą ze sporym doświadczeniem. Wcześniej miał okazję współpracować z wieloma genialnymi muzykami, m.in. Smolikiem czy Kayah, więc z całą pewnością nie jest nowicjuszem. Mimo to, jego płyta Głupi była swego rodzaju objawieniem na rynku muzycznym. Mogliśmy się o tym przekonać, słuchając jej na żywo na piątkowym koncercie juwenaliowym. Bardzo dobrym przyjęciem cieszyły się takie utwory, jak Dziewczyna Śmierć, Głupi jaO matko, które zostały rozpoznane już po pierwszych dźwiękach i niemalże w całości odśpiewane przez tłum. Na mnie wrażenie szczególnie robi Głupi ja; głównie dlatego, iż jest grany techniką gitarową zwaną slide. To bardzo trudna technika, nie jest często spotykana, więc w zasadzie każdy utwór zagrany w ten sposób ma sporą szansę zawitać na mojej playliście. Spodobał mi się również nostalgiczny utwór Italiano, który przypomina mi nieco jeden z moich ulubionych utworów z lat sześćdziesiątych – House of the Rising Sun zespołu The Animals. Jednakże absolutnym koncertowym numerem jeden jest Kate Moss, podczas którego pod sceną zawitało istne szaleństwo. Utwór ten wybrzmiał ponownie jako bis i stanowił swoistą wizytówkę dla całego koncertu.

z-9.jpgAby Lao Che mogło punktualnie pojawić się na scenie, niezwykle sprawnie uwijano się podczas przerwy technicznej. Mimo wybitnie niesprzyjających warunków atmosferycznych, publika niezwykle entuzjastycznie przywitała kolektyw. Bardzo widocznym był fakt, że pod sceną nie zawitała przypadkowa publiczność, ale szczerze oddani fani. Znali teksty większości piosenek i zwracali się do muzyków po imieniu lub pseudonimach. Wspaniałym podsumowaniem zmagania publiczności z deszczem była, zagrana jako druga w kolejności, piosenka Hydropiekłowstąpienie. Słowa takie jak: Utopię waszą utopię, utopię w potopie, zarządzam pełne zanurzenie nabierają w takich warunkach niezwykłej siły wyrazu.

o-24.jpgByłam ciekawa, jak wygląda koncert zespołu, którego utwory są tak poetyckie i pełne znaczeń, czasem bardzo bolesnych. Okazało się, że zespół postawił na bardzo energiczny i dający poztywnego kopa materiał. Wielką zasługą takiego stanu rzeczy jest Żubr, czyli basista Rafał Borycki, który całkowicie skradł moje serce. Oprócz niesamowicie rytmicznej gry, dawał także możliwość podziwiania swego tańca, szczególnie w niemalże klubowym, niezwykle bujającym Govindam. Jednakże prawdziwym zwierzęciem scenicznym, wprowadzającym na koncert klimat imprezy, był Denat – Mariusz Denst, który odpowiada w zespole za sample i animacje. Jego zwariowany taniec wprowadzał przemokniętych pod sceną fanów w istnie szampański nastrój. Zespół podczas występu pominął utwory z dwóch pierwszych albumów, które są bardzo trudne w odbiorze i nie pasowałyby do koncertu juwenaliowego. Postawili na swoje największe hity, z których lwią część stanowiły utwory z ostatniej płyty zespołu – Dzieciom. Poza tym mogliśmy usłyszeć numery z wcześniejszych wydawnictw, m.in. Chłopacy czy Życie jest jak tramwaj. Zespół zagrał także sztandarowy utwór Lady Pank – Mniej niż zero. Mimo tego, że deszcz nie zelżał ani na chwilę, fani wyprosili u zespołu bis, podczas którego zabrzmiały dwa numery. Kwadrans przed jedenastą na scenie pojawił się DJ, aby zabawić tych co bardziej odpornych, lub po prostu lepiej zabezpieczonych przed deszczem, studentów.

c-17.jpgMogę śmiało powiedzieć, że piątkowy koncert juwenaliowy był moim koncertem pierwszych razów, albowiem na wszystkich prezentujących się zespołach tego dnia byłam po raz pierwszy. Oczywiście śledziłam i bardzo ceniłam ich poczynania, ale nigdy nie miałam okazji zobaczyć ich na żywo. Juwenalia dały mi taką możliwość i był to jeden z bardziej pamiętnych koncertów w mojej fanowskiej karierze. Przyczyniło się ku temu mistrzowskie dobranie gatunkowe zespołów, które sprawiło, że wybierałam się nań jak na długo wyczekiwany występ międzynarodowej gwiazdy. Publiczność dopisała i mimo wybitnie niesprzyjających warunków okazywała niesamowity entuzjazm. Wracając przemoknięta i zziębnięta do swojego mieszkania, byłam naładowana pozytywną energią i bardziej niż kiedykolwiek poczułam, jak bardzo kocham chodzić na koncerty. Wtedy żadna pogoda mi nie straszna, serce przepełnione jest radością, umysł – euforią, a w uszach wciąż brzmi: płyń, płyń Noe płyń i żyj, jak nawet nie śniłeś. Teraz nic nie powinno wydawać się groźne, nawet nadciągająca sesja. Przecież przetrwaliśmy potop na plaży!

Monika Duda

tutaj znajduje się pełna galeria z tego koncertu.

Komentarze

Powered by Facebook Comments