głos wewnętrzny

Głos Wewnętrzny nuci…

2014/08/18

Time For Funk / Różycki – Głos Wewnętrzny

Na wstępie muszę podzielić się z Wami dwiema przypadłościami. Po pierwsze, na słowo “funk” reaguję bardzo podobnie jak na “blues” czy “jazz” – drgawkami. Może jeszcze za młody jestem, może szkoły muzycznej nie skończyłem, może za wąskie moje horyzonty, ale w kontekście naszego miasta kojarzą mi się te gatunki raczej z graniem do kotleta lub w najlepszym przypadku z jam session (słowo klucz). Niełatwo się więc przedstawicielom tego fragmentu uniwersum muzycznego przebić przez moją niechęć. Mimo wszystko istnieje kilka składów, którym się to udaje i to bardzo skutecznie. Time For Funk jest jednym z nich. Trafia dokładnie tam, gdzie ma trafić.

Drugą przypadłością (och! mam ich wiele) jest to, że o ile w wersjach koncertowych swobodnie łykam bardzo wiele kapel, tak w studyjnych nie jest już tak przyjemnie. Wręcz im lepszy koncert, tym gorzej w domu. TFF na żywo działa jak należy, więc wzbraniałem się nieco przed odpaleniem najnowszej płyty zespołu – Głos Wewnętrzny. Zmusiłem się jednak, a odczucia skrzętnie wynotowałem.

Nazwa zespołu błędnie sugeruje, że mamy do czynienia z absolutnie obsceniczną odmianą sportowo-rozrywkowego, w najlepszym wypadku popowego grania bez głębszej treści. Patetyczne Intro niebezpiecznie zbliża się wprawdzie w okolice banału (a pisał Sieńczyk, masakrator krakowskich płyt, żeby uważać na syreny i dźwięki miasta), ale trwa ledwie ponad minutę, co da się przełknąć, zwłaszcza, że dalej jest już normalnie. Normalnie to znaczy przez większość czasu bardzo dobrze.

Intro przechodzi płynnie w numer tytułowy, gdzie od początku słychać kilka cech wyróżniających muzykę TFF. Po pierwsze, konwencję gatunku skutecznie łamie eteryczny wokal Zuzanny Skolias oraz teksty, a właściwie wiersze Tomasza Różyckiego. Dziwny to z pozoru zabieg, bo teksty to niełatwe i daleko im do standardów popu, bliżej do poezji śpiewanej (sic!). Dodatkowo wycofanie wokalu w aranżu oraz specyficzna melodyka sprawia, że po chwili zaczynamy traktować go jako dodatkowy instrument, co też raczej nie wpisuje się w normalne wyobrażenie o gatunku. I dla mnie to strzał w dziesiątkę, bo to dokładnie to, co odróżnia TFF od “normalnego funkowego zespołu”. Muzycznie cały numer, jak zresztą większość kolejnych, ciągnie mocny groove sekcji, odsłaniając jedną z mocnych stron zespołu. Biorąc pod uwagę fakt, że za produkcję odpowiada duet klawiszowiec plus gitarzysta, nie można nie docenić zwiewnego aranżu (z odpowiednio niewielką dawką rzeczonych instrumentów).

Mniej zwiewnie robi się na kolejnej ścieżce. Warstwa gitarowa w Te Okolice jest bardzo gęsta, co przyprawia momentami o lekki zawrót głowy. Zanim jednak mamy dość, w 3:20 pojawia się chwila oddechu, choć oczywiście po to, by potem znowu łupnęło. Podobny zabieg stosowany jest zresztą na płycie dość często i na ogół skutecznie. Całość, oscylując wokół czarnych klasyków gatunku, zdecydowanie zmusza do bujania się, tupania i podśpiewywania wpadającej w ucho melodii.

Jeżeli To z Miłości to kontynuacja podróży w rejony lat siedemdziesiątych (wrażenie wywoływane głównie za sprawą perkusjonaliów i sekcji dętej). Mimo większej ilości instrumentów (bo mamy jeszcze akordeon), utwór ma zdecydowanie więcej oddechu niż poprzedni. Doczekał się klipu, co można chyba odczytać jako wyznaczenie go na singla i, faktycznie, jest jednym z bardziej zapadających w pamięć fragmentów albumu.

Na poziomie następnego tracku staje się jasna reguła – zespół serwuje na przemian numery jaśniejsze i nieco bardziej zamyślone (choć nawet te są zawsze osadzone na mocnym groovie). Koty należą do tej pierwszej kategorii – jest wręcz słonecznie. Bridge w okolicach 2:12 przywodzi na myśl Soundgarden (być może to moja autosugestia z racji niedawnego startu TFF w konkursie o support przed tymże). Raptem kilka sekund pozostawiających spory niedosyt i jednocześnie obnażających w moim odczuciu pewien strach przed zbytnim hałasowaniem – przyrżnęliśmy, ale krótko i niezdecydowanie. Z drugiej strony, może to zabieg kontrolowany?

Jeśli już o niedosytach… Gnoza to jeden z moich ulubionych numerów koncertowych, tutaj jednak traci na bogatszym aranżu – jest za gęsto, za mało ciszy, która tak fantastycznie buduje napięcie w wersji live. Większa część to snujący się klimat, który w finale powinien powalić ciosem, a niekoniecznie powala. Również produkcyjnie nie jestem usatysfakcjonowany – za dużo pomieszczenia na bębnach i na wokalu. Chciałoby się bliżej, mocniej, ciaśniej, a odpływamy.

Lato można kojarzyć nie tylko z koncertów, bo doczekał się utwór również przed-albumowej rejestracji, którą można było usłyszeć choćby na liście przebojów Radia Kraków. W wersji aktualnej słyszymy oczywiście bogatszy aranż i lepszą produkcję, ale wraz z zagęszczeniem pewna świeżość gdzieś uleciała i z pozycji potencjalnego hitu (nie mylić z hitem na lato) utwór skrył się nieco między pozostałymi.

Być może dlatego, że te obok są po prostu lepsze.  Zwłaszcza atakująca z  przyczajonego intro singlowa, rozwrzeszczana Ukraina. Mimo dynamicznego początku utwór cały czas się rozwija, przybiera na wadze by na koniec prawdziwie zahałasować, co skutkuje bodaj najbardziej łupiącym numerem na całej płycie. Lubię! Jest też klip – czyli wyznaczono drugi singiel, ukazujący bardziej energetyczne oblicze zespołu.

My Name Is Bond to instrumental z wokalizą. Podobnie jak poprzedni track, narasta, by zakończyć się ścianą dźwięku. Jednak o dziwo to, co Ukrainie udało zrobić się doskonale, tutaj nie zadziałało. Nie ma napięcia, momentami jest wręcz przewidywalnie.

Płytę zamykają Ziołołoła. Utwór to coś w stylu remiksu czy wariacji na temat Ziół, pojawiających się jako numer 6. Wariacji ciekawej i wcale udanej, nie stanowiącej w żadnym wypadku zapchajdziury. Obydwa numery nie tworzą może szczególnie zaklętej całości, ale zgrabnie spinają w “półklamrze” cały album.

Jaki jest więc Głos Wewnętrzny? To płyta co najmniej dobra, łamane przez bardzo dobra. Spójna i równa. Z niezupełnie typowym pomysłem na funk, konsekwentnie realizowanym przez ponad 54 minuty. Aranże są bardzo bogate, acz rozważne i wysmakowane. Gwarantują de facto, że każde kolejne przesłuchanie to odkrycie nowych detali (jestem zdecydowanym fanem partii basu). Realizacyjnie jest bardzo dobrze, choć brakuje nieco elementów charakterystycznych, wbijających kij w mrowisko. Mam wrażenie, że nasz nietypowy funk okraszony zuchwalszą produkcją mógłby zyskać.

Gładkość ta sprawia, że brakuje nieco szaleństwa, odwagi, pazura, który znamy w wersji na żywo. Z pewnością częściowo za sprawą Zuzy Skolias, która na płycie obecna jest bardziej z tyłu, na scenie zaś zdecydowanie na froncie, “trzymając za ryj” i zespół, i publiczność.

Jednak po kilku przesłuchaniach, gdy przyzwyczaimy się do poziomów, gładkość okazuje się być zaletą – dzięki niej płytę da się przesłuchać kilka razy pod rząd. A to bardzo ważne, bo nie jest album Time For Funk instant ciosem w twarz. Zdecydowanie wymaga kilku przesłuchań, wchłonięcia połamanych tekstów Różyckiego, wsiąknięcia w ich klimat. A gdy już wsiąkniesz…

Głos Wewnętrzny nie krzyczy, nie domaga się uwagi. Raczej cicho nuci. Jeśli poświęcisz mu chwilę, nawet nie zauważysz kiedy zaczniesz nucić razem z nim.

Michał Wójcik

Korekta: Igor Goran Kadir

Zapraszamy na fanpage zespołu oraz do zakupu płyty w wersji CD lub MP3.

Komentarze

Powered by Facebook Comments