13153455_1123125741042561_622574134_n

Epilog/początek/epilog

2016/05/12

Koncerty Coffinfish są stałym punktem w moim koncertowym kalendarzu. Staram się nie odpuszczać okazji do zobaczenia ich na żywo, bo mam pewność, że ich występ dostarczy mi wrażeń, których muzyka słuchana tylko z empetrójek nie jest w stanie. Czynnikiem, który zapewnić miał dodatkowe doznania, był fakt, że był to koncert promujący najnowsze wydawnictwo grupy, świetną EP-kę Epilogue.
Warsztat – czyli miejsce, w którym odbywał się koncert – był dla mnie odkryciem. Nigdy wcześniej nie miałem okazji tam uczestniczyć w żadnym wydarzeniu, a opinie, z którymi się spotykałem, nie były zbyt przychylne. Sam wygląd miejsca przywodzi na myśl bardziej klimaty skłotowe niż miejsce, w którym odbyć ma się występ jakiejkolwiek grupy. Być może koncert zespołu punkowego wpisałby się lepiej w garażowy wygląd Warsztatu, a na pewno współgrałby lepiej z banerem „faszyzm nie przejdzie”, wiszącym na obdrapanej ścianie za zestawem perkusyjnym. Surowy wystrój i naprędce skonstruowane meble być może potrafią tworzyć korzystną atmosferę dla niektórych osób, jednak jak na mój gust zabrakło w tym czegoś, co sprawiało, że dla przykładu: Kawiarnia Naukowa, zlokalizowana jeszcze na Kazimierzu, nie odpychała aż tak. Być może to wina samej temperatury panującej w Warsztacie, która wydawała się być jeszcze niższa niż na zewnątrz, a zbliżała się prawdopodobnie do jednocyfrowej liczby.MG_9207.jpg

Jako pierwsze swoje występy zaliczyły Kyliga DalenRed And The Dumbasses z Węgier. Kyliga Dalen dała wściekły i pełen punkowej agresji koncert. Crust/d-beat w ich wykonaniu to przede wszystkim krótkie i proste strzały. Brudny i surowy klimat, czyli to, czego można się spodziewać po zespole z łatką takiego gatunku. Tymczasem Red And The Dumbasses… zaprezentowali dokładnie to samo. Nawet większość muzyków z Kylinga Dalen udzieliła się w drugim z węgierskich zespołów. Jedyną różnicą było pojawienie się drugiej gitary w Red And The Dumbasses. Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby obie grupy zagrały dokładnie ten sam zestaw utworów. Być może się jednak mylę i tych różnic było więcej, ja jednak wielu nie wyłapałem.

MG_9368.jpgEkipa Hegemone z Poznania zaprezentował, w przeciwieństwie do Węgrów, swoje spojrzenie na post-metal. Zaczęło się niepozornie od kojących dźwięków (często natury), z gitarą w tle . Z każdym następnym uderzeniem perkusji atmosfera zaczynała gęstnieć i nawarstwiać się. Do głosu coraz bardziej zaczęły dochodzić klawisze, sprawiając, że było mniej przyjemnie, a coraz bardziej niepokojąco. Pierwotny krzyk wybuchający w pewnym momencie zaczynał zlewać się z perkusją, której podwójna stopa i wolny rytm na kotłach dodała bardziej surowego i metalowego brzmienia. Koniec jednak nie nastąpił niespodziewanie, rozbijając się o ścianę rozpędzonych dźwięków, a zaczął powolne wyciszenie. O ile ta formuła robiła wrażenie przy pierwszym czy drugim utworze, to gdy zaczęła grać pierwsze skrzypce przy trzecim, czwartym i tak do końca, górę zaczęło brać znużenie i brak jakiejkolwiek nieprzewidywalności, które powinno być ważnym punktem w każdej post-metalowej kompozycji.

MG_9223.jpgO nudzie nie było za to mowy podczas wyczekiwanego występu Coffinfish. Dane mi było wysłuchać materiału z Epilogue jeszcze przed jego oficjalną premierą. Na początku miałem wątpliwości, czy jeden, ponad dwudziestominutowy kawałek będzie w stanie utrzymać równy poziom i nie zanudzać. Obawy okazały się zbędne. Od początku do końca: Epilogue to EP-ka równa, utrzymująca w napięciu i działająca na wyobraźnię. Na żywo nabrała tylko dodatkowych atutów, a niuanse, które w studyjnej wersji kryły się za innymi elementami, w tym przypadku miały swoją chwilę. Coffinfish na żywo zawsze brzmi bardziej wściekle. Tym razem jednak przeszli samych siebie. Bez wątpienia pomógł w tym Tytus Kalicki z Fleshworld, który gościnnie udzielił się na wokalu.  Oprócz jedynego utworu z Epilogue, nie zabrakło również muzyki z innych wydawnictw grupy. Coffinfish przyzwyczaili już swoich słuchaczy do pewnego poziomu. Ich występy nie mają powalać choreografią w stylu synchronicznego machania głową (czego mistrzami są Hate) czy oprawą wizualną. Ich muzyka pozostawia na tyle przestrzeni do interpretacji i przeżywania emocji, że wszystko inne nie jest konieczne. Inspiracja zaczerpnięta z Lovecrafta sama w sobie działa stymulująco na wyobraźnię, jednak w przekładzie Coffinfish jest czymś jeszcze, czymś innym. Następne wydawnictwa grupy mają być oparte o nieco inne źródła, jednak nie mam wątpliwości, że Lobo dostarczy ponownie intrygujących tekstów, a reszta zespołu stworzy materiał, przez który będzie się przemierzać niczym przez pokręcony i gęsty od niejednoznacznych emocji film.

więcej zdjęć z koncertu można obejrzeć tutaj.

Komentarze

Powered by Facebook Comments