PURPLE

Duma i uprzedzenie

2014/04/19

PurpleHaze Ensemble

Płyta Purplehaze Ensemble i gol-widmo Błaszczykowskiego w ostatniej minucie meczu z Czarnogórą – znajdź podobieństwa pomiędzy powyższymi obrazkami. Dzisiejsze słowo-klucz brzmi: niedosyt. Kwartet, niczym najwyrodniejsza z matek, raz cycka daje, a raz zabiera, pozostawiając słuchacza w zakłopotaniu, ekscytacji, podnieceniu, irytacji i wkurwie jednocześnie, a warto podkreślić, że symultaniczne odczuwanie tych wszystkich emocji jest niezwykle wyczerpujące i szkodliwe dla zdrowia. Zawartość płytki to bowiem czterdzieści trzy minuty, podczas których fragmenty znakomite sąsiadują z nie tyle słabymi, choć również, co boleśnie niepotrzebnymi – i jest to zjawisko powszechne.

Od strony genre materiał jest dość zróżnicowany, a mimo tego absolutnie spójny klimatycznie, co świadczy o tym, że nasi dzisiejsi bohaterowie to dżentelmeni osłuchani i audiofilnie ogorzali. Punktem wyjścia jest metal, punktu docelowego nie stwierdzono. Good. Dziesięć punktów dla panów w czarnym. Jerzy Engel (selekcja była prosta) raczej nie mógłby grać w Purplehaze. Krakowianie selekcji nie zakończyli i można zarzucić im szereg kłopotliwych przymiotników, ale na pewno nie posyłają długiej piły na Kałużnego. Przestrzenna psychodelia ciążąca w stronę dusznego industrialu dominuje wprawdzie na albumie w sposób zdecydowany, jednak w dość rozbudowanych utworach – nad czym będę się pastwić oddzielnie – łatwo natrafić na przebieżki około-progresywne, noisowe czy ambientowe. Tu kęs Sepultury z okresu schyłkowo-cavalerowego, tam pokaźna garść Deftones, głównie z ery Saturday Night Wrist, gdzie indziej solidna pajda późnego Ministry. Sumpt absolutnie się zgadza, a produkt, który trzymacie Państwo w rękach, wykonano z precyzyjnie dobranych, wysokiej jakości materiałów.

Zgoda. Inną kwestią jest jednak to, jak wykonano. Odpowiedź brzmi: trochę ni w pizdę, ni w oko, niestety. Płyta jest bardzo mocna klimatycznie i wokalnie, ale za to dużo słabsza kompozycyjnie. Łatwo odnieść wrażenie, że pewne ograniczenia muzyków na tej płaszczyźnie równoważne są nadmiernemu napęcznieniu ambicji w tym kierunku. Wszystkie utwory trwają powyżej sześciu minut, z czego jeden, pojękując dyskretnie, dociąga wręcz do dziewięciu (!). Sam runtime jeszcze nikomu krzywdy nie zrobił; gorzej jednak, gdy track zwyczajnie nie prezentuje potencjału umożliwiającego korzystne dla środowiska naturalnego rozciągnięcie go rozmiarów epickiej samojebki. Purplehaze demonstrują na tym polu godny szacunku brak zahamowań, sporadycznie rzeczywiście doprowadzający ich do Ogrodu Hesperyd napierdalanki; znacznie więcej czasu spędzają jednak zwyczajnie błądząc po krzakach na tyłach stadionu Kabla Kraków.

Karygodny wydaje się stopień wykorzystania dostępnego instrumentarium. Zawodnik odpowiedzialny za patenty elektroniczno-samplowe najprawdopodobniej występował na płycie z niewyleczoną kontuzją i słyszalny jest w zasadzie wyłącznie podczas niby-ambientowych wypełniaczy oraz kluchowatych intr i outr, pozostawiając tradycyjne rockowe power trio samemu sobie. Tyle, jeśli chodzi o innowacje. Instrumentalnie sprawy mają się dość porządnie. W krótkich fragmentach gitara zdaje się nie nadążać za resztą zespołu, gubiąc punkt i precyzję. Grzechem byłoby jednak wieszanie za to na wiosłowym psów, gdyż uwija się on jak w ukropie, zapełniając melodycznie cały, niemiłosiernie porozciągany czasowo materiał, pozbawiony w tej materii jakiegokolwiek wsparcia ze strony zarówno basisty, jak i szemrzącego niczym beskidzki strumyk elektronika. Wokalnie natomiast lider Purplehaze Ensemble nie bierze jeńców i dominuje na płycie w sposób bezdyskusyjny, dryfując pewnie i świadomie pomiędzy układami imienia Layne’a Staleya oraz Chino Moreno, będąc równocześnie w stanie zacnie wrzasnąć i równie zacnie ryknąć. Czterdzieści trzy debiutanckie minuty Purplehaze Ensemble to w dużym stopniu jego popis.

Album otwiera, jak na złość, najsłabszy w zestawie Siren’s song, oparty na zdecydowanie zbyt mało nośnym jak na opener riffie. Dużo ciekawszy jest już cantrellowski break na wysokości 1:51. Utwór momentalnie dociera do ściany aranżacyjnej. W piątej minucie track zaczyna bezładnie podskakiwać i turlać się, rozpaczliwie poszukując nory, w której mógłby się schować i niepostrzeżenie skończyć. Kwartet ucieka w chaos i zamyka utwór kakofonicznie. Główny grzech płyty, czyli niedowład kompozycyjny, obnażony. Łatwo odnieść wrażenie, że wybrzmiała właśnie piosenka z całych sił usiłująca ściemnić, że za żadne skarby piosenką nie jest. Dużo lepiej prezentuje się Haunt the freak, numerek drugi, trafnie poprzetykany agresywnymi, quasi-trashowymi wstawkami.

Startuje trójka, czyli Could I i oto: akordy! Tak, akordy. Album niczym tlenu potrzebuje bowiem melodii, oddechu pośród dusznych i zapleśniałych riffów oraz ciężkich, psychodelicznych tripów. W efekcie dość banalny motywik z 1:14 działa niczym odświeżający podmuch od strony Morza Śródziemnego. Cóż jednak dzieje się pomiędzy 2:58 a 3:50? Burdel się dzieje, panowie. Niechlujstwo i bałagan, z którego nic konkretnego wyłowić nie sposób. Minuta taśmy stracona. To samo tyczy się ślamazarnego outro, rozciągniętego niemiłosiernie do rozmiarów minuty i czterdziestu sekund. Że klimat trafiony w punkt – zgoda, że riff siedzi – zgoda. Ale marnotrawstwo i wydłużalstwo? Off with their heads!

Na szczęście druga połowa płyty jest zdecydowanie lepsza i przynosi w dużej mierze odwrócone proporcje piachu do cementu. Kickin’ curbs with a thin stick wiedzione znakomitym, przestrzennym przypierdolem to pełna psychoza. Wszystko jest tu nadgniłe, obmierzłe i zwyczajnie złe, łącznie z wokalem, który chwilami zbliża się do wręcz blackmetalowych, bagiennie bulgoczących rejonów. Długie, pozbawione gitary fragmenty, w których głos zostaje sam na sam z sekcją to pełne cesarstwo. Track za pomocą – a jakże – trwającego niemalże miesiąc elektronicznego łącznika, przechodzi w znakomity, najlepszy na albumie Lie is the answer. Na wysokości 2:03 riff buja tak niebywale, że nawet mój kot porzuca papierek po czekoladzie z nadzieniem kawowym, zaczyna machać łbem i rysować pentagramy na ścianach. Czy może być lepiej? 2:45 – może. Następuje całkowite zaćmienie Słońca, a do sąsiedniego bloku wprowadza się Psychoszatan. To, co Purplehaze wyrabiają na omawianej wysokości płyty, to absolutna, krwista miazga. Tak mi graj, mroczny Cyganie.

Album wieńczy niespiesznie transujący Cross, nieślubny bachor deftonesowego Beware – i jest to zakończenie rasowe. Plamy zaschniętej krwi na zakurzonych kafelkach, karaluchy na ścianach, martwa dziewczynka w lustrze, a wszystko w fincherowskich, nienasyconych kolorach – czyli tak, jak na całej płycie, która naprawdę jaka jest, nie wie nikt. Wyrób ten to bowiem z jednej strony absolutnie bezbłędny klimat, będący w stanie przyprawić cały blok o awarię świateł, z drugiej natomiast wydłużalstwo i niechlujstwo kompozycyjne. Zwróciwszy się jednak ku źródłu mojego wytykalstwa stwierdzam, że jest ono szlachetne, bowiem wiązałem z debiutem kwartetu duże nadzieje. Po lekturze materiału orzekam, że słusznie – i wiążę je dalej, bo póki co albumu, na jaki czekałem, nie dostałem. I cry because I care.

Odsuwając na bok swoje roszczeniowe podejście do sprawy – Purplehaze to prawdopodobnie najważniejszy zeszłoroczny beniaminek krakowskiej ligi podwórkowej oraz kawał porządnej, chwilami bardzo porządnej, muzyki, której w Mieście Pod Baranami raczej się nie uprawia – a to przecież dopiero początek. Rozpuszczam więc magnez w szklance i wrzucam nerwosol na ochłonięcie. Nie ma się co spieszyć, w końcu przecież Kraków. Błaszczykowski ostatecznie Czarnogórze nie strzelił. Oni strzelą.

Kuba Sieńczyk

Powyższy tekst wyraża subiektywny osąd autora i nie jest tożsamy z oficjalnym stosunkiem Krakowskiej Sceny Muzycznej do komentowanego materiału.

zapraszamy na fanpage zespołu

korekta: Igor Goran Kadir

Komentarze

Powered by Facebook Comments